Wizyta w Davos

Tekst w pierwotnej wersji był dawno temu na innym blogu (TU), ale tak się zmienił, że po namyśle postanowiliśmy nie dodawać mu wyrazu „reblog”. 

Lech Milewski

Drogie syreny…

Drogie syreny, tak musiało być,
kochane fauny, wielmożne anioły,
ewolucja stanowczo wyparła się was.
Nie brak jej wyobraźni, ale…

… byłby to żart
i nadmiar wiekuisty, i kłopoty,
których przyroda mieć nie chce i nie ma.
………………

Dobrze, że choć dopuszcza do scen tak zbytkownych,
jak dziobak mlekiem karmiący pisklęta.
Mogłaby się sprzeciwić – i któż z nas by odkrył,
że jest obrabowany?

A najlepsze to,
że przeoczyła moment, kiedy pojawił się ssak
z cudownie upierzoną watermanem ręką.

Wisława Szymborska – Tomasz Mann – z tomu Widok z ziarnkiem piasku.

Zestawienie Tomasza Manna z dziobakiem jest dla mnie, mieszkańca Australii, bardzo inspirujące. Prawdę mówiąc to i bez tego podświadomie próbuję kojarzyć przeróżne informacje z twórczością tego autora. Oczywiste więc było, że gdy przeczytałem we wspomnieniu Ewy Marii, że jej pradziadek Stanisław Leopold Lubliner udał się (po 1904 roku) do Davos żeby zapoznać się z kuracją płuc za pomocą sztucznej odmy – KLIK – to przypomiało mi się, że pewnego lipcowego dnia 1907 roku…

Młoda wysoka dziewczyna w zielonym swetrze, źle uczesana i z głupkowatymi, na wpół tylko otwartymi, oczami, przeszła tuż obok Hansa Castorpa, dotykając go prawie ramieniem. Przy tym gwizdała… Nie, to było coś niesłyczanego! Gwizdnęła wyraźnie na niego, ale nie ustami, bo wargi miała zaciśnięte, bynajmniej nie wysunięte. Coś w niej gwizdało…
Był to gwizd wybitnie niemiły – chropowaty i ostry, chociaż pusty i przeciągły…
Stał osłupiały…
– Dlaczego masz taką minę?- zapytał (Joachim)
– Ona gwizdała! – odrzekł Hans Castorp. – Ten gwizd wychodził jej z brzucha, kiedy przechodziła koło mnie…
– Ach – powiedzial Joachim i roześmial się pogardliwie. – Nie z brzucha, nonsens. To była Hermina Kleefeld, gwiżdże sztuczną odmą…
Mogę ci to wyjaśnić… to jest coś z dziedziny chirurgii, jak się pewnie domyślasz, operacja, którą tutaj w górze często się stosuje. Behrens ma w tym wielką wprawę…

…ma w tym wielką wprawę – no to nic dziwnego, że aż z Polski przyjeżdżali tu po naukę.

Miałem szczęście do Tomasza Manna gdyż nie zacząłem kontaktu z nim od Buddenbrooków. Moja Matka poleciła mi Czarodziejska Górę, znalazłem ją w bibliotece w domu akademickim i zaczarowała mnie.

Gdy zastanawiam się nad szczegółami, widzę w Czarodziejskiej Górze wiele słabych punktów, ale wydaje mi się, że osoba zakochana lubi czasem wynajdywać drobne skazy w obiekcie swoich uczuć.

Bohater powieści przyjeżdża odwiedzić swojego kuzyna przebywającego w sanatorium dla gruźlików w Davos. Przyjeżdża na 3 tygodnie. W sanatorium odkrywa urok wolności jaką daje choroba – rozluźnienie obyczajów, brak poczucia odpowiedzialności. Odkrywa też wspomnienie młodzieńczego niepokoju, które tutaj przybrało postać zielonookiej Rosjanki i które wywołuje w nim typowy dla tego miejsca stan podgorączkowy.

Co jest skutkiem a co przyczyną? Nieważne, ważne, że nie chce się z tego wyleczyć. Z chęcią przyjmuje ofertę przedłużenia pobytu do 7 tygodni, aby poddać się medycznej obserwacji. Ani się spostrzega a mija 7 miesięcy tego chorobliwego stanu. Dopiero 29 lutego czyli w dniu, który jest również wybrykiem kalendarza, odważa się odezwać się do obiektu swoich uczuć. I to jak – „…gruntownie, iście po niemiecku”.
Następnego ranka jego ukochana wyjeżdża. Nie wiadomo dokąd, nie wiadomo czy kiedykolwiek wróci.
Nasi pacjenci zawsze w końcu tu wracają – stwierdza naczelny lekarz sanatorium – radca Behrens. I Hans Castorp pozostaje. Pobyt w sumie trwa 7 lat. Ta pasja Tomasza Manna do liczb wydłużyła książkę poza granice cierpliwości.

Ja czekałem jeszcze dłużej. W roku 2003, czyli sześciokroć po 7 lat od chwili zaczarowania, odbyłem pielgrzymkę do Czarodziejskiej Góry. Pretekstem był kolejny wyjazd na maratony narciarskie. Zamiast, jak Hans Castorp, z Hamburga startowałem z lotniska Okęcie.
Była Środa Popielcowa. Czekając na lotnisku oglądałem telewizyjny dziennik – na ekranie kardynał Glemp posypywał wiernym głowy popiołem. Trzy dni wcześniej słyszałem ewangelię o tym jak Jezus tłumaczył, dlaczego apostołowie nie przestrzegają postu – gdy są blisko mnie, nie muszą pościć.
Za 2 godziny byłem w Zurychu. Słonecznie. Na dworcu kolejowym odbywał się kiermasz żywności. Pachniało piwem i wędlinami.
– Czyżby Szwajcarzy byli bliżej Boga? – pomyślałem.
Zamiast prosto do Davos jechałem w kierunku St Moritz. W którymś momencie zaczęły się góry…

Moim pierwszym celem w Szwajcarii był Engadin Maraton – cudowna zabawa w niesamowitej scenerii.
Następnego ranka po wyścigu wsiadłem w pociąg do Davos. Trasa prowadziła w dół, co wydało mi się ogromnie śmieszne bo niweczyło cały patos powtarzanego często w książce zwrotu: ...u nas na górze. Wysiadłem, tak jak Hans, w Davos-Dorf…

Po wyjściu z pociągu rozejrzałem się – …skręcili w lewo przez tor, przecięli rzekę… – to zupełnie nie miało sensu, bo wtedy wylądowaliby na północnym stoku góry, gdzie nie dochodzi słońce, a zatem nie ma żadnych sanatoriów.

Po kilku krokach ulicami Davos zauważyłem plakaty informujące, że właśnie jest tydzień braci Mann i co wieczór będą odczyty, dyskusje, czytanie książek itp. Ogromnie mnie to podekscytowało i już chciałem przedłużyć pobyt, gdy zdałem sobie sprawę, że to nie dla mnie, przecież nie znam niemieckiego na tyle, by cokolwiek skorzystać.
No tak, dla mnie Tomasz Mann pisze… po polsku. Znane mi tłumaczenia na angielski robią na mnie smutne wrażenie. Trudno mi zresztą uwierzyć, aby jego książki można było napisać równie dobrze po niemiecku.

Po zakwaterowaniu w hotelu młodzieżowym udałem się prosto do Waldhotel Bellevue. Spacer pod górę stromą Buolstrasse..
…nasze sanatorium, jak widzisz, leży jeszcze wyżej niż ta miejscowość – ciągnął Joachim. – Wyżej o pięćdziesiąt metrów. W prospekcie podane jest sto, ale naprawdę jest tylko pięćdziesiąt… 

Pani w recepcji była przygotowana na takie wizyty i najpierw sprzedała mi książkę Tomasz Mann i Davos, a potem skierowała do korytarza, gdzie były pamiątki hotelowe sprzed 90 lat; na końcu pokój z oryginalnym wyposażeniem:
białe metalowe łóżko, umywalka z niklowanymi kranami… przedwczoraj umarła tu jedna Amerykanka, naturalnie wszystko poddano gruntownej dezynfekcji.

Była jednak niespodzianka – nocnik! Ten szczegół Tomasz Mann pominął w swojej powieści.

Zajrzałem do sali restauracyjnej. Była pusta. Również w barze nie było nikogo. Wróciłem do recepcji
– Czy w barze macie państwo kulmbacheńskie piwo? – zapytałem.
– Kulmbacheńskie piwo? – zdziwiła się recepcjonistka. – Nie słyszałam o takim. Bar otwierają o 5, proszę przyjść i sprawdzić, ale wątpię.
Nie słyszała o kulmbacheńskim piwie???

– Czy nie ma przypadkiem porteru? – zapytał grzecznie karlicy. Niestety porteru nie było. Ale obiecała podać mu piwo kulmbacheńskie i rzeczywiście natychmiast je przyniosła. Było gęste, czarne, z brązową pianą i doskonale zastępowało porter. Hans Castorp pił chciwie z wysokiej półlitrowej szklanki.
Nieco zawiedziony opuściłem hotel i zszedłem na dół do miasta. Wstąpiłem gdzieś na lunch. Tam też nie słyszeli o kulmbacheńskim piwie, więc w zastępstwie zamówiłem ciemne piwo – Perla – nie umywało się do tego, które podano Hansowi.

W hotelu przejrzałem nowonabytą książkę i już na pierwszych stronach wybuchnąłem śmiechem. Otóż Mann celowo pozmieniał topografię Davos, aby zapobiec plotkom i niezdrowej sensacji wokół istniejących obiektów. A więc wyjaśniło się moje zdziwienie na dworcu.

Samo Davos – typowy resort narciarski, tyle że może trochę większy i z dużą ilością normalnych domów mieszkalnych…

No i oczywiście centrum kongresowe, w którym odbywa się Światowe Forum Ekonomiczne i wiele innych międzynarodowych spotkań, ale to nie należy do tej historii.

Ludzie? Masa młodzieży z nartami i snowboardami. Niepretensjonalny tłum. Na internecie znalazłem wzmiankę, że życie nocne w Davos nie jest zbyt ekscytujące.
A ci… „Anglicy z białymi zębami, silnie wyperfumowane panie, Amerykanie o małych głowach… tłum ludzi dość podejrzanych”? Jeśli już gdzieś ich spotkałem to nie w Davos, lecz w hotelu Kempinski w St Moritz.

Następny dzień spędziłem na nartach zjazdowych, ale nie siliłem się, aby odszukać szlak, na którym Hans przeżył swój dziwny sen.

Ostatniego dnia wróciłem do Berghoffu, przepraszam do Waldhotel Bellevue. Znalazłem Hohe Promenade i ruszyłem na spacer śladami bohaterów książki.
Droga była wystarczająco szeroka dla trzech osób, więc Hans Castorp oraz panowie Settembrini i Naphta szli obok siebie, a ja trochę z tyłu. Słuchając ich dyskusji ani się spostrzegłem jak dotarliśmy do hotelu Schatzalp…

Najwyżej położone jest sanatorium Schatzalp, tam, po tamtej stronie, stąd go nie widać. Ci muszą ekspediować swoje zwłoki na bobslejach, bo drogi są zasypane.

Jeszcze jeden dowód potwierdzający celowe pokręcenie topografii przez autora. Schatzalp jest na tym samym zboczu co Waldohtel Bellevue. Musi tu być, bo tylko ten stok jest skierowany na południe.
Zamiast toru bobslejowego znalazłem ulicę Bobbahnstrasse oraz tor saneczkowy, z którego od dawna nikt nie korzystał…

W drodze powrotnej odwiedziłem cmentarz, ale nie znalazłem żadnego z wymienionych w książce nazwisk…

Dwie godziny później zjeżdżałem na dół, tym razem „właściwą trasą” przez Lanquart do Zurychu. Od tego czasu często wspominam tę wizytę. Jej suchy opis wygląda niezbyt ciekawie. Ale nie rozczarowałem się.
A teraz? Zaczarowanie trwa już nieomal osiemiokroć po 7 lat. Rozpoczął się kolejny rok, a więc doskonała pora, żeby przypomnieć sobie, jak: Było to w środku lata. Pewien zwyczajny sobie młody człowiek jechał z Hamburga, swego rodzinnego miasta, do uzdrowiska Davos w kantonie Graubunden…

***

PS. Zapytałam Autora, co to była ta odma? Odpowiedział:

T. Mann chciał uchodzić za doktora wszechnauk tak jak Goethe i pewnie dlatego nie szczędzi szczegółowych opisów różnych teorii naukowych, procedur i aparatów. Czasami są cudowne czasami trochę żenujące – np. opis prześwietlenia klatki piersiowej. Celem odmy jest dać choremu płucu trochę odpoczynku. Wypełnia się je azotem i w ten sposób wyłącza z działania. Po pewnym czasie (pół roku), gdy ubytki spowodowane chorobą zwapnieją, można płuco włączyć do pracy. Odmę trzeba co kilka tygodni uzupełniać – dopompowywać – gdyż azot ulatnia się. Gwiżdżąca Hermina Kleefeld musiała być dopompowywana co tydzień.

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Lech Milewski i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s