W górę rzeki (13)

Zbigniew Milewicz

Dzieciństwo u komediantów

Po małej przerwie w rozsupływaniu moich rodzinnych korzeni, zacznę od sprostowań, które obiecałem w ostatnim wpisie. Po pierwsze mój wujek Wypler z Chorzowa był dobrym, zawodowym zdunem, ale Romek, jego syn, wyuczony mistrz kowalski, sam sobie wybudował w mieszkaniu kominek, co wcześniej przypisałem seniorowi. Zrobiłech to, żeby tacie pokazać, że som tyż poradza – powiedział. Po drugie, pierwszymi lokatorami moich dziadków w suterenie domu na Wesołej byli wujostwo Wilik i Milka Hanke, rodzice Jutki, mamy Romka i jej siostryTereski, którą pożegnaliśmy pod koniec ubiegłego roku. Miała to być dla nich pewna rekompensata za pomoc przy budowie domu. Po trzecie wreszcie, nie u niemieckiego szewca pracował na Śląsku mój ojciec w czasie okupacji, tylko u litewskiego. Warsztat znajdował się w Bytomiu, o czym powiedział mi Zdzich, mój starszy brat po mieczu, zorientowany w temacie z uwagi na to, że tym szewcem był ojciec jego biologicznej mamy.

na -balkonieStaram się sięgnąć pamięcią jak najdalej w głąb dzieciństwa i widzę różne twarze, przeważnie dobre. Na pierwszym miejscu mama Nina, jak na portrecie, który wędruje ze mną przez wszystkie mieszkania mojego życia – młoda, radosna i piękna. Później babcia – zawsze choćby trochę władcza, powściągliwy, dobroduszny dziadziuś, zadziorna i pyskata ciocia Irka… Jest wśród nich także młody, ciemnowłosy mężczyzna, który pochyla się nade mną w kuchni na Wesołej, ubrany w elegancki garnitur i białą koszulę z krawatem. W jednej ręce trzyma bukiet kwiatów, w drugiej małego, metalowego konika na biegunach, który jest dla mnie. Z twarzy mężczyzny najlepiej zapamiętuję oczy o mocnym wyrazie, które patrzą na mnie poważnie i uroczyście. W kuchni na taborecie siedzi dziadek, ze skwaszoną miną a ja biegam po mieszkaniu i drę się na całe gardło z radości, że tatuś przyjechał. Ile mogłem mieć wtedy lat? Może niecałe dwa, skoro rodzice rozwiedli się w czterdziestym siódmym, a to ich spotkanie na Wesołej było ostatnią próbą porozumienia, tym razem poniewczasie podjętą przez ojca.

Na zdjęciu: Z mamą i babcią na balkonie

Są sympatyczne przyjaciółki babci, które nas odwiedzały na Wesołej – pani Chudzińska, co tak mocno różowała sobie policzki, że pewnego dnia powiedziałem, że wygląda jak stara czarownica (oj, dostało mi się później za to), pani Pielawska, która pochodziła ze sfer artystycznych i pod koniec wojny odjęła sobie dziesięć lat z metryki, przez co potem musiała dłużej pracować do emerytury. Naznaczona piętnem cierpienia dobra pani Ślusarczykowa; kiedy nie mogła już wstawać z łóżka, zachodziłem do niej z drobnymi sprawunkami. Wujek Tyjduś, brat babci, o charakterystycznej, pociągłej fizjonomii, z racji swojej wrodzonej bladości zwany w rodzinie kyjzą. Wielki, chudy karawaniarz w czarnym, oblamowanym srebrno surducie i trójkątnym kapeluszu, kroczący z powagą przy konnym powozie z trumną. Czasami taki kondukt przechodził naszą ulicą, czarnej maści konie miały wpięte w grzywy srebrne pióropusze, czuło się w tym dostojeństwo śmierci. Karawaniarz zawsze miał katar i pociągał nosem, co psuło trochę powagę ceremonii, ale zyskiwało moją sympatię do niego, ponieważ ja też wiecznie byłem zakatarzony. Nazywałem go padockiem, bo jak się odezwał, to najczęściej używał słowa pado, co w śląskiej gwarze znaczy mówi. Podobno nie końca był zdrowy psychicznie, chorzowskie urwisy biegały za nim po ulicy i brzydko przezywały, więc kiedy dorosłem, to ich czasami goniłem.

Jest w tym kalejdoskopie naznaczona brodawkami twarz pani Elzy, naszej domowej krawcowej. Miała coś odpychającego w sobie, wąska czaszka i wargi, paciorkowate, blisko siebie osadzone oczy, nadawały jej jakiejś szczurowatości. Cały czas żuła ziarenka kawy (aż dziw, że ten napój dzisiaj lubię), a przymiarki jakichś cudacznych ubranek, w których kazano mi później chodzić, trwały w nieskończoność. Antypatia była obopólna, kiedy demonstrowałem niechęć na widok pani Elzy, ona mnie za to później kłuła szpilkami, niby niechcący, a nie mogłem przy tym ani drgnąć, bo dokuczała jeszcze mocniej. Obszywając całą rodzinę, przyjeżdżała na Wesołą zwykle na parę dni. Dzień zaczynała skoro świt, od gimnastyki, płaska, jak deska do prasowania, w podkoszulku i majtkach do kolan. Einz, zwei, drei, skłony, przysiady, rzadkie włosy fruwają na głowie, brodawki sinieją z wysiłku, wąskie usta zaciśnięte, jak zamek błyskawiczny ss-mańskiej panterki pod Stalingradem. Po polsku mówiła z trudnością, ja po niemiecku wcale, może dlatego nie umieliśmy się porozumieć. Po latach powiedziano mi, że była ciotką biskupa Bednorza, późniejszego arcypasterza diecezji śląskiej.

Pani Brachaczkowa również nie była jakąś pięknością, nie pamiętam, czy kiedykolwiek widziałem uśmiech na jej twarzy, ale to był dusza człowiek. Mieszkała pod numerem 1 na Wesołej, ciocia Irka przyjaźniła się z jej córką Dusią, ja z synem Mariuszem, który był ode mnie kilka lat starszy. Słusznego wzrostu i wagi, pochodziła ze wschodnich kresów i miała wiedzę oraz talent w leczeniu ludzi naturalnymi sposobami z ich rozmaitych dolegliwości. Kiedy ktoś w rodzinie niedomagał, w ruch szły domowe środki, np. na przeziębienie był czosnek, herbata z malinami i pocenie pod stertą pierzyn. Jak nie skutkowało, to sąsiadka przychodziła nawet w nocy. Na zapalenie oskrzeli i opłucnej stawiała bańki, paliła jakieś zioła, coś tam przy tym szeptała i zwykle pomagało. Babcia się z domowników najrzadziej przeziębiała, ale jej pani Brachaczkowa czasami stawiała pijawki i puszczała krew, ze względu na wysokie ciśnienie. Z usług rejonowego lekarza korzystaliśmy chyba rzadko, bo miał tak kiepską opinię, że sąsiadka znachorka musiała wystarczyć.

Głównym specjalistą od leczenia duchowych przypadłości wieku dziecięcego była w domu babcia. Dyscyplinujące narzędzie stanowił bat o pięciu cienkich rzemieniach, z drewnianą rękojeścią, wiszący za kuchennymi drzwiami. Wisi bat na ścianie, Zbyszek nim dostanie – podśpiewywała skrzekliwie ciocia Irka, stojąca w domowej hierarchii na przedostatniej pozycji; na ostatniej byłem ja i rzeczywiście czasami tym batem obrywałem. Zasłużenie i niezasłużenie, kiedy egzekutorka miała zły humor. Pewnego dnia skończyło się to, byłem już dostatecznie duży, żeby wyrwać bat z rąk babci, rzucić go za kredens i wykrzyczeć jej całą swoją urazę z powodu niesprawiedliwości otrzymanej kary. Pamiętam, że bardzo zaskoczył mnie wtedy jej uśmiech pełen aprobaty.

Czasami wystawiano na próbę tylko siłę mojego ducha. Kiedyś o zmroku bawiłem się z ciocią Irką w chowanego. Światła w mieszkaniu były wygaszone, znikąd nie dolatywał żaden odgłos, nabrałem przekonania, że niepostrzeżenie wyszła na zewnątrz i zostałem sam. Wiedziony jakimś impulsem dalej jednak szperałem po różnych zakamarkach i kiedy zajrzałem pod łóżko w sypialni, wychynęła ku mnie podświetlona, diabla maszkara, którą trzymaliśmy w domu na różne krotochwile. Niby znałem tę okropną maskę, ale wtedy byłem pewien, że diabeł rzeczywiście ożył i dostałem ataku paniki. Ze stoickim spokojem natomiast przyjąłem do wiadomości, że nagle babcia umarła. Zdenerwowana mną – już nie pamiętam z jakiego powodu – osunęła się bezwładnie na ziemię i przestała dawać jakiekolwiek objawy życia. Potrząsnąłem nią raz i drugi, powiedziałem, żeby wstała, a kiedy nie odniosło to skutku, poprawiłem jej położenie na podłodze, splotłem palce dłoni na brzuchu, tak jak to widziałem w pewnej kaplicy cmentarnej, przyniosłem różaniec babci i książeczkę do nabożeństwa i zacząłem odmawiać wieczne odpoczywanie… Wtedy „nieboszczka” zaniosła się śmiechem, cóż, chowałem się w domu komediantów.

na-nartachDziadek na szczęście traktował mnie dużo poważniej. Nauczył mnie strzelać z wiatrówki, próbował mi zaszczepić smykałkę do majsterkowania, ale kiedy doszedł do wniosku, że jestem psuja, dał sobie spokój. Zamiast tego któregoś dnia wyjął ze schowka na strychu narty, na których sam kiedyś jeździł, a później dał mamie, i pokazał mi na sucho, jak się je zapina, jak szusuje, robi pług. To spodobało mi się od razu, nie mogłem doczekać się zimy, żeby pójść z dziadkiem do doliny szwajcarskiej, gdzie później powstał park kultury i jeździć naprawdę. Narty były świetne, drewniane, bardzo elastyczne, o mocno wygiętych noskach i w miarę krótkie. W sam raz dla początkującego narciarza; nosiły znak firmy, która je wypuściła i rok produkcji, pamiętam : Franciszek Bujak, Zakopane, 1920. Miały skórzane wiązania, zapinane na metalowe klamry, więc choćbym nie wiadomo jak wydziwiał na stoku, kończyło się to bezpiecznie. Buty narciarskie dla mnie niestety trzeba było kupić, bo wszyscy w rodzinie, poza babcią, mieli mniejsze stopy ode mnie, a ona na nartach nie jeździła. Spody desek smarowało się woskiem, żeby śnieg się nie kleił do nart i służyły mi one szczęśliwie przez lata, chyba aż do ukończenia liceum. Na śnieżne szaleństwo wyjeżdżałem w pobliskie Beskidy, albo do Bukowiny Tatrzańskiej, w której najczęściej spędzałem również letnie ferie ze swoimi najbliższymi.

Na zdjęciu: Mama z siostrą jadąw skiringu, czyli na nartach za koniem, początek lat czterdziestych

O tej miejscowości sprzed lat, która istnieje już tylko w nazwie i ludzkiej pamięci, o jej związkach z naszą rodziną będę chciał opowiedzieć oddzielnie. Teraz tylko przytoczę dwa wydarzenia z wczesnego dzieciństwa, które zapamiętałem w związku z Tatrami. Starsze jest z pielgrzymki do kaplicy Matki Boskiej Jaworzyńskiej pod Rusinową Polaną. Dziś mówią na to miejsce Wiktorówki. Z Bukowiny, spod klina, górale idą tam średnio ze dwie godziny (jeżeli któryś z nich to czyta i się mylę, to proszę o korektę), cepry potrzebują przynajmniej dwa razy więcej czasu. Kogo nogi już dobrze nie noszą, może podjechać autobusem na Wierch Porońca, albo Zazadnią, stamtąd to już niedaleko. Kiedyś po tatrzańskich, nieutwardzonych drogach kursowały jednak tylko konne fury i to nieregularnie, ale pielgrzymka miała być umartwieniem, więc szło się pieszo. Idziemy z mamą – pamiętam – kamienistym wąwozem, w żółtym błocie po kostki, w strugach deszczu, ludzie się modlą, śpiewają, nagle rozstępują się, bo jedzie powóz. Pod plandeką siedzi wyniosły i tęgi ksiądz Fox, proboszcz bukowiańskiej parafii. Mama prosi księdza, żeby mnie podwiózł kawałek w stronę kaplicy, odmawia. Tak się hartowałem. Może wtedy zrodziła się u mnie niechęć do kościelnej hierarchii, kto wie…

w-tatrachZ dziadkiem na wycieczce w górach

Drugi epizod wydarzył się kiedy miałem już dziewięć, albo dziesięć lat. Bardzo lubiłem wyprawy z moim dziadkiem w góry, w zależności od trasy trwały one zwykle trzy-cztery dni. Wyruszaliśmy z Bukowiny o świcie, zawsze pierwszym etapem była Jaworzynka, gdzie wypraszaliśmy u Tatrzańskiej Gaździny szczęśliwą drogę (nigdy nas nie zawiodła), zjadaliśmy coś z zabranego prowiantu, piliśmy z kotła herbatę, gotowaną przez ojców dominikanów, którzy opiekowali się kaplicą i dalej w góry. Przez Rusinową Polanę, Gęsią Szyję, Polanę Waksmundzką i Pańszczycę do Murowańca na Hali Gąsienicowej. Czasami, ale rzadziej, dziadek prowadził mnie z Rusinowej przez Palenicę i Wodogrzmoty Mickiewicza do Morskiego Oka i tam najpierw nocowaliśmy, ale wolałem pierwszą trasę, bo była ciekawsza. Nazajutrz zwykle był dzień ulgowy, nigdzie się nie spieszyliśmy. Trzeba było przyzwyczaić organizm do wysokości, robiliśmy spacery w stronę Kasprowego Wierchu, albo nad Czarny Staw, dziadek uczył mnie, jak rozkładać siły przy podejściach, żeby nie wypompować się zbyt szybko, jak gospodarować oddechem, ale miałem jeden problem, z którym nie umiałem sobie poradzić, mianowicie lęk wysokości. Żeby z Hali Gąsienicowej dostać się do Doliny Pięciu Stawów Polskich, trzeba pokonać Zawrat, a tam w pobliżu szczytu jest trochę łańcuchów i klamer. Idę pierwszy, nagle przede mną wyrasta rozpadlina, głęboka na wysokość drapacza chmur w Chorzowie. Po drugiej stronie, na wyciągnięcie ręki jest klamra, nie ma innej możliwości, muszę przekroczyć ten rów i przeciągnąć się na drugą stronę. Wtedy klamra wysuwa się ze skały, moje krótkie życie przelatuje mi przed oczami, łydki trzęsą się, jak galareta.

– Widzisz tych taterników? – dziadek pokazuje mi grupę ludzi, wspinających się przy pomocy haków i lin po sąsiedniej, prawie pionowej turni.

Widzę. Ich spokojne, fachowe ruchy przywracają mi wiarę we własne siły i w tę klamrę, że jednak nie wysunie się zupełnie ze skały i nie spadnę w przepaść. Wtedy pozbyłem się lęku wysokości. Kiedy po latach, już jako dorosły, ponownie szedłem przez Zawrat do Pięciu Stawów, ta klamra przypomniała mi o moim strachu z dzieciństwa, gdyż nadal wysuwała się ze ściany. Zabrakło jednak dziadka, żeby mi powiedział, że to głupstwo, którym nie ma się co przejmować.

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Zbigniew Milewicz i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s