Santiago de Compostela. Melide

Ewa Maria Slaska

Wtorek, 2 października 2007 roku

Okazuje się, że muszę jednak zdradzić czytelnikom pewną tajemnicę, dotąd zgrabnie ukrywaną – otóż wędruję BEZ śpiwora. Wszyscy mają, tylko ja nie. Ale śpiwór jest duży i waży, nawet jeśli jest lekki, a ja jestem mała, chuda (no, wtedy byłam chuda) i nie mam w ogóle siły. To co mnie prowadzi i w Drodze, i w życiu to siła woli, a nie siła fizyczna. Ważę 55 kilo, mój plecak nie powinien więc przekroczyć wagi 5,5 kilograma, a i tak noszę 7 kilo. Mam chyba najlżejszy plecak z jakim może wędrować pielgrzym i nie zmuszam siły woli, by mi nosiła śpiwór. W schroniskach zawsze były koce i jak dotąd nigdy jeszcze nie odczułam dotkliwie, że jestem wyposażona gorzej niż inni.

Ale jest jesień, noce stają się chłodne, a w Hospital da Cruz nie ma hospitalera. Umościłam sobie leże z płóciennego śpiwora (to mam ze sobą!), chusty i peleryny, wkładam rajstopy, spodnie, dwa podkoszulki i sweter i wtedy pojawia się hospitalera. Ona. Nie mówi w żadnym języku. Manta, pytam. No tenga, odpowiada. Aha, nie ma. Już się odwracam na pięcie, gdy kobieta zatrzymuje mnie. Esperar! Jednak, co to znaczy kobieta! Empatia i myślenie o innych wbudowane już w łonie matki. Po chwili prznosi mi ogromny… obrus koronkowy! Waży chyba ze dwa kilo, składamy go wspólnie do wielkości koca! Cudownie! Maravillosamente!

W schronisku tokowisko. Dwie Szwajcarki i ja wycofujemy się do kuchni. Trzy starsze panie otoczone masą rozbuchanej młodzieży w różnym wieku, bo są i starsi. Jedna z moich towarzyszek, piękna, szczupła czarnowłosa, zawsze starannie uczesana (ciekawe, jak ona to robi, bo ja zawsze jestem potargana) i zawsze wieczorem w długiej spódnicy, mówi: Ich freue mich, dass ich an der Bälzerei da nicht mehr teil haben muss.  Cieszę się, że nie muszę już brać udziału w tych tańcach godowych. To odpowiedź pięknej czarnowłosej demonicy na zdanie kozłowatego gnoma: Du bist eine alte Frau.

Po dwóch dniach w Galicji i pierwszym na ostatniej setce kilometrów już widać nowe zasady rządzące pielgrzymowaniem. Z ubikacji zniknął papier toaletowy, w schroniskach nie ma kocy, książek, jedzenia pozostawionego przez innych wędrowców, gorącej wody, kawy, herbaty, czasem nie ma już nawet naczyń… Ale za to wioski na ostatnich stu kilometrach nie cuchną krowim gnojem! Nie wiem jak i dlaczego, bo krowy nadal są, choć trochę inne – nie ma już tych brązowych, a pojawiły się swojskie czarno-białe.

Jestem osobą, która boi się krów. Naprawdę i symbolicznie. Krowy to mój postrach. Tymczasem w Galicji nie ma mowy o tym, że można by się bać krów, bo są wszędzie. Idę drogą i nagle czuję za uchem ciepły oddech. Z jakiejś bocznej drogi wyszła krowa i teraz idziemy razem, ramię w ramię.

Na ostatnich stu kilometrach skończyła się magia Drogi, nie tylko dlatego że słupki uporczywie jak metronom odmierzają kilometry, czas i twoje własne tempo. Wszystko jest uregulowane i nie ma już magicznej zabawy wędrowców z drogą, krzyżyków z patyków i traw, figur z kamieni, przywiązanych do drzewa wstążek, napisów. Jedyne, co pozostało, to tradycyjne spichlerze zbożowe, ustawione na wysokich słupach w ochronie przed myszami.

Na ostatnich kilometrach przed Santiago de Compostela wyraźnie widać, że Camino to przemysł turystyczny, a po drodze idą tylko turyści. Nikt już wspólnie nie gotuje, nie siedzi się wieczorem razem na przyzbie, nie gawędzi, nie śpiewa. Nie ma chłopaków z gitarami. Drogowskazy prowadzą do hosteli położonych poza wsią, a skąd nieobeznany z życiem pielgrzym ma wiedzieć, że gdyby się oderwał od drogowskazów i po prostu poszedł do wioski, to przy kościele znalazłby być może jeszcze schronisko takie, jakie przedtem wszędzie spotykał na drodze. Ale i to nie zawsze, bo niekiedy maszyny noclegowe wypchnęły już z wiosek tradycyjne schroniska kościelne.

Te nowe schroniska nie są nawet specjalnie drogie, nie kosztują wprawdzie co łaska i nie ma już wszechobecnej przedtem ceny 5 euro, ale ich cena jest jeszcze do przyjęcia, 7-8, czasem 10 euro. Schroniska są sterylnie czyste, ale nie ma w nich dbałości o wędrowca i poczucia wspólnoty.

Smutno już teraz i w drodze, i wieczorem, tęskno za takimi schroniskami jak Belorado, Bercianos, St. Nicolaus czy Ruitelan, a te tutaj jeszcze jakoś tak ulokowano, że jutro trzeba przejść 30 kilometrów, a ostatniego dnia tylko 20, i nie można sobie tego ułożyć inaczej. Po drodze nie ma sklepów, czyli musisz, Wędrowcze, jeść w barach i restauracjach, a kawa, którą ci tu zaoferują i która zawsze już kosztuje 1 euro, nie ma przejrzystości bursztynu i zapachu mokki, lecz urąga swojej nazwie.

Ciekawe, że przyroda współgra z ludzkimi czynami, bo zmieniły się też rzeki. Zniknęły czyste, szybkie potoki górskie, pojawiły się szerokie, leniwe rzeki o czarnej wodzie. Na ostatnie 50 kilometrów wchodzisz do Hadesu, Wędrowcze.

Uwaga, fotka z internetu, ta postawna blondynka to nie ja

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Ewa Maria Slaska i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Santiago de Compostela. Melide

  1. Julita pisze:

    Wiesz, Ewo Mario, że towarzyszę Ci w wędrówce, idę za Tobą. Byłam już na ostatnich kilometrach przed Santiago de Compostela, dziś wróciłam. Towarzyszyły mi Twoje słowa o sile woli. Nigdy nie wiem, co zapamiętam z Twoich tekstów, „nie zmuszam siły woli, by mi nosiła śpiwór”, powtarzałam. Jak hortiterapia leczy ogrodem, tak Twoje wpisy otwierają myślenie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s