W górę rzeki (19)

Zbigniew Milewicz

Marsz, marsz Polonia…

W Lidzbarku Warmińskim był końcowy poligon, rekrucki znój i wreszcie żołnierska przysięga. Wcześniej jednak musieliśmy przez trzy lata, raz w tygodniu, chodzić na zajęcia w studium wojskowym UJ. Siedem godzin można było wytrzymać, wkładało się mundur, buty gwoździami podbite, zimą długi szynel, rogatywkę i maszerowało się na zajęcia w Collegium Novum. Naprzeciw stała podrzędna knajpa, zwana Barceloną, w której po szkoleniu piwko tak smakowało… Na porannym apelu, w drugiej kompanii, „bili do dacha” m.in. bracia Zielińscy, Skaldowie, których popularność dopiero się rozpoczynała.

03Na poligonie w LidzbarkuNa poligonie w Lidzbarku

Szkolili nas starzy frontowcy, musztry uczył podpułkownik, albo major, Bąkowski, ogniowego – mjr Proniewicz, taktyki – mjr Bednarski i każdy z nich był wielkim oryginałem. O naszych przełożonych krążyły liczne anegdoty, wynikały zaś na ogół z frontowych opowieści, na które naciągaliśmy ich, aby skrócić nudny materiał dydaktyczny. Z katedry padało na przykład stwierdzenie, że woda wrze w temperaturze 90 stopni… Student przerywał wykładowcy, że jednak będzie ich 100, na co tamten ripostował, iż w warunkach bojowych wszystko wygląda inaczej… Albo: kąt prosty, jak wiadomo, ma 180 stopniAleż, panie majorze, fama głosi, że 90Powiedzcie famie, że jest głupia…

04Major Bednarski i jego studenciMajor Bednarski i jego studenci

Mjr Bednarski, o poczciwej, kresowej duszy, lubił opowiadać, jak zdobywał wała pomorska i szczerze martwił się, że studenci przychodzą na zajęcia z taktyki nie przygotowani. – Ta idziesz ty z kolegą i dziewczyną na ten przykład do kina – chrząkał. – Czemu nie weźmiesz ze sobą zeszytu z taktyki ? Kolejka długa na kilometr, niech kolega jej pilnuje, a ty z boku stoisz i powtarzasz na głos, co w zeszycie zapisane. Później kolega twój to robi, ty za niego w kolejce i obydwaj zdajecie na piątkę.
A co z dziewczyną? – padało z sali pełne troski pytanie.
Ty już, synok, nie martw się, ona sobie poradzi – szczerzył pożółkłe zęby.

Major Proniewicz oczekiwał od nas wiedzy szczegółowej, bo i szkolenie ogniowe tego wymagało. Trzeba było nie tylko umieć sprawnie rozebrać i złożyc np. ręczny karabin maszynowy, ale i nazwać wszystkie jego części. Na końcowym egzaminie mógł niejednego z nas tymi detalami wykończyć, ponieważ jednak lubił sobie wypić, odpowiednio się przygotowaliśmy. Na krakowskim Pasterniku mocno grzało tamtego dnia słońce i ono też było naszym sprzymierzeńcem. Złożyliśmy się na skrzynkę piwa i pół litra czystej, którą ukradkiem został ochrzczony chmielowy napój. Przy trzeciej butelce major był już w świetnym nastroju i stawiał studentom coraz lepsze stopnie. Wszyscy zdali, choć nie dał rady całej skrzynce. Nasi kelnerzy zanieśli go do służbowej Wołgi, a on po drodze z rozrzewnieniem śpiewał Marsz, marsz Polonia. Tej pieśni w czasach PRL-u oficjalnie się nie wykonywało, ale egzaminy dobiegły końca i major był już osobą prywatną.

O1TaniecZwyPod koniec szkolenia wojskowego dopuściłem się pewnego skandalu. Pojechaliśmy ciężarówkami na zajęcia z taktyki, na Pasternik. Porucznik Pietras, dowódca kompanii, ogólnie świetny gość, rozdał nam ślepe naboje, których nie wystrzelałem do końca. W czasie drogi powrotnej usiadłem sobie z tyłu pojazdu, obok koleżka, któremu też coś zostało w magazynku i przy Plantach, na raz – dwa – trzy, odsłoniliśmy plandekę.

Taniec zwycięstwa po przejściu do cywila

Po serii z dwóch kałasznikowów, jakiś starszy mężczyzna spadł z roweru, na ulicy zrobiło się zamieszanie, a my mieliśmy wielką frajdę. Dostaliśmy za ten wybryk ostrą naganę i dwa tygodnie sprzątania magazynów studium wojskowego, co było w pełni zasłużoną karą.

Napisałem o tym szczeniackim numerze, ponieważ przypomniało mi się, że na ostatnim roku studiów znowu pojawił się motyw strzelania, tym razem ostrą amunicją. Był marzec 1968 roku, do studentów, którzy w Żaczku konspirowali przeciw nadużyciom komunistycznej władzy, przeniknęli prowokatorzy bezpieki. Pamiętam obcego, młodego mężczyznę (rozpoznałbym go jeszcze dziś), który mocno namawiał nas do wyłamania drzwi w magazynach z bronią studium wojskowego UJ i do użycia jej w czasie demonstracji, przeciw milicji. Na szczęście nikt gada nie posłuchał.

Zanim rozpoczął się tamten trudny okres, było jeszcze trochę miło. W czasie wakacji, w Międzyzdrojach, poznałem Magdę z Warszawy, studiowała na SGPiS. Zaczęły się wyjazdy do stolicy, razem chodziliśmy na spektakle kabaretowe, do Dudka, Owcy, STS- u. Mieszkała na Targówku, w ładnej willi z ogrodem, poznałem jej sympatycznych rodziców. Czasami przyjeżdżała do Krakowa, wtedy zabierałem ją do Teatru Stu, Krzysztoforów, Jamy Michalikowej. Był i stary hotel w Tomaszowie Mazowieckim, leżącym mniej więcej w połowie drogi między dwoma stolicami. Szlagier o nazwie Tomaszów – słowa Julian Tuwim, muzyka Zygmunt Konieczny – śpiewała wówczas Ewa Demarczyk, gwiazda kultowej Piwnicy Pod Baranami, nie mogliśmy tam więc nie pojechać. Pamiętam nasze rozczarowanie senną mieściną, jednak poeta miał prawo się nią zachwycać. Stamtąd pochodziła jego ukochana żona, Beatrycze – „Panna, Madonna, legenda tych lat”.

02Magda-TomMazZ Magdą w Tomaszowie Mazowieckim

Nie napiszę, że byłem w Magdzie zakochany po same uszy, bo zaraz ktoś powie, że to u mnie nic nowego. Moja mama ją w każdym razie lubiła i chyba nie miałaby nic przeciw naszemu małżeństwu. Kiedy w 1968 r. posadzono mnie na Montelupich, Magda napisała do niej list z prośbą, żeby powiedziała mi, że kończy ze mną znajomość. Mama nie zrobiła tego, zaś ów dokument znalazłem wśród rodzinnej korespondencji dopiero parę lat temu. Verba volant, scripta manent, słowa ulatują, pisma pozostają. Ktoś mi później powiedział, że po studiach wyjechała do Paryża, tam wyszła za mąż i wzięła za konserwację zabytkowych mebli, ale wtedy był to już dla mnie czas przeszły dokonany.

Ponieważ sąd uniewinnił mnie od zarzutu działania na szkodę władzy ludowej (Papierowych rycerzy ciąg dalszy), po wyjściu z więzienia mogłem wrócić na uczelnię. Dokończyłem studia i obroniłem pracę magisterską. W Chorzowie, na Wesołej, gdzie dawno nie byłem, mój niemłody już dziadek Erwin powiedział mi jedno, gorzkie zdanie, którego nie zapomnę: jak oni mogli grozić, że wam pogruchoczą kości, nie takiej Polski chciałem, żałuję, że byłem powstańcem. Była to aluzja do marcowego wystąpienia Edwarda Gierka na wiecu w Katowicach, w którym zapowiadał twardy kurs przeciw opozycji. Zapewniłem dziadka, że nie dam sobie zrobić krzywdy, ale on myślał pewnie o kruchości ludzkiej egzystencji i nietrafności życiowych wyborów w skali ogólnej.

Był na emeryturze, chorował i na przykład wielu pracom remontowym w domu nie mógł już podołać, całe gospodarstwo pozostawało praktycznie na głowie babci, a o sprzedaży posesji nie chciał nawet słyszeć. Wtedy uzmysłowiłem sobie, że jestem cholernym egoistą. Pojawiam się w Chorzowie raz na jakiś czas, przyniosę węgla z piwnicy, narąbię drewna, trochę posiedzę i już mnie nie ma, znikam w swoim wygodnym świecie. Kiedy mój dziadek Erwin zmarł i dwaj pracownicy zakładu pogrzebowego wynosili z mieszkania trumnę, w przedpokoju dźwignęli ją trzykrotnie pod sufit i powiedzieli: gospodorz, pożegnejcie się z domem! Taki był koniec adresu na Wesołej 5. Dom został szybko i tanio sprzedany, babcia z ciocią Irką kupiły dwupokojowe mieszkanie w Tychach i życie potoczyło się dalej, uboższe o jednego bliskiego człowieka.

P.S. Dziękuję Krystianowi Cichowskiemu, że w 16 odcinku tej opowieści skorygował imię naszego wychowawcy ze Słowaka, prof. Brzozy, które brzmi Janusz.

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Zbigniew Milewicz i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s