„Podhalem” na Śródziemne (4)

Zbigniew Milewicz

Podhalem4-winietaPłyniemy wzdłuż brzegów afrykańskich, kursem na wchód, w kierunku Sycylii, do której mamy z Ceuty mniej więcej trzy doby drogi. Później jeszcze trzy dni i powinniśmy być już na miejscu, w Salonikach, jeżeli oczywiście w międzyczasie nic nie zakłóci biegu podróży „Podhala”.

Za czasów cesarza Augusta i Antoniusza, w okresie wypraw krzyżowych, czy nawet wówczas, kiedy królowały na nim flotylle Filipa II, morze to było wielokrotnie rozleglejsze niż dziś, w epoce statków o sztucznym napędzie, coraz to szybciej przemierzających wodne szlaki. Dawne żaglowce, zdane na łaskę kapryśnych wiatrów, potrzebowały co najmniej tygodnia na drogę z Marsylii do Algieru i dwóch miesięcy na przepłynięcie z Gibraltaru do Stambułu. Jak na gust armatora poruszamy się jednak jeszcze zbyt wolno, bo następnego dnia po wyjściu z Ceuty nadchodzi z kraju drogą radiową polecenie, aby skrócić „przelot” do Salonik. W myśl pierwotnych założeń statek powinien tam dotrzeć w niedzielę, 23 września, teraz mówi się o czwartku, praktycznie wszystko zależy od okrętowego silnika, którego stan techniczny daleki jest od doskonałości. Ostatecznie „Podhale” zwiększa prędkość z l3,5 do 14,5 węzła i to jest górna granica jego możliwości.

zbyt wolno...Jak na potrzeby armatora poruszamy się zbyt wolno

Gdzieś na wysokości Tunisu, w czasie poobiedniej sjesty, podrywają mnie z koi dzwonki – osiem krótkich i jeden długi. Alarm szalupowy. Morze jest gładkie jak stół, nic nie wskazuje na to, aby ze statkiem działo się szczególnego, ale postępuję zgodnie z instrukcją. Łapię pas ratunkowy, po drodze jakiś sweter i wybiegam na pokład łodziowy pod szalupę nr 2, w której mam wyznaczone miejsce na wypadek tego typu akcji. Cichnie maszyna, „Podhale” staje w dryfie, na miejscu zbiórki meldują się ostatni maruderzy. III oficer pokładowy, Ryszard Prusik sprawdza stan liczebny załogi i pasażerów – są wszyscy. Już wiadomo, że uczestniczymy tylko w ćwiczebnym alarmie szalupowym, mającym wykazać, jakie jest przygotowanie ludzi i środków technicznych do sytuacji, w której zachodzi potrzeba nagłego opuszczenia statku w morzu. Przy okazji trochę odpocznie okrętowy silnik, bardzo zgrzany pracą na najwyższych obrotach. Zgodnie z przepisami bezpieczeństwa, obowiązującymi w polskiej flocie, takie sprawdziany przeprowadza się na statku co najmniej raz w miesiącu, podobnie, jak alarmy „człowiek za burtą” i przeciwpożarowy. R. Prusik, czuwający nad sprawnym wykonaniem ćwiczeń, będzie musiał odnotować w raporcie, że zablokowało się urządzenie dźwigowe przy szalupie nr 2, co nie pozwala na opuszczenie jej na wodę. Jedynka z grupą marynarzy na pokładzie już zjeżdża w dół, drugą łódź udaje się uruchomić dopiero po kilkudziesięciu minutach. W międzyczasie okazuje się, że pierwsza ma zepsuty motorek i może poruszać się tylko na flamingu – ręcznym napędzie śruby, przy którym ludzie w szalupie szybko ,,puchną”. Odchodzi więc od statku tylko na odległość 100-200 metrów, po czym wraca i z powrotem wciągają ją na pokład. Chwała Bogu, że jest to tylko ćwiczebny alarm.

Część załogi i wszyscy pasażerowie pozostają na pokładzie. Korkowe pasy, które mamy na sobie, wyposażone są w torebki z proszkiem w kolorze pomarańczowym, co po rozpuszczeniu w morskiej wodzie ma ułatwić znalezienie rozbitka. Służą temu również lampki wpięte w troki, ale brakuje do nich bateryjek. W opinii marynarzy główną wadą tych pasów – powszechnie używanych na polskich statkach – jest ich zła konstrukcja oraz nieelastyczność. Przy skokach do wody z dużej wysokości ryzykuje się w nich połamanie kręgów szyjnych. Przed utonięciem w morzu mają chronić również pneumatyczne tratwy i kola ratunkowe, w które „Podhale” jest kompletnie wyposażone, tyle że pochodzą one z różnych statków, o czym świadczą firmowe napisy na sprzęcie.

Zwłaszcza między rejsami wiele rzeczy ginie ze statków – tłumaczy mi ,,trzeci”. – O nowe trudno, zwykle stosuje się wtedy przerzuty brakującego sprzętu z innych jednostek armatora, które, dajmy na to, czasowo wyłączone są z eksploatacji. Bywa jednak, że następuje przyspieszenie terminu rozpoczęciu kolejnego rejsu, nie zdąży się uzupełnić tych braków i statek wychodzi w morze na przykład z niekompletnym wyposażeniem ratowniczym. Cieszmy się więc z tego, co mamy.

Dzwonki, koniec alarmu. Telegraf na mostku przekazuje maszynie „całą naprzód” i „Podhale” rusza w dalszą drogę, odbijając trochę w prawo od dotychczasowego kursu. Bliżej tunezyjskiego wybrzeża, które w pewnym momencie ostro wrzyna się w morze skalistym palcem – to przylądek Bon.

Marynarskie rodzinyMarynarskie rodziny na pokładzie

Panowie Stanisław i Jerzy z Krakowa, moi współtowarzysze podróży, wspominają przeszłość. Służyli w czasie wojny w Armii Polskiej na Wschodzie. Pod rozkazami gen. Stanisława Kopańskiego, czyli w Brygadzie Strzelców Karpackich, sformowanej w 1940 roku, w obozie Hims w Syrii. Pan Jerzy był w piechocie, a pan Stanisław w artylerii, gdzie dosłużył się stopnia kapitana. Po upadku Francji wywędrowali do Palestyny, gdzie brygada dołączyła do wojsk brytyjskich. Brali udział w walkach na Wschodzie i Zachodzie. Przerzuty wojsk odbywały się głównie drogą morską, zatem szlak, którym płynie teraz ,,Podhale”, znają dość dobrze. Teraz przemierzają go w celach relaksowo-turystycznych, ale przecież i dla odświeżenia- dawnych wspomnień. Panu Jerzemu towarzyszy w tej wyprawie żona Krystyna, jego wojenny kompanion podróżuje sam, ale dzięki temu – jak twierdzi – ma więcej czasu na uporządkowanie swego „karpackiego dziennika”, pisanego na gorąco przed czterdziestu z górą laty. Chciałby go przekazać kiedyś w spadku synowi.

Wachta na mostkuWachta na mostku – III oficer Ryszard Prusik i st. marynarz Jan Śwityj 

Wieczorem 19 września widać już zarysy Sycylii, mijamy wyspę w odległości około 10 mil. W messie oficerskiej i załogowej gromadzi się przed szklanymi ekranami mnóstwo luda, bo włoska telewizja sypie kryminałami, filmami przygodowymi i programami rozrywkowymi jak z rękawa, a w domu tego nie ma. Bariera językowa stanowi pewne utrudnienie w odbiorze i nie wszystko może się podobać, ale widownia pozostaje pełna aż do późna w nocy. Bo co tu robić z wolnym czasem na morzu, zwłaszcza wieczorem? Dla pasażera sam rejs może być fascynującą, życiową przygodą, dla marynarza statek i morze są jego chlebem powszednim i chciałby go jakoś okrasić. „Podhale” – tak jak obecnie już wszystkie statki pływające pod znakami armatorskimi PZM – wyposażone jest w urządzenie wideofoniczne, ale zestaw kaset, którymi dysponuje ochmistrz nie jest najlepszy. Kompozycja wydaje się najzupełniej przypadkowa: mamy ,,Kobrę” z wczesnych lat siedemdziesiątych, parę wywiadów Ireny Dziedzic, koncert ,,Warszawskiej Jesieni”, kilka odcinków „Świętego”, serial „Dom”, „Przygodę w Acapulco” i program oświatowy o życiu pierwotniaków. Jest też na statku projektor kinowy i trochę filmów fabularnych, których się jednak nie wyświetla z powodu uszkodzonej aparatury.

Te braki w realizacji „programu szerzenia kultury wśród załóg pływających” nadrabia częściowo statkowa biblioteczka. Posiada ona około stu tytułów książek z różnych dziedzin. „Cegieł” tam raczej niewiele, więc czytelnictwo na „Podhalu” kwitnie jak w najlepszych sferach intelektualnych. Największym powodzeniem cieszą się wszak książki z prywatnych zbiorów, zwłaszcza: kapitańska – ,,Cienka, czerwona linia”, asystenta radiooficera, „Raz w roku w Skiroławkach”, kucharza – „Podstawowe zasady radiestezji” i moja „Astrologia i polityka”. Nawiasem mówiąc, radiestezyjne wahadełko jest na statku bezużyteczne, bo za dużo tu metalu, ale gwiazdy wiszą nad Śródziemnym tak nisko i tak wyraziście świecą, że gołym okiem mogę z nich wyczytać, co czeka moje spodnie, jeśli nasz kucharz Jerzy Kostro nie zacznie gorzej gotować.

Kuchnia na statku jest najważniejsza, jedzenie to mimo wszystko główna uciecha marynarza w morzu. Od zdolności kulinarnych kucharza zależą w dużej mierze nastroje załogi, a te z kolei nie pozostają bez wpływu na przebieg rejsu. Posiłki wyznaczają tu rytm dnia, a czasowo sprzężone są ze zmianami wacht. W morzu śniadanie jest o 7.30, obiad o 11.30, podwieczorek – 15.00, kolacja – 17.30. W portach spożywa się posiłki w trochę innych porach.

W Gdańsku załadowano do chłodni m.in. tonę mięsa i kiełbasy, 1,5 tony mleka, taką samą ilość ziemniaków, 150 kg masła, 30 kg smalcu, 40 kg wędzonego boczku, ponad 300 kg mąki, 9 skrzyń po 360 sztuk jaj, 400 słoi kompotów, 200 kg owoców i kucharz Kostro pitrasi z tego różne potrawy dla 52 osób, cztery razy dziennie, starając się, żeby przynajmniej do Salonik ani razu nie powtórzyć obiadowych dań. Dzień pracy Jerzego Kostro rozpoczyna się przeważnie o 6.00 ,a kończy około 20.00. Kiedy do śniadania mają być podane świeże chrupiące bułeczki, wstaje już o 3 nad ranem Chleb piecze wieczorem, raz na trzy dni; średnio 28 bochenków. Wieczorem też ustala wspólnie z ochmistrzem jadłospis na następny dzień i sporządza tzw. nocne porcje, które umieszcza się później w lodówkach pentry załogowej oraz oficerskiej, aby ludzie z nocnych wacht i cierpiący na bezsenność pasażerowie mieli coś na ząb. Jego „prawą ręką” w kuchni jest Marek, pomocnik kucharza. Do skrobania ziemniaków awaryjnie przychodzi młodszy steward, Włodek, ale powszechnie na statku wiadomo, że szef większość prac w swoim królestwie lubi wykonywać sam.

Po półgodzinnym pobycie w kuchni jestem mokry jak po kąpieli. Na sześciu płytach elektrycznych i dużej patelni gotuje się i smaży obiad dla kilkudziesięciu głodomorów, od podłogi grzeje siłownia, z zewnątrz słoneczko, a pomieszczenie nie posiada urządzenia klimatyzacyjnego. Otwarte na oścież bulaje i drzwi nie potrafią go zastąpić. Kucharz Kostro liczy sobie 37 lat, z tego 22 już pływa. Zaczynał na „Darze Pomorza” od szorowania kotłów, jako praktykant Zasadniczej Szkoły Gastronomicznej, która kształciła kucharzy okrętowych. Teraz tej specjalności już nie ma, na morze idą na ogół ludzie nie obznajomieni w tych wszystkich sztukach kulinarnych, które szef kuchni na statku powinien mieć w małym palcu. Tutaj trzeba być jednocześnie kucharzem, garmażerem, cukiernikiem i piekarzem, bo tylu specjalistów nikt na statku handlowym nie zatrudni – stwierdza Jerzy Kostro, zwany wśród załogi żartobliwie „Chińczykiem”, bo rzeczywiście ma w wyglądzie coś z Chińczyka.

Pozuje na dowodce wachty...Pozuję na dowódcę wachty

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Zbigniew Milewicz i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s