Zimy naszego dzieciństwa (2)

Taki nasz własny blogowy Mikołajek i jego zabawy. W zeszłym miesiącu była górka, jaką każdy z nas na pewno w dzieciństwie miał, dziś zabawa karnawałowa…

Roman Brodowski

Zabawa szkolna

Dzisiaj na ostatniej lekcji pani zakomunikowała nam, że za trzy tygodnie, w sobotę odbędzie się zabawa noworoczna, a dzieci, które chcą w niej wziąć udział, powinnny przygotować na ten dzień wymyślone przez siebie stroje.
– Huuuura! – krzyknąłem uradowany! – będzie zabawa, będzie zabawa! –
Inne dzieci także, zapominając o tym, że trwa jeszcze lekcja, dały upust swoim nieposkromionym emocjom. To był prawdziwy wybuch euforii. I nie było w tym nic dziwnego, bo przecież po raz pierwszy mieliśmy uczestniczyć w szkolnej zabawie. Co prawda, dla niektórych z nas, to znaczy dla tych, którzy chodzili do przedszkola, zabawa przebierańców nie była niczym nowym, ale to nie to samo – bo szkoła to jednak nie przedszkole.
Głośną dyskusję rozpoczęła Ania, siedząca z Grażynką w pierwszej ławce. Ania poinformowała nas, że będzie królewną śnieżką, bo jest najładniejsza, a poza tym ze wszystkich dziewcząt ma najdłuższe włosy. To prawda, jej jasne jak len, sięgające prawie że kolan, długie faliste włosy, były obiektem zazdrości niejednej dziewczyny z naszej klasy. – Ja, będę twoją dobrą wróżką, Aniu – wtrąciła Grażynka. Grażynka i Ania, były dla siebie jak dwie siostry, jak dwie papużki nierozłączki, zawsze i wszędzie razem.
W klasie zapanował hałas. Każdy z nas chciał coś powiedzieć, pochwalić się, kim będzie, i jak będzie ubrany. Przekrzykiwaliśmy się wzajemnie, wymyślając coraz to dziwniejsze stroje, począwszy od znanych z bajek, postaci, a na bohaterach filmowych skończywszy. Samych Zorro było chyba z pięciu, a każdy chciał być piękniejszy i bardziej podobny do oryginału. Dobrze, że nikt nie zdecydował się, przebrać za Wilka, bo na pożarcie miałby nie jednego, a trzy „Czerwone Kapturki” i to tylko z naszej klasy, bo i piegowata Ewa, i ciemnowłosa Jagoda i Krysia miały ten sam pomysł.
Siedziałem cicho, zasłaniając uszy, a w głowie rodziły się pytania. – Za kogo mam się przebrać? czym mam wszystkich zaskoczyć?
Na początku chciałem zostać królewiczem, ale królewiczami chcieli być też Leszek i Zbyszek, więc pomysł upadł. Zorrem, Kotem w butach czy czarnoksiężnikiem też nie mogłem być, bo postacie te zostały już wcześniej zarezerwowane przez innych. Spoglądając co jakiś czas na kolegów, byłem bezradny. Im bardziej myślałem, tym większą czułem pustkę w głowie i… gdyby nie Marysia, to chyba bym się rozbeczał. Siedząca dotychczas w milczeniu obok mnie przyjaciółka powiedziała prawie szeptem, że przebierze się za Gerdę, bohaterkę baśni o „Królowej śniegu”. – Już wiem, będę Kajem! – krzyknąłem z radości na całe gardło, uśmiechając do wystraszonej moim podniesionym głosem Marysi. W klasie zapanowała cisza. Wszystkie oczy skierowały się na mnie. Na szczęście jednak dalsze spory o to, kto ma kim zostać, oraz to, kto jest ważniejszy w hierarchii postaci, przerwał dzwonek. Ten dzwonek był jedynym ratunkiem dla proszącej nas wielokrotnie o ciszę pani. Pożegnaliśmy się z nią, szybko opuściliśmy klasę, przenosząc dyskusję na korytarz, do szatni a potem na dziedziniec szkolny.

Dni mijały nieubłagalnie wolno, a czas spędzany w szkole nie pozwalał zapomnieć o zbliżającej się zabawie. Każdego dnia ktoś z naszej klasy chwalił się tym, że jego przebranie na ten wyjątkowy dzień jest już gotowe i piękne. Tylko ja jeszcze, szczerze mówiąc, nie wiedziałem jak mam wyglądać podczas zabawy. Kaj przecież był chłopcem, który z wyglądu niczym szczególnym się nie wyróżniał. W gruncie rzeczy wystarczyłoby założyć na siebie ciepły sweter, zrobiony na drutach przez mamę, czapkę z pomponem, długi wełniany szal oraz rękawiczki, by się do niego upodobnić. Tylko czy którykolwiek uczeń domyślił by się, że ktoś tak pospolicie ubrany, przedstawiał będzie sobą tamtego, uwięzionego w krainie wiecznego lodu przyjaciela Gerdy? – No właśnie.
Obawami swoimi, postanowiłem podzielić się z Marysią. Ku mojemu zadowoleniu, okazało się, że Marysia miała ten sam problem. Po długim zastanowieniu, doszliśmy do wniosku że, przebierzemy się za pastereczkę i kominiarczyka, bohaterów bajki Christiana Andersena pod tym samym tytułem. Wiedzieliśmy, że przygotować odpowiednie stroje nie będzie łatwym zadaniem. Ale po co ma się rodziców i starsze rodzeństwo. Jeszcze tego samego dnia, poinformowałem moją mamę i tatę o naszej decyzji. prosząc jednocześnie o pomoc w przygotowaniu ubranka dla kominiarczyka.
Rodzice nie mieli zastrzeżeń do pomysłu, pod jednym jednakże warunkiem.
Za ich pomoc powinienem zapłacić dziesięcioma dobrymi ocenami w szkole, co oznaczało, że nie wolno mi było otrzymywać niższych ocen jak czwórka plus i piątka, bo tylko te należały do ocen dobrych. Oczywiście – nie mając innego wyjścia – przyjąłem ten warunek bez najmniejszych oporów.
Marysia uczyniła to samo. Zarówno ciocia Helenka (tak nazywałem jej mamę), jak i jej dużo starsze rodzeństwo, natychmiast zaangażowali się do pomocy w przygotowaniu stroju dla pasterki, podobnego do tego opisanego w bajce. A że do zabawy pozostały tylko cztery dni, wszyscy stawali na głowie, żeby zdążyć.
W końcu nadeszła sobota. W tym dniu, w związku z zabawą, która dla dzieci od pierwszej do czwartej klasy rozpoczynała się o godzinie trzeciej po południu, a dla dzieci starszych od szóstej, w szkole nie było zajęć. W tamtych czasach nie było wolnych sobót w szkole, a i dorośli musieli w soboty (co prawda tylko na sześć godzin) chodzić do pracy.

Mama moja pracowała w pobliskiej mleczarni, tak że zazwyczaj w sobotę wracała do domu około drugiej. Tego dnia czekałem na nią wyjątkowo niecierpliwie. Tylko ona wiedziała jak mam się ubrać. I chociaż w szafie wisiała przygotowana przez nią czarna, przerobiona i ozdobiona dwoma rzędami srebrnych guzików, kamizelka, czarne spodnie i szary zrobiony na drutach, golf, a na szafie leżał zrobiony przez mojego starszego brata, czarny, papierowy, kominiarski cylinder, ja czekałę na mamę. Mama wróciła, niespodziewanie, wcześniej, bo krótko po pierwszej, do domu
– Zdążyłam – powiedziała zziajana – zwolniłam się, żeby zdążyć was wyprawić do szkoły – dodała, zdejmując zaśnieżone obuwie.
– Nas nie trzeba wyprawiać – zaprotestował Zbyszek. – Ja i Krysia, poradzimy sobie. Już od dawna nie jesteśmy dziećmi. To prawda, Krysia chodzi do szóstej, a Zbyszek do siódmej klasy, i nie w głowie im stroje przebierańców. Oni po prostu, modnie ubrani pójdą na tę zabawę dla starszych. Tam nikt się nie przebiera.
Spojrzałem na Jolkę, moją młodszą siostrzyczkę, która stojąc oparta o piec, szlochała.
– Nie płacz – powiedziałem – obejmując ją troskliwie – ty też będziesz miała swoją zabawę w przedszkolu. Tyle tylko, że w przyszłym tygodniu. Ze strojem dla Joli nie było tylu problemów co z moim, bo mama postanowiła przebrać ją za muchomorka. Już wcześniej poobszywała jej białą, koronkową sukienkę, czerwonymi kropkami, wyciętymi z moich za krótkich już szortów.
Gdy Jola się nieco uspokoiła, szybko, przy pomocy mamy, założyłem ubranie, cylinder na głowę i przerzuciwszy przez ramie przygotową szczotkę na sznurku imitującą taką, jaką posługują się prawdziwi kominiarze, wyszedłem na ganek. – Poczekaj jeszcze chwilkę – powiedziała mama – przecież nie masz wąsów, a prawdziwi kominiarze zawsze je noszą. Pomalowała mi wąsy czarną jak smoła kredką do rzęs i pocałowała mnie w czoło na pożegnanie.

Na ulicy czekały już na mnie Marysia i Ewa. Ewa mieszkała na naszej ulicy od zawsze i często towarzyszyła nam w drodze do szkoły. Obie wyglądały wspaniale. Marysia ubrana była w różową, sięgającą poza kolana sukienkę, na której widniał, obszyty koronką, żółty fartuszek na szerokich szelkach. Rozpuszczone, przepasane wstążką, kasztanowe włosy, jak morske fale, falując, swobodnie spływały po ramionach. Do tego jej siostra pomalowała Marysi policzki lekko różową pomadką, i nieco ciemniejszego koloru szminką, usta. Ewa natomiast przebrana była za kota w butach. W szerokim kapeluszu z piórkiem na głowie, w brązowym żakiecie, tego samego koloru spodniach i skórzanych, ciemnych kozakach, oraz z przylepionymi pod nosem długimi wąsami z końskiego włosa, rzeczywiście przypominała kota.
Po kilku minutach podziwiania się na wzajem, wyruszyliśmy do szkoły.

ZabawaJedyne  ocalale moje zdjecie. Rok chyba 1970 (nie jestem pewien).
Szkolna zabawa.  Ja jestem w górnym rzędzie, w chuście na głowie.

Szkoła, tego dnia wyglądała inaczej niż zwykle. Nad drzwiami wisiały kolorowe balony i napis „Witamy wesołe dzieciaki – rok 1966”.
W środku cały korytarz i wielki hol, na co dzień służący do zajęć gimnastycznych, wystrojone były zwisającymi od sufitu serpentynami, balonikami oraz srebrnymi gwiazdkami różnej wielkości. Na środku holu ustawiono wysoką, ustrojoną bombkami i watą choinkę. Pan dyrektor, nauczyciele, woźny, a nawet kucharka, wszyscy byli, poprzebierani. Nasza pani wyglądała jak grecka muza. Trzymając w lewym ręku wielkie gęsie pióro, a w prawym jeszcze większą księgę, od razu przypominała nam o lekcjach.

Równo o piętnastej pan woźny, pod postacią pingwina, zadzwonił ręcznym dzwonkiem, aby nas uciszyć. Teraz do choinki zbliżył się pirat czyli pan dyrektor, który pozdrowił nas wszystkich i życzył nam miłej zabawy.
W końcu usłyszeliśmy muzykę. To znany w całej szkole pan Władysław, mąż naszej pani sekretarki, wychodząc z sekretariatu grał na akordeonie. Pana Władysława lubiły wszystkie dzieci. Zawsze, kiedy przychodził do szkoły, przynosił ze sobą radość i uśmiech. Potrafił z każdym dzieckiem porozmawiać, doradzić, rozweselić. Tego dnia miał na nosie wielkie okulary przymocowane do czerwonego, plastikowego nosa.
Na początku, dla rozgrzewki, zagrał kazaczoka. Tańczyliśmy w rytm muzyki wokoło drzewka. Tylko Zorro, a było ich tylu, że można by było z nich utworzyć cały oddział, konkurowali ze sobą o to, który jest ładniejszy, silniejszy i zwinniejszy. Gdyby nie pan woźny, to chyba doszłoby do draki.
Kotów w butach też był dostatek. O dziwo większość z nich stanowiły dziewczęta. Mi osobiście podobały się Danusia z naszej klasy i Wiesia z pierwszej B. Niestety, ani jedna, ani druga nie chciały się ze mną bawić. Także moja Pastereczka Marysia też gdzieś przepadła. Od czasu do czasu widziałem ją tańczącą z przebranym za rycerza Grzesiem. Ja, nie chcąc zostać sam, bawiłem się z Kopciuszkiem, za którego przebrała się Małgosia. Małgosia chodziła do naszej klasy i była bardzo nieśmiałą, ale za to była najjaśniejszą dziewczynką w szkole. Jej włosy były tak jasne jak śnieg, jak biały, połyskujący w słońcu śnieg. Cera też bardzo jasna. Może właśnie z tego powodu Małgosia stroniła od innych dzieci, myśląc że się z niej śmieją.
Ta, jak się w trakcie zabawy okazało, bardzo sympatyczna i pogodna koleżanka, urodziła się w tym samym dniu co ja, w tej samej sali i przyjmowała ją ta sama położna co mnie. Na dodatek nasze mamy znały się od wielu lat. Muszę przyznać, że czułem się przy niej tak dobrze, że wkrótce zostaliśmy prawdziwymi przyjaciółmi.
Zabawa była naprawdę udana. Nauczyciele co chwilę obdarowywali nas słodkościami, a w świetlicy można było dostać ciepłą herbatę z cytryną lub mleko. W wielkim koszu czekały na nas pączki z marmoladą.

Jak na takich zabawach bywa, nie obeszło się też bez konkursów. Był konkurs wiedzy, tańca, i na najładniejszy strój. Był też konkurs na najładniej bawiącą się parę. W konkursie na najładniejszy strój, ku mojemu zdziwieniu, wygrała pastereczka czyli Marysia. Trochę jej zazdrościłem. Bo przecież pastereczka bez kominiarczyka, to tylko połowa – pomyślałem.
Na szczęście okazało się, że na drugim miejscu, w konkursie najładniej bawiących się par, zaraz po Ani z klasy drugiej B i Marku z trzeciej, najładniej bawiła się nasza para. Zarówno ja jak i Małgosia byliśmy bardzo szczęśliwi.
Na zakończenie wszyscy uczestnicy zabawy wzięli się za ręce, tworząc korowód. Tak przetańczyliśmy w rytm melodii granej przez pana Władysława po wąskich korytarzach szkoły ostatni wspólny taniec.

Tak zapamiętałem moją pierwszą szkolną zabawę.

Berlin, styczeń 2015
Na podstawie opowiadania z 1986 roku

Szkolna zabawa

W naszej szkole jest zabawa
Pan nam na harmonii gra
Dzieci tańczą na parkiecie
Tańczę z Zosią także ja.

Marek przebrał się za Zorro
Peleryna, szabla z boku
No i maska oczywiście…,
Tradycyjnie, jak co roku.

Basia jest królewną śnieżką.
Biała wstążka wpięta w włosy
Suknia piękna, aż do kostek
Na niej lśnią kropelki rosy.

Jest też Krysia z mojej klasy,
Ma jak Pipi Langstrumpf piegi
Taka śmieszna jest ta Krysia
Właśnie idzie do kolegi.

Polonistka z piórem w ręku
Niby Grecka muza chodzi
Do swych uczniów się uśmiecha
Rymem mówi, wiersze płodzi.

Nikt z nas dzisiaj nie jest sobą,
Nauczyciel, uczeń, woźny
Nawet nasz dyrektor szkoły
Jest cieplutki w czas ten mroźny

No bo przecież jest zabawa
Tak jak zawsze, jak co roku.
Każdy bawi się wesoło
I nikt z nas nie stoi z boku.

Berlin, 15.01. 2008

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Roman Brodowski i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s