O życiu

Joanna Trümner

Serce do podarowania

„Serce do podarowania“ – to ogłoszenie rzuciło jej się w oczy w momencie, kiedy chciała odłożyć przeczytaną gazetę. „Jakie to proste, niepretensjonalne, może warto odpowiedzieć” – pomyślała.

Często później zastanawiała się nad tymi słowami. Nie wiemy przecież, co naprawdę stoi za słowami wypowiadanymi do nas przez innych ludzi – czy są to wielkie słowa dla małych uczuć czy też małe słowa wyrażające sprawy wielkie. Każdy z nas poznał słowa wracające latami jak bumerang, właściwe słowa we właściwym momencie i słowa pełne emocji, których nie da się już cofnąć, słowa za którymi nic nie stoi i słowa za którymi stoi zbyt wiele. Miała nadzieję, że są to szczere, ciepłe słowa, tak samo jak ona tęskniące za drugim człowiekiem.

Odpisała na podany numer skrzynki pocztowej „Moje serce też szuka nowego właściciela, może to Ty?” Wrzucając list do skrzynki minęła kiosk pana Jurka, rozmawiającego ze swoimi zwykle o tej popołudniowej porze już niezbyt trzeźwymi klientami. „Kiedy on ma wolne?” – pomyślała. Kiosk był otwarty codziennie – nawet w Wigilię i Sylwestra można było zobaczyć uśmiechniętego pana Jurka, czekającego na klientów. „Jaki on musi być potwornie samotny, jak dobrze, że ja mam dzieci, koleżanki, za kilka dni będę miała randkę”.

Odpowiedź przyszła po czterech dniach: „Proponuję spotkanie pod Neptunem w niedzielę o 12-stej, będę trzymał w ręku Twój list. Wiem, że się rozpoznamy. Na wszelki wypadek podaję numer komórki, jeżeli nie będziesz mogła, przyślij proszę SMS-a”.

Do niedzieli zostały trzy dni, które spędziła na farbowaniu włosów, maseczkach, sprzątaniu mieszkania i radości. Starała się nie wyobrażać go sobie, nie zastanawiać się nad tą wielką niewiadomą, nie zawsze udawało jej się jednak nadać myślom inny kierunek, uspokoić drzemiące od lat w głowie marzenia, schowane pod maską uśmiechu i problemami codzienności. „Jak pięknie jest znowu na coś czekać, cieszyć się. Może na tym polega cały sens życia?” – pomyślała.

Ostatni rok spędziła pracując jako opiekunka starszej pani, mieszkającej pod Kolonią, nieliczne wolne dni poświęcały cieszeniu się na wyjazd do domu. Układała sobie w głowie opowiadania o tych monotonnych dniach, starała się w każdym z nich doszukać czegoś pozytywnego, śmiesznego. Wiedziała, jak bardzo synowie na nią czekają, jak bardzo nie chcą słyszeć, że czuje się jak maszyna do zarabiania pieniędzy w obcym kraju. Nie będzie im opowiadała o samotności, o nieufności z jaką przyjęła ją córka pani Siebloch, o pokazywaniu kwitów, rozliczaniu zakupów: „Banany w Lidlu były o wiele tańsze, dlaczego ich tam Pani nie kupiła?” Siegrun na pewno nigdy nie robiła zakupów wioząc matkę przez miasteczko na wózku inwalidzkim. To przecież należało do zadań Anny: ledwie zamknęła drzwi, zorientowała się, że trzeba byłoby wrócić i zmienić pani Siebloch pieluchę, umyć ją i jeszcze raz przebrać. Właśnie dlatego nie poszła do Lidla na drugi koniec miasta, tylko do droższego sklepu za rogiem.

Czasami zastanawiała się, czy to rzeczywiście takie szczęście, że dzięki babce – Niemce, która do końca życia nie nauczyła się poprawnie polskiego i z uporem uczyła dzieci i wnuki niemieckiego, mogła rozumieć większość mówionych do niej zdań i wyczuwała tę atmosferę nieufności i niechęci Siegrun, dla której była złem koniecznym: „Dom starców tyle kosztuje, kto za to ma płacić?”

I tak miała szczęście. Pani Siebloch była wdzięczną pacjentką, po wylewie porozumiewała się tylko sylabami, z kolei mycie jej, karmienie i zmienianie pieluch nie były dla Anny po wieloletniej pracy pielęgniarki żadnym problemem. Przez rok przyzwyczaiły się do siebie, gdyby nie śmierć pani Siebloch na pewno by jeszcze tam pracowała. Co dwa miesiące jeździła na kilka dni do domu. Ten dom zaczynał się dla niej już podczas dwunastogodzinnej podróży autobusem do Gdańska. Autobus pełen opiekunek, sprzątaczek, robotników budowlanych wracających do siebie to był jej świat, jej ludzie, przedsmak domu. W końcu można było w swoim języku ponarzekać na wiecznie niezadowolonych mieszkańców tego bogatego państwa, w którym musieli zarabiać pieniądze, opowiedzieć o dzieciach i mężach, o kłopotach, planach i marzeniach w swoim języku.

Z Niemiec wróciła do domu z kilkoma tysiącami zaoszczędzonych euro, pomogła synom wyjechać do pracy do Anglii i postanowiła odpocząć kilka tygodni, zanim rozejrzy się za nową pracą. I pomyśleć w końcu o sobie.

To, że jej małżeństwo rozpadło się w tak dramatyczny sposób, nie znaczy przecież, że i jej nie spotka kiedyś szczęście. To było już tyle lat temu, nie pamięta nawet jak on wyglądał, niektóre z jego rysów poznaje w chłopcach. Często myśli o tym, czy i oni nie noszą w genach tego potwornego nałogu, przez który przeszła piekło. Zaczęło się od kilku piw po pracy z kolegami, z tygodnia na tydzień wynosiła z domu coraz więcej butelek, niedługo nawet jego śniadanie składało się z piwa. Stracił pracę, picie z kolegami odbywało się u nich w domu. Dzieci spały w sąsiednim pokoju, a Anna z trudem mogła się skoncentrować w pracy, myśląc o pijackich awanturach, których świadkami byli chłopcy. Kłótnie, szarpaniny, wizyty milicji, nocne ucieczki do matki z chłopcami prowadzonymi za rękę przez pół miasta. Horror rozwodu, powroty, obietnice, nadzieja, że coś się zmieni – „Pójdę się leczyć, zostań ze mną”. Nie poszedł na leczenie, po rozwodzie stracił kompletnie kontrolę nad swoim życiem i przed kilkoma laty zamarzł nocą na jednej z ławek w Parku Oliwskim.

Nic gorszego od tej historii nie może się przecież zdarzyć. Jakie szczęście, że miała dzieci – nie mogła się poddać, rozczulać się nad sobą, musiała zrobić wszystko, żeby na twarzach chłopców znowu pojawił się uśmiech, żeby zapomniały o tych podniesionych głosach w sąsiednim pokoju i nieprzytomnym ojcu śpiącym na podłodze w łazience.

Nie mogła się doczekać niedzieli. W końcu nadeszła i nadeszła dwunasta pod Neptunem. Podszedł do niej szpakowaty, przystojny mężczyzna z listem w ręku.

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Joanna Trümner i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s