Santiago de Compostela. Sarria

Ewa Maria Slaska

1 października 2007 roku. Niedziela. Leje.

Wczoraj ostatnie osiem kilometrów były po prostu cudowne. Z plecakiem maszerowało się lepiej niż bez, pogoda była piękna, zachwycające zielone góry wokół, ale droga dnem dolin, weekendowicze zniknęli i już się więcej nie pojawili, a po drodze w jakiejś typowej galicyjskiej rozpapranej wiosce można było kupić maliny, co odbywało się tak – w błocie (choć pewnie to była gnojówka) stał sobie stolik, a na stoliku pudełeczka z malinami, puszka po mleku skondensowanym do wrzucania pieniędzy i napis 1 euro. I już. W schronisku odbywa się taniec godowy młodych Hiszpanów i pielgrzymek. Dwie Kanadyjki i ja salwujemy się ucieczką na spacer. Gdy wracamy, w sali pusto – wszystkie pary się rozeszły po okolicy w poszukiwaniu zacisznego zakątka. No i dobrze, niech im będzie na zdrowie.

Zasypiam w ciszy i przez sen słyszę kolejne powroty romansowiczów – głośne szepty, psykania, chichoty. Chyba całą noc się tak kotłują, a o bladym świcie dwoje Francuzów wyrusza na trasę, potwornie głośno zwijając jakieś szeleszczące folie, którymi nocą oddzielają siebie i swoje śpiwory od kontaktu ze światem.

Wyruszam zaraz za nimi, już nie mogę zasnąć. Jest zimno, ciemno i ponuro. Wieje zimny, ponury wiatr. Jestem sama na drodze. Zaraz będzie lało. Ogarnia mnie potworne przygnębienie. Co ja tu robię? Po co?

Zaraz za wioską dwa drogowskazy, oba do Sarrii, jeden przez Samos a drugi przez St. Xil. Chcę iść przez St. Xil, bo droga krótsza, ale gdy wreszcie pomiędzy wielkimi pokręconymi dębami widzę jakieś budynki, wiem, że drogowskazy mnie wyprowadziły na manowce, bo jestem w Samos, a przede mną na dole wielki, wspaniały klasztor.

Piję kawę i zastanawiam się, czy warto czekać do 12, kiedy mnisi wpuszczą pielgrzmów na mszę. Klasztor i kościół można zwiedzać dopiero potem. Rezygnuję jednak. Zaraz będzie lało, nie wiem czy można w Samos przenocowac, bo na mojej mądrej karteczce jest droga przez St. Xil a nie przez Samos. Myślę, że lepiej iść do Sarrii. To takie trochę większe miasto, a już mi trochę tęskno za jakimś miastem, za sklepami, normalną restauracją, dostępem do internetu. Marzy mi się też kąpiel w wannie i pralka, a spotkany po drodze Anglik, twierdzi, że w Sarrii you will have everything! O! No to vamos peregrina, do wanny!

Klasztor w Samos. This photo of Camino de Santiago is courtesy of TripAdvisor

Zaczyna padać. Chowam się pod mostem, może da się przeczekać deszcz. Ciekawe, rośnie pokrzywa, ale pachnie mięta. Ciągle pada, wychodzę na drogę i w deszczu docieram do najbliższego baru. Nie ma wolnych stolików, przysiadam się do jakiejś rozgadanej, wesołej grupy młodych Hiszpanów. Kolorowi, ale niewielu ich i mili. Może dlatego mili, że jest ich tylko czworo. Rozmawiamy po hiszpańsku. O! Przeklinamy muchy, bo deszcz sprawia, że postanowiły zjeść nas żywcem. Jak jest po polsku mosca, pyta młoda Hiszpanka, mucha mówię i tak tworzymy nowe zawołanie: mucha bastarda, wstrętna mosca.

Ciągle pada, chcemy iść wytyczoną trasą, ale się nie da, natychmiast toniemy w lepkim błocie, wracamy jak niepyszni na szosę. Lluvia bastarda. Gdy wychodziliśmy z baru, dołączyli do nas inni, widocznie zarażeni naszym zdecydowaniem. Jest nas zatem całkiem sporo, tych, którzy mimo deszczu chcą dojść do Sarrii. Idziemy szybkim miarowym krokiem, tempo nadaje młoda Hiszpanka od wstrętnej muchy, nawołując od czoła grupy lluvia bastarda, lluvia bastarda… Idziemy. Pod górę, pod deszcz, pod wiatr. Z dębów lecą na nas wielkie żołędzie. Po szosie płynie rzeka. Co jakiś czas ktoś z grupy odpada, ale my, młodzi Hiszpanie i ja, idziemy. Na szosie nie ma słupków, nie wiemy, ile jeszcze musimy przejść, żeby dotrzeć do miasta, do restauracji, do wanny i do pralki, wreszcie drogowskaz. 10 kilometrów. Idziemy jak maszyny do pokonywania deszczu. Nie zmieniamy tempa. Jeszcze cztery kilometry. Przed nami bar, możnaby wejść, ogrzać się, napić się kawy, ale nie, nie ma sensu przerywać transu, idziemy dalej, leje, leje, ulewa, lluvia bastarda, potop.

Wreszcie Sarria. Jest nas już z powrotem tylko pięcioro. Wspinamy się na wysokie schody (escaliera bastarda!), dopadamy do albergue, gdzie jest… pięć ostatnich miejsc, pralka, suszarka i wanna!

Gdy się zameldowaliśmy i przebraliśmy, przestaje padać.

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Ewa Maria Slaska i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Santiago de Compostela. Sarria

  1. Mirka pisze:

    Chlupie mi w pantoflach od tego pielgrzymkowego deszczu!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s