Reblog: Dzienniki statecznej panienki

Mój kuzyn, Jan Kozłowski, ten od kota i Prota, opowiedział mi o dziennikach Róży Łempickiej, spisanych i wydanych w 10 egzemplarzach przez panią Marię Prosnak-Tyszkową. Jeden z tych egzemplarzy znajduje się w Bibliotece Uniwersyteckiej w Warszawie i, zachęcona przez kuzyna, sięgnęłam po to unikatowe wydanie, a jak zaczęłam czytać, to nie mogłam się oderwać, i wreszcie postanowiłam, że przepiszę tu dla moich czytelników maleńki fragmencik tej niezwykłej literatury. I pomyśleć, że to kilkunastoletnia panienka napisała te linijki.  Urodziła się bowiem 9 listopada 1826 roku, miała więc lat 19, a zaczęła pisać dzienniki już kilka lat wcześniej, bo w roku 1841. Zakończyła prowadzenie dzienniczka w chwili zamążpójścia, był to więc dosłownie, Pamiętnik statecznej panienki, przy czym, w przeciwieństwie do Simone de Beauvoir, Róża była – rzeczywiście a nie ironicznie – stateczną panienką, wychowywaną w statecznej polskiej rodzinie szlacheckiej.  Zimę rodzina spędzała w Warszawie i tego własnie okresu roku 1845 dotyczy cytowany tu fragment Dzienników.

A zatem przed 170 laty w Warszawie…

roza1Róża Łempicka

Franciszek Liszt

Rok 1845

15 marca

(…) uśmiecha nam się tylko koncert Liszta, który do nas zawitał. Panna Tekla i kilka innych panien będą brać lekcje od niego w czasie całego pobytu. Lekcja taka kosztuje zp. 200. I my tam będziemy bywać, boć przecie widzieć i słyszeć taką znakomitość już wiele znaczy.

Tak, niewątpliwie widziałyśmy go, słyszały. Bóg piętnem sławy oznaczył go. Franciszek Liszt nie ma dotąd, jako mistrz tonów, wyższego od siebie, a grzmiąca muzyka jego jest wielkością niedościgniętą przez nikogo. Mechanizm rąk jego tak rozwinięty, że nie widząc nie podobna uwierzyć, że ten nawał tonów wywołują dwie ręce tylko. Jest to całkowita orkiestra, którą Liszt wprowadził w fortepian i przywołał zaklęciem do pomocy swojej.

Mówią wszyscy i jest to prawda, że grę jego oznacza jakaś gwałtowność, która być może, że zagłusza i zaciera śpiewność tą szaloną harmonią tonów. Jednakże jest to właśnie nowy typ genialnego poczucia, a jak wróży sam Liszt, są to pierwsze dźwięki muzyki przyszłości, którą on pierwszy rzuca jako treść do rozwinięcia znakomitościom muzykalnym. Nie zbywa jednakże chwilami i Lisztowi na uczuciu, a wszystkie kompozycje Chopina oddaje tak, że płakać nad nimi można. Przyjaźń tych dwóch wielkich muzyków zaznaczyła czułość prawdziwa, a obecnie Liszt mówi, że wiele zawdzięcza wpływowi Chopina i że on odzywa się w nim zawsze, gdy rzewność uczucia zapanowywa w grze jego. Kompozycje Chopina Liszt tylko umie wykonać z całą ich prawdą i przejęciem. Opisać grę Liszta jest mi niepodobna, każda wykonana sztuka okazuje wielkość, a dalszy ciąg muzyki jego wprawia w nienormalny stan. Słyszy się, czuje tam wszystko – i burzę straszną, śmiech i jęki, wiosnę w całej naturze, pełnię życia, szczęście jasne i trwałe, upadek, starość, długie konanie, spokój śmierci – i pamięć, pamięć wszystkiego wieczną.

Liszt w zachwyt wprowadza słuchaczy, których też wdzięczność nie ma granic. Czuję to sama na sobie, jestem w dziwnym jakimś stanie drżenia i uniesienia. Złożyło się na to i pobyt na koncercie kilkogodzinnym i przebyte z nim parę godzin u pp. Brykczyńskich, bo już wszystko minęło, a w mej wyobraźni i słuchu grzmi wciąż ten chaos burz, płaczu i śmiechu. Widziałem coś sześć razy Liszta i oto co się o nim dowiedziałam: ma on lat około trzydziestu, urodził się na Węgrzech niedaleko Pesztu, gdzie ojciec jego był oficjalistą w dobrach ks. Esterhazego i miał wielką przyjaźń z Haydnem. Spostrzegłszy zdolności syna, od szóstego roku zaczął go uczyć muzyki, a pomimo przeszkód w delikatności zdrowia dziecka, młody Franciszek Liszt mając zaledwie lat dziewięć, dał się słyszeć publiczności, a nawet już wtedy słyszano jego własne improwizacje. Te występy zjednały mu protektorów, postanowili oni, aby się kształcił w Wiedniu, tam więc przez lat parę pobierał lekcje od Czernego (Carl Czerny) i sędziwego Sulíriego (Antonio Salieri). Następnie dał się słyszeć publicznie i wtenczas już największych nawet znawców zachwycił, bo wykonywał najtrudniejsze kompozycja Beethovena i Hummla od ręki. Potem udał się do Paryża, a pracując tam usilnie, sam musiał myśleć o dalszym kształceniu, bo jako cudzoziemcowi wszędzie utrudniano drogę. Grając po całych dniach tak wysoce udoskonalił mechanizm rąk, że gdy dał następnie parę koncertów w teatrze Wielkiej Opery, taki sobie zjednał rozgłos, że o niczym nie mówiono w Paryżu, tylko o małym węgierskim artyście, a najwięcej arystokratyczne domy rozrywały go sobie. Sława jego już odtąd stała się głośna, a gdy się udał do Londynu przyjęli go tam z niesłychanym entuzjazmem. Odtąd pracując ciągle jeździł po znaczniejszych miastach Anglii i Francji i dawał koncerty. Żyjąc z osobami wyższymi wytworzyła się w nim chęć świetnienia i w innych umiejętnościach – i to mu się powiodło. Wykształcenie jego i wyrażanie się jest znakomite, posiada wiele języków europejskich, występuje jako literat, posiada dyplom na doktora filozofii Uniwersytetu Królewieckiego. W roku 1835 Liszt rozpoczął prawdziwie tryumfalną podróż po Europie, gdzie spotykają go przyjęcia tak głośne jak żadnego dotąd artystę, uniesienia publiczności dochodzą do szału, zwłaszcza, że Liszt umie ją ująć sobie, a i powierzchowność jego, układność i szlachetność czynów, rozum, wszystko przemawia za nim. Otóż i nas spotkał w tym roku ten zaszczyt, a chcąc nie pokazać się niżej od innych miast Warszawa wysila się na świetna przyjęcie wielkiego mistrza tonów, w czym wszystkie koterie idą jej w pomoc. Odwdzięcza się też on Warszawie za te przyjęcia grając na każdym koncercie i wieczorze zawsze coś narodowego i wpinając w swój amarantowy krawat naszego białego orła. Znam kilka pięknych dam, które biorąc do ręki i przyglądając się temu drogocennemu klejnotowi przedstawiającemu herb naszego państwa obsypują go pocałunkami i łzami. My na wieczorach i lekcjach u pp. Brykczyńskich więcej panujemy nad sobą, choć w sercach naszych jest dużo wdzięczności dla tego, który nam to widzieć i słyszeć daje.

Fi. Liszt jest co się zowie ładnym młodzieńcem, ma zaledwie lat trzydzieści, jest wzrostu średniego, nadzwyczaj zręczny w ruchach. Twarz blada, podłużna, oczy niebieskie, jakby trochę w dole, ale z wyrazem bardzo miłym i inteligentnym, czoło wysokie, otwarte, a z niego błyska ku nam to namaszczenie, które nas odurza i zachwyca. Włosy ma jasno blond, nosi je długie tak, że nawet zarzucone na tył głowy, sięgają pleców. Wymowa, wyrażanie się pełne elegancji, słowem doskonałość kompletna. Zostawił nam wszystkim swoje własnoręczne podpisy, a gdy na pożegnalnym wieczorze u pp. Brykczyńskich wszyscy się do niego cisnęli prosząc o pamiątki, podając papier do podpisu, rwąc rękawiczki, ja nie chcąc się cisnąć i sprawiać mu ambaras, ufając zresztą, że za instancją pokrewnej mu talentem pani Tekli, zawsze pamiątkę otrzymam, siedziałam sobie spokojnie i nawet zdaje się, że w tej właśnie chwili coś zupełnie innego zajmowało myśl moją. Tymczasem Wielkość ta raczyła to spostrzec, a zbliżywszy się ku mnie zapytała, czy nie życzę sobie pamiątki po tym, który szczęśliwy był, że mógł talentem swym zabawić chwilowo cny naród polski, którego on kocha i wielbi jak żaden, bo same już narodowe pochodzenie zbliża go ku nam. Węgrzy tak wiele mają sympatii i uczucia dla nas. Odpowiedziałam, że aczkolwiek nie sądzę, abym kiedykolwiek w życiu mgła zapomnieć, żem widziała i słyszała tak wielkiego mistrza, który w sobie łączy wszystko, by świat cały zdumiewać i zachwycać, jednakże miło by mi było także mieć choć drobną jaką pamiątkę. Z ślicznym ukłonem i minką dosyć zarozumiałą podał mi Liszt bladoróżową rękawiczkę i wypisał aż trzy razy swoje imię i nazwisko – to jest dla mnie i dla rodziców. Nie chcąc krzywdzić te hojne dary umyśliłam zaraz podzielić się tym z takimi, które nie zdołają się docisnąć do łaski pańskiej. Co prawda Liszt popsuty jest tą nieustanną owacją i entuzjazmem, a najwięcej wykwintne damy ukazują mu uwielbienie, że nawet szklanki, kieliszki i wiele innych rzeczy, których on się dotknął lub używał, staja się jakąś drogocenną pamiątką. To mi się znów zdaje trochę za wiele. Najwięcej ujął on sobie publiczność występem swoim w amatorskich porankach muzykalnych na rzecz Dobroczynności, dochód był znaczny, a przewidując to, wdzięczne ubóstwo przybrawszy się w świąteczne szaty otoczyło na końcu Liszta ślicznymi zielonymi wieńcami, którymi on znów dzielił się z występującymi amatorami. Publiczność sypała brawo i okrzyki. Liszt zdawał się rozczulony i mówił, choć z cicha, jednakże słyszeli to wszyscy: „Niech odżyje i żyje szlachetny, gościnny i wielki naród polski”. Pamięć Liszta będzie u nas długo, pisma wszystkie zapełnione nim, a i prywatni składają też na papier wrażenia swoje. (…) Złośliwość ludzka zawsze i wszędzie coś dopatrzeć musi, mówią niektórzy, że Liszt jest Żydem, nie wierzymy jednak temu, bo gdyby tak było – tak świetnie od natury uposażony – potrzebowałby się zapierać swego pochodzenia? Ktokolwiek by on był, geniusz jego stawia go w rzędzie znakomitości europejskich.

roza2

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Redakcja i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s