„Podhalem” na Śródziemne (5 i koniec)

Zbigniew Milewicz

fosfatyMasyw Olimpu widać z pokładu dosyć wyraźnie. II mechanik nalewa bogom do Zatoki Salonickiej trochę swojego okocimia, smakuje im polskie piwo i pozwalają wejść do portu. Jest sobota po południu, kiedy cumujemy przy nabrzeżu siarkowym. W poniedziałek rano dokerzy mają zacząć rozładunek „Podhala“, termin zostaje dotrzymany, ale pod koniec dnia pracy kapitan otrzymuje wiadomość, że pilnie musimy wycofać się na redę.

Na miejsce „Podhala” ma wejść grecki statek, z ważniejszym od siarki ładunkiem amoniaku i dopiero po nim przyjdzie nasza kolej. Przyjętą rzeczą w pracy portów na świecie jest to, że pierwszeństwo w załadunku i rozładunku mają statki rodzimych bander. Podobnie dzieje się w przypadkach remontów statków w stoczniach. Na przykład w ZSRR zwyczaj ten jest bardzo konsekwentnie przestrzegany, natomiast u nas funkcjonuje dokładnie odwrotny system. Przypływa statek obcej bandery, to Polaka wyganiają z kei, albo ze stoczni. Zwłaszcza, jeżeli zagraniczniak jest ze strefy dolarowej. Dwa dni czekamy na ponowne podejście do greckiego nabrzeża. Później, prawie dwa tygodnie, aż ostatnie tony siarki zostaną wybrane z ładowni. Z powodu awarii taśmociągu w porcie rozładunek statku odbywa się bowiem przy pomocy dźwigów oraz samochodów, które przewożą żółty puder z kei do fabryki, a to w sumie długo trwa. Otrzymane od policji przepustki na ląd upoważniają załogę i pasażerów „Podhala“ do poruszania się tylko w obrębie Salonik, ale dzięki temu mogę je poznać dokładniej, niż niejeden turysta bawiący tutaj tylko przelotnie. Są drugim po Atenach miastem Grecji, stolicą greckiej części Macedonii. Stanowią ważny ośrodek przemysłowy, gospodarczy i kulturalny kraju, znany z corocznych, międzynarodowych targów jesiennych i międzynarodowych festiwali filmowych. Miasto ma bogatą, wielowiekową historię, obfitującą w szereg dramatycznych wydarzeń, często dlań niepomyślnych – krwawe najazdy obcoplemieńców i wojny domowe. W Thessalonikach mieszkał na wygnaniu Cycero, używał życia pisarz Lukian, nawracał pogan apostoł Paweł z Tarsu, który założył tutaj siedzibę gminy chrześcijańskiej. W mieście, którego nazwa brzmiała wtedy Soluń, urodzili się i rozpoczęli działalność słudzy Boży Cyryl i Metody, twórcy rytu słowiańskiego w chrześcijaństwie, czczeni w kościele katolickim i prawosławnym jako święci.

Wielbiciel Grecji klasycznej nie ma właściwie w Salonikach nic do szukania, natomiast fascynują one bogactwem pomników Grecji bizantyjskiej, głównie sakralnych. Najstarszy z kościołów na planie krzyża greckiego – Hagia Sofija, główna świątynia Salonik, stanowi jakby próbę generalną konstantynopolitańskiego kościoła Mądrości Bożej. Hagios Georgios – niegdysiejsze rzymskie mauzoleum Galeriusza, poźniej przez wieki bazylika, a następnie meczet, dziś jest muzeum sztuki bizantyjskiej, obfitującym w bezcenne skarby. Nie brak ich również w Hagia Ekaterini, Hagia Apostoli, Hagios Pantelejmon, Hosios David, Hosios Profitis Ilias i Panagia Chalkedon. We wnętrzach tych kościołów można podziwiać wspaniałe, stare ikony, freski i mozaiki, zaliczane przez historyków sztuki do najwybitniejszych osiągnięć artystycznych budownictwa cerkiewnego. Prawdą jest jednak, że wiele zabytkowych świątyń w Salonikach wymaga pilnej odnowy. Skłamałbym również, gdybym stwierdził, że nie razi mnie widok starej, szacownej cerkwi przydepniętej przez nowoczesne budynki mieszkalne, użyczającej ogrodzenia na reklamę papierosów, czy dziedzińca hałaśliwemu supermarketowi. Najpopularniejszym kościołem w Salonikach jest Hagios Dimitrios. Stoi na rozległym tarasie jednego ze wzgórz salonickich, wysoko ponad dachami ludzkich domostw. Jest świeżo odrestaurowany i właściwie prawie w całości nowy. Dwukrotnie bowiem doszczętnie spłonął – w VII w. i w 1917 roku. Jego patron ma w Salonikach takie znaczenie, jak w Krakowie św. Stanisław. Św. Demetriusz, zabity w salonickim więzieniu 26 października 306 roku, już w 323 r. uczczony został kaplicą, którą po stu latach obudowano kościołem, tak, że kaplica zamieniła się w kryptę. Dzień jego męczeństwa stał się głównym świętem cerkiewnym w Salonikach.

Pomniki kultury bizantyjskiej sąsiadują w tym mieście ze śladami blisko pięciowiekowego panowania osmańskiego. To przede wszystkim meczety, które jednak nie są zbytnio szanowanymi tutaj zabytkami. Mieszczą się w nich sklepy, urzędy, kawiarnie. Przy jednej z cerkwi stoi nie zburzony minaret, do którego przylega cmentarz turecki. Są kioski, gdzie można kupić kasety magnetofonowe tylko z nagraniami tureckiej muzyki. Miesza się ona z grecką nutą, płynącą z otwartych okien i drzwi mieszkań, tawern i warsztatów rzemieślniczych; obydwie tworzą koncert dźwięków, którymi rozbrzmiewa salonicka ulica. Sporo z zapachów i stylu orientu zachował także ruchliwy bazar położony blisko odos Egnatia, jednej z głównych ulic miasta. Chyba najmocniej jednak utrwalił się Wschód w karnacji, rysach twarzy i czerni włosów mieszkańców tej ziemi. Przedstawicieli typowo helleńskiej urody – jasnookich blondynów o kręconych włosach i jasnej cerze widuje się tu rzadko, podobno najczęściej wówczas, kiedy przyjeżdżają orbisowskie wycieczki.

Rejon Salonik, tak jak znaczna część całego obszaru Bałkanów, bywa nawiedzany przez trzęsienia ziemi. 5 października 1984 r., pod koniec pobytu w tym mieście, mam okazję osobiście to poczuć. Pora popołudniowej sjesty, ulice prawie wyludnione. Od kilku dni jest bardzo parno, temperatura w cieniu nie spada poniżej 26° Celsjusza, nieruchome, przesycone samochodowymi spalinami powietrze ma konsystencję waty. Wspólnie z Ewą i Makisem, polsko- grecką parą znajomych z Salonik, popijamy kawę na ocienionym parasolami tarasie kafejonu przy placu Demokracji, kiedy nagle grunt pod nogami zaczyna przesuwać się – najpierw poziomo, później w górę. Wszystko trwa może 3-4 sekundy, ruch ziemi jest nieznaczny i przynajmniej w naszym najbliższym otoczeniu nie pozostawia po sobie trwałych śladów, ale czuć jego siłę. Mnie, mieszkańcowi Śląska, przypomina to „tąpnięcie” w kopalni. Ewa patrzy na zegarek, mówi, że jeżeli w ciągu pół godziny zjawisko powtórzy się, to będzie sygnał, że w nocy może trząść porządnie. Trzy lata temu przeżyła w Salonikach silne trzęsienie ziemi; kilkakrotnie uciekała wtedy wraz z innymi ludźmi z domu na pobliski plac, bo nie zabudowany teren jest najpewniejszym schronieniem. Przez kilka nocy spała przy otwartych drzwiach wyjściowych z mieszkania, ze śpiworem pod głową, aby w razie niebezpieczeństwa móc szybko wybiec na zewnątrz. Twierdzi, że najważniejsze w takiej sytuacji jest zachowanie zimnej krwi. Kiedy na przykład trzęsienie ziemi zastaje człowieka w domu, wtedy trzeba stanąć we framudze drzwi – jej stalowa konstrukcja daje największe prawdopodobieństwo przetrwania. Mija pół godziny, zupełnie spokojnie. Następnego dnia miejscowa prasa podaje do wiadomości, że epicentrum trzęsienia ziemi znajdowało się w odległości 60 km od Salonik, na Morzu Egejskim, a jego siła wynosiła 5,5 stopnia w skali Richtera, nie należało więc ono do najsilniejszych.

Znacznie gorzej znoszą niektórzy nagłe trzęsienie, które 5 października rano robi na statku grecka „czarna brygada”. Celnicy nicują „Podhale” od siłowni po mostek kapitański, ale nic godnego uwagi nie znajdują i w południe schodzą ze statku. 8 października dokerzy kończą wybieranie resztek siarki z ładowni, czyli tzw. trymerkę, uzupełniamy zapas paliwa, słodkiej wody oraz warzyw i owoców i odbijamy od salonickiego nabrzeża. Kurs – port Tartus w Syrii. „Podhale” płynie pod balastem i do celu dociera po trzech dniach podróży. Tartus jest drugim po Latakii portem syryjskim, stąd mamy wziąć fosfaty do kraju. Na drzwiach messy ochmistrz wywiesza karteczkę z informacją, że za wykryte przypadki handlu papierosami i alkoholem grozi w Syrii więzienie. Ale w ogóle nie handlować tutaj nie sposób.

Podobizny Prezydenta Syrii, Hafiza al - Asada sa w miescie wszechobecne.Podobizny prezydenta Syrii Hafiza al-Asada są w mieście wszechobecne

Zaraz po odprawie celnej, na statek wchodzą arabscy robotnicy portowi i wszystkich po kolei pytają: ,,krema, perfuma, masz?” Gotowi są zresztą kupić wszystko i nie można im niczego nie sprzedać, bo tak długo będą człowiekowi wiercić dziurę w brzuchu, aż wydębią od niego choćby starą koszulę flanelową, za którą dadzą ćwierć liwra. Oczywiście, obowiązkowo trzeba się targować. Bodaj nazajutrz po przybyciu do Tartus, podczas jednego z takich handlowych nalotów, przeżywam pewien dosyć ciekawy moment. Do kabiny wchodzi dwóch Arabów, starszy i młodszy, pytają w międzynarodowym slangu portowym, czy mam coś do sprzedania. Na odczepnego pozbywam się starych sandałów. Nagle starszy dostrzega na półce nad koją kolorowe zdjęcie Jana Pawła II, najwyraźniej się do niego zapala, prosi, abym mu je dał. W pierwszym momencie przychodzi mi na myśl, że mój gość należy do kościoła koptyjskiego, ale temu zaprzecza, jest mahometaninem. Z ciekawości pytam więc, po co mu podobizna katolickiego papieża? Składa ręce, jak do modlitwy i daje do zrozumienia. że umieści zdjęcie na ścianie w swoim mieszkaniu i będzie to dla niego duży zaszczyt. Rzecz jasna, chętnie mu je daję.

TakiewidokinienalezawTartusdorzadkosciTakie widoki nie należą w Tartus do rzadkości

W czasie wypadów do miasta próbuję fotografować, również ludzi. Większość ubrana po europejsku, w arabskich strojach paraduje głównie starszyzna. Niektórzy chętnie pozują do zdjęć, inni zasłaniają twarze rękami, lub bardziej nerwowo reagują na widok fotoaparatu i muszę przyspieszać kroku, co nie należy tutaj do łatwych czynności. Powietrze w Tartus jest jak w parowej łaźni, a temperatura w pierwszej połowie października, w cieniu, sięga 30° Celsjusza. Wygląd ulicy zmienia się w zależności od dzielnicy. Blisko portu – wąskie, wyboiste trakty, pełne nieczystości, z zapuszczonymi, niewysokimi domami mieszkalnymi. Handlowa część miasta, czyli suk – pełen gwaru i otwartych na oścież sklepików oraz warsztatów rzemieślniczych. W bogatszych sklepach klimatyzowane wnętrza, zwłaszcza u złotników, gdzie można dostać zawrotu głowy od nagromadzonego bogactwa. W nowej dzielnicy mieszkaniowej – sporo betonu , wysokościowce, kilka bogato wyglądających rezydencji, w bujnej zieleni ogrodów.

chetnychdozdjecjestsporoChętnych do zdjęć jest sporo

W drogę powrotną do Polski wyruszamy 16 października. Sztorm na Morzu Śródziemnym i dłuższa naprawa silnika w Gibraltarze opóźniają nasze tempo podróży, na gdyńskiej redzie stajemy 5 listopada, w 60 dniu rejsu. Odprawa celna i WOP ma odbyć się dopiero nazajutrz, załoga cieszy się z tego – 61 dni w morzu, to już wyższa, trzecia strefa w dodatkach dewizowych, jakie płaci im armator. W drugiej, niższej, marynarz otrzymuje za dzień rejsu 1,35 dolara, a oficer – 2,25. Znam na lądzie lepiej zarabiających „dolarowców”. Część załogi wraz z pasażerami odpływa z redy statkiem białej floty, czyli tzw. ferą, do portu. Schodzą na urlop, reszta zostaje na ,,Podhalu”. Po wyładunku fosfatów weźmie inny ładunek, na statek zamustrują do kompletu nowi członkowie załogi i popłyną w kolejny rejs, nie wiadomo jeszcze dokąd. Takie przeznaczenie statku i marynarzy.

P.S. Reportaż ten pisałem w czasie, kiedy PRL-owska cenzura miała się bardzo dobrze, stąd ani słowem nie wspomniałem w tekście, że u syryjskiego nabrzeża widziałem statki zaprzyjaźnionej, radzieckiej floty wojennej a w porcie paradnych matrosów na przepustce, bo by nie przeszło. Dzisiaj odwaga staniała, więc niniejszym uzupełniam brakujące informacje i zdjęcia, które mi się ostały w domowym archiwum.

Radzieccy marynarze na przepustce...Radzieccy żołnierze na przepustce

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Zbigniew Milewicz i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s