Nowa polska proza 2

Anna Rosner

Niektóre rzeczy się nie zmieniają

14 września 2014

Jakiś czas temu zorientowałem się, że mnie okradziono. Przyznaję, od kradzieży do chwili, w której ją zauważyłem, minęło kilka dni. Stało się tak dlatego, że nie sprawdzam codziennie stanu konta, choć może powinienem. Jestem starej daty i wiem, że błyskawicznie zorientowałbym się, gdyby ktoś włamał się do mojego mieszkania czy bezczelnie wyciągnął mi z kieszeni portfel. Do samej idei złodziejstwa internetowego jeszcze się nie przyzwyczaiłem.

Okazało się, że choć nie grywam w kasynach, moja karta została obciążona wpłatą do jednego z nich. Co więcej, był to wirtualny przybytek oferujący zatracenie się w rozmaitych grach hazardowych, których zasad nawet nie znam.

Szczęściem w nieszczęściu, konto które próbowano mi ogołocić mam tylko na potrzeby transakcji internetowych. Leży na nim nieco pieniędzy, ale jest to kwota niewielka, ot wystarczająca na kupienie książki czy jakiejś płyty. Resztę trzymam w innym banku. Może jestem staromodny, ale nie głupi. Przynajmniej nie aż tak…

Jak każdy myślący trzeźwo człowiek, kiedy już nieco ochłonąłem, zadzwoniłem do banku zastrzec kartę. Odsłuchałem kilku taktów dość irytującej melodyjki i komunikatu o tym, że rozmowa jest nagrywana. W końcu odezwał się automat:

– For English press zero. Jeśli chcesz poznać naszą ofertę kredytów gotówkowych, wybierz jeden. Jeśli chcesz poznać naszą ofertę kredytów hipotecznych, wybierz dwa. Jeśli chcesz poznać naszą ofertę kredytów samochodowych, wybierz trzy. Jeśli chcesz poznać naszą ofertę kart kredytowych, wybierz cztery. Jeśli chcesz połączyć się z konsultantem w sprawie spłaty rat, wybierz pięć. Jeśli chcesz sprawdzić stan swojego konta, wybierz sześć. Jeśli chcesz zgłosić awarię naszego portalu internetowego, wybierz siedem. Jeśli chcesz poznać naszą ofertę dotyczącą lokat krótko- i długoterminowych, wybierz osiem. Jeśli chcesz zablokować kartę, wybierz dziewięć.

Bank twierdzi, że zablokowanie karty zajmuje góra minutę, widać chodzi im o inne minuty, niż te, które znam ja. Lekko zniesmaczony wcisnąłem dziewiątkę. Ze słuchawki popłynęła ta sama, radosna melodyjka – nowoczesna być może w okresie pierwszych komputerów.

– Przepraszamy, w tej chwili wszyscy konsultanci są zajęci, prosimy pozostać na linii lub zadzwonić później – usłyszałem po około dwóch minutach.

Choć kradzieży dokonano kilka dni temu, postanowiłem wykazać się uporem. Mogłem jeszcze wybrać się banku, ale w oddziale najbliżej mojego domu zawsze są kolejki. Lepiej już czekać z kubkiem kawy w ręce, niż wśród zirytowanych klientów.

Komunikat powtórzył się jeszcze raz. Gdy melodyjka po raz trzeci zbliżała się do końca, w słuchawce odezwał się kobiecy głos.

– Dzień dobry, Andżelika Winiarska, w czym mogę pomóc?
– Dzień dobry – odpowiedziałem odruchowo, choć wcale nie uważałem, że był dobry. – Chciałem zastrzec kartę.
– Rozumiem. A czy może jest pan zainteresowany naszą nową linią kredytów? Może pan dostać pożyczkę specjalnie dla pana sprofilowaną, pasującą do pana potrzeb i możliwości…
– Proszę pani – przerwałem jej. – Chciałem zastrzec kartę, okradziono mnie.
– Oczywiście. Proszę pana imię i nazwisko.

Przedstawiłem się i dorzuciłem na wszelki wypadek adres.

– Dziękuję. Jeszcze trzy pytania weryfikujące. Przepraszam, ale muszę mieć pewność, że jest pan osobą, za którą się pan podaje.
– Proszę… – westchnąłem, zastanawiając się, po co miałbym podawać się za kogoś innego i blokować nie należącą do mnie kartę.

Dziewczyna spytała o nazwisko rodowe mojej matki, moje drugie imię i o to, czy mam już kredyt hipoteczny. Bałem się powiedzieć, że nie, ale uznałem, że lepiej nie kłamać.

– Jeśli nie ma pan kredytu hipotecznego – zareagowała błyskawicznie, – może być pan nim zainteresowany. Widzę w komputerze ile ma pan lat, ma pan także regularne dochody. Czas najwyższy kupić sobie mieszkanie, a z naszymi kredytami…
– Proszę pani, ja już mam mieszkanie.
– Rozumiem. Z pewnością przydałoby się panu drugie – skwitowała.
– A po co? – spytałem z czystej ciekawości. Nigdy nie przeszło mi przez głowę, że mogę potrzebować drugiego mieszania, ale może jest coś, o czym nie wiem?
– Własne mieszkanie, nie wynajmowane i nie należące do kogoś obcego, to skarb. Nikt pana nie kontroluje, nie zabrania remontów czy przemeblowania. Jest pan po prostu, że tak powiem, na swoim!
– Ale ja już mam własne mieszkanie. Pytam, po co mi drugie?
– Zawsze może się przydać – odpowiedziała krótko i rzeczowo.

Może uznała, że mam żonę i potrzebuję miejsca, w którym mógłbym się spotykać z kochanką? Tylko, jeśli byłbym żonaty, jak zdołałbym przed nią ukryć fakt wzięcia kredytu na mieszanie dla kochanki? Czy nie tak zaczyna się przynajmniej część filmów dokumentalnych na kanałach telewizji typu Discovery Investigation?

– To ja przedstawię panu naszą ofertę.
– Proszę pani – wypaliłem, nie chcąc marnować ani mojego, ani jej czasu. – Ja nie chcę kredytu. Chciałem zastrzec kartę, której użyto bez mojej wiedzy.
– Rozumiem. A czy ma pan pewność, że karty nie użyły na przykład pańskie dzieci?
– Mam. I to absolutną. Nie mam dzieci, przynajmniej tak mi się wydaje.
– No, to może żona?
– Nie mam żony.
– W takim razie może rodzice?
– Proszę pani…
– Jeśli mieszka pan z rodzicami, mamy szeroką ofertę kredytów hipotecznych…
– Proszę pani – rzuciłem nieco głośniej i ostrzej, niż chciałem. – Czy może pani zablokować tę kartę? Ktoś użył jej do wykonania transakcji elektronicznej bez mojej wiedzy.
– I to nie był pan?
– Nie… To nie byłem ja – warknąłem. Rozmowa nieco mnie przerażała i, szczerze powiedziawszy, dobijała. Wiedząc już, jakim torem krążą przynajmniej niektóre z jej myśli, szybko dodałem:– Nie były to też moje dzieci, moja żona, ani rodzice.
– Rozumiem. Już blokuję.
– Dziękuję…

Już miałem skończyć rozmowę, kiedy przyszło mi do głowy, że mógłbym od razu załatwić jeszcze jedną sprawę. Być może przemawiała przeze mnie naiwność, rozbudzona tym, że już po kwadransie karta była zablokowana? Może po prostu nadmierny optymizm? Nie wiem. Po prostu nagle z moich ust padło pozornie niewinne pytanie:

– A czy przy okazji może pani ustawić w systemie prośbę o wystawienie mi nowej karty?
– Do jednego konta przysługuje tylko jedna karta. No, chyba że chce pan kogoś uprawomocnić do konta. Na przykład żonę, rodzica, albo pełnoletnie dziecko.
– Proszę pani, zablokowała mi pani kartę. Chcą po prostu drugą, w miejsce pierwszej.
– Rozumiem. A czy tę zablokowaną panu skradziono?
– Nie, mam ją przed sobą. Ktoś pewnie przechwycił jej dane, a potem użył. Nie wiem, może skorzystał z danych zostawionych przeze mnie na jakiejś stronie, może zeskanował w jakiejś restauracji…
– Rozumiem. Oczywiście możemy to zrobić, ale musi pan przyjść do naszego oddziału z dokumentem z komendy. Chodzi o przyjęcie zgłoszenia o kradzieży i rozpoczęciu dochodzenia. Takie procedury. Przy okazji dodam, że z takim dokumentem może pan wypełnić wniosek o zwrot skradzionej kwoty. Gdyby ukradziono panu kartę, nic z tego by nie wyszło, ale jeśli przedstawi ją pan w banku, procedura będzie mogła zostać otwarta. Oczywiście rozpatrywanie potrwa zapewne około kwartału, ale zawsze warto napisać takie coś. Pana to nic nie kosztuje, a jeśli to rzeczywiście była kradzież, bank będzie musiał oddać panu pańskie pieniądze. Zresztą, pewnie pan o tym nie wie, bo taka informacja jest niedostępna z profilu klienta, ale ja tu mam wyświetloną informację, że ta wpłata, którą pana obciążona, była piątą próbą z tą kartą. Wcześniejsze opiewały na zbyt wysokie kwoty, tylko ostatnia została zrealizowana.
– Ja to? – spytałem szczerze zainteresowany. Zaskoczyła mnie, że rozgadała się na inny temat, niż kredyty hipoteczne.
– Wszystko działo się w euro. Ktoś próbował najpierw wpłacić tysiąc pięćset, potem tysiąc, pięćset i dwieście. Dopiero przy ostatniej próbie, tej na pięćdziesiąt, okazało się, że miał pan dość środków, żeby wpłata się udała. Udostępnimy te dane policji, kiedy zwróci się do nas o szczegóły. Jeśli zgłosi pan sprawę, będą musieli się do nas odezwać.
– Dziękuję za informację – powiedziałem i rzeczywiście byłem jej wdzięczny. – Co prawda to niewielka kwota, ale taka możliwość bardzo mnie cieszy. Tak jak i to, że nie miałem na tym koncie więcej.
– Cóż, kwota nie jest imponująca. Przepraszam, że tak mówię, w końcu każda złotówka się liczy, ale w zeszłym tygodniu rozmawiałam z kobietą, której ukradziono kilkanaście tysięcy.
– No tak, przy niej moja sprawa to pikuś – przyznałem.
– Mam nadzieję, że się panu uda odzyskać pieniądze. Bank stać na to, żeby je panu zwrócić. Nie puści ich pan z torbami, a szczerze panu powiem, że lubię, jak muszą komuś oddać pieniądze. Wszyscy bankowcy to skur… dranie.

Nie bardzo wiedziałem, jak zareagować na takie wyznanie. Po rozmowie z infolinią spodziewałem się wielu rzeczy, ale nie tego. W końcu, żeby przerwać milczenie, powiedziałem pierwszą rzecz, jaka przyszła mi do głowy:

– Wie pani, że rozmowa jest nagrywana? Był o tym cały komunikat.
– Ach tak, wiem, ale niech się pan nie przejmuje. My te nagrania kasujemy, żeby klient nie mógł złożyć zażalenia. Pan napisze skargę, poda moje nazwisko i godzinę rozmowy, a potem okaże się, że akurat aparatura rejestrująca nawaliła. Bank dba o swoje, za moje zachowanie nikt panu odszkodowania nie wypłaci, chyba że sam pan nagrywa.
– Nie, nie nagrywam – odparłem, w lekkim szoku. Przyznaję, byłem naiwny wierząc w to, że rzeczywiście mnie nagrywają.
– No, to jestem kryta – roześmiała się. – Pan też. Pan się nie przejmuje tymi komunikatami, pic na wodę fotomontaż. Ale wracając do sprawy, musi pan iść na komendę i złożyć zawiadomienie. Tam dadzą panu taki świstek, że wszczęli dochodzenie. Z tym przychodzi pan do nas, prosi o wydanie nowej karty i jednocześnie zgłasza skargę na wadliwe zabezpieczenie tej starej. Oczywiście musi pan tę zablokowaną kartę pokazać, żeby udowodnić, że jej nie skradziono. Od siebie dodam, że skuteczność postępowania wynosi około osiemdziesięciu procent.
– Bardzo pani dziękuję. Miło wiedzieć, że pracownicy banku udzielają i takich informacji. Wyobrażałem sobie, że szczegółowe opowiadanie o takich procedurach nie jest zalecane, a tu taka niespodzianka.
– No i miał pan rację. Generalnie mówią, żebyśmy o tym nie rozpowiadali, ale odkąd nasze płace zależą od ilości udzielonych kredytów, mam to w dupie. Tak jak i moi koledzy. Wie pan, oni z nami pogrywają, to my z nimi też.

Pożegnałem się z panią Andżeliką i uznałem, że około połowy pracy już za mną. Pozostało iść na policję, zgłosić wszystko, dostać kwitek i wpaść do banku. Nie miałem pojęcia ile emocji tego dnia jeszcze mnie czekało…

* * *

Komenda rejonowa (jak to się pięknie nazywa) odpowiednia do mojego miejsca zamieszkania, znajduje się około pięciu minut spacerkiem ode mnie. Wrzuciłem do plecaka książkę, przygotowany na to, że mogę spędzić chwilkę w poczekalni, butelkę wody, nieszczęsną kartę i wydruk ze strony internetowej banku. Przygotowany, jak mi się wydawało, najlepiej jak mogłem, ruszyłem na spotkanie stróżów prawa. Przyznam, nieco się denerwowałem, ale każdy czułby się nieswojo w czasie pierwszej wizyty w takim miejscu. Do tej pory miałem do czynienia z mundurowymi tylko w czasie kontroli na drodze i raz, gdy zaczepiłem patrol, by powiedzieć, że za rogiem ulicy kilku wyrostków demolowało przystanek tramwajowy. Wtedy nawet nie poprosili o moje dane, żeby mnie później przesłuchać.

Komisariat mnie nie rozczarował. Okazał się jednocześnie miejscem fascynującym, nieco surrealistycznym i przerażającym. Wchodząc tu nie miałem pojęcia, w jak niebezpiecznym mieście mieszkam. Teraz już wiem i żyję w przekonaniu, że jestem szczęśliwcem. Nie tylko dlatego, że przez tyle lat nie padłem ofiarą żadnego „poważnego przestępstwa”, ale i dlatego, że miałem okazję posiedzieć na komendzie i zapoznać się z „materiałami prewencyjnymi”.

Za przeszklonymi drzwiami wejściowymi znajdowało się niewielkie pomieszczenie. Stały w nim dwa stoliki i kilka krzeseł. Po przeciwnej stronie dyżurował posterunkowy, dla bezpieczeństwa oddzielony od poszkodowanych, zgłaszających przestępstwa i wykroczenia, kuloodporną szybą – w końcu jak prewencja, to prewencja! Były też drzwi prowadzące w głąb komendy, nie przeszklone, za to wyposażone w panel wymagający wprowadzenia specjalnego kodu.

Stanąłem w kolejce do posterunkowego i czekałem grzecznie na swoją kolej. W międzyczasie siwiejący jegomość opowiadał mu o tym, jak bardzo go prześladowano:
– Proszę pana, panie sierżancie, te gówniarze żyć mi nie dają! Głośna muzyka cały dzień! Wieczorami mażą po klatce schodowej. Wczoraj śmietnik spalili! Chciałem złożyć na nich donos! Jestem dozorcą tego domu i to na mnie spoczywa odpowiedzialność za śmietniki. Wie pan, jakie teraz będę miał problemy?
– A ma pan pewność, że to oni podpalili?
– A kto inny? Panie sierżancie, nie urodziłem się wczoraj! Ja dobrze wiem, że to oni!
– Dobrze, niech pan usiądzie i wypełni druczek. Potem mi go pan odda i jak tylko któryś z policjantów będzie wolny, wezwie pana do złożenia zeznań.
– Dobra – rzucił siwowłosy i szybko dodał: – To znaczy kiedy? Bo wie pan, żona z obiadem czeka! Za godzinę powinienem być w domu!

Policjant wskazał palcem na grupkę czekających petentów i znudzonym głosem poinformował go, że może wyjść przed budynek i zadzwonić do żony, albo wrócić z wypełnionym papierzyskiem później.

Siwowłosy odszedł do jednego ze stolików i zaczął wypełniać. Jegomość przede mną zbliżył nos do niewielkiego otworu w szybie i wymamrotał:

– Żem się zgłosić miał…
– Dowód pan da.
– Co?
– Dowodzik!

Mężczyzna zerknął na mnie z ukosa, jakbym chciał mu wyrwać plastikowy dokument tożsamości, podał go policjantowi i dodał:

– Żem się zgłosić miał. Nakaz mam.
– Zgadza się, tyle że wczoraj się pan miał zgłosić. Dlaczego wczoraj pan nie przyszedł?
– Żem nie mógł, nie?
– A dlaczego? Jest pan niepracujący, na warunkowym. Co ma pan ważniejszego od odwiedzania nas co drugi dzień?
– Panie, z kolegami żem się spotkał, nie? Popiliśmy i żem się zapomniał…
– Tak? A gdzie się wczoraj było? Koło dziewiętnastej? Nie w monopolowym na rogu?
– Ja? Nigdy! To tam jest jakiś monopolowy?
– Dobra, dowodzik zatrzymuję, a wy tu poczekacie na przesłuchanie.

Mężczyzna, klnąc na czym świat stoi, odtoczył się na ostatnie wolne krzesełko, a posterunkowy zatrzasnął mi drzwiczki, chroniące otworki w szybie, przed samym nosem. Odwrócił się do kolegi, sprawdzającego coś w dokumentach:

– Przyszedł Pietraszewski, weźcie go z Mieciem i przemaglujcie. Wczoraj ktoś obrobił monopolowy, ten na rogu. Rysopis się zgadza, wykrywalność nam wzrośnie.

Kolega posterunkowego odłożył papiery, naciągnął na głowę czapkę z orzełkiem, i ruszył szukać tajemniczego Miecia. Posterunkowy zaś wrócił na swoje krzesło, ciężko westchnął i otwierając ponownie okienko, rzucił:

– Co się stało?
– Dzień dobry – zacząłem, ale nie doczekałem się odzewu. – Chciałem zgłosić kradzież.
– Samochód, kieszonkowa czy włamanie?
– Włamanie na konto przy użyciu karty. Przez internet.
– Łatwo nie będzie, od razu uprzedzam – rzucił, szukając odpowiedniego formularza. – Dowodzik pan ma?

Podałem mu dokument i wziąłem papier z nagłówkiem zgłoszenie przestępstwa cyfrowego/internetowego.

– Proszę – powiedział oddając i dowód – niech pan usiądzie i wypełni druczek. Zaraz ktoś pana wezwie. Druczek da pan przesłuchującemu.

Podziękowałem i ruszyłem wypełniać formularz. Wszystkie krzesła były zajęte, stanąłem więc pod ścianą i wyciągnąłem z plecaka książkę. Użyłem jej jako podkładki i wypełniłem wszystkie rubryczki – imię, nazwisko, adres, pesel, karalność, ilość wyroków, paragrafy z których mnie skazano, ewentualne miejsce odbywania wyroku… Zupełnie, jakby z góry zakładali, że byłem karany. Nie było możliwości zaznaczenia „pierwsza wizyta na komisariacie”.

Gdy skończyłem, rozejrzałem się uważniej po pomieszczeniu. Praktycznie całą powierzchnię ścian szczelnie wypełniały korkowe tablice z przyczepionymi plakatami. Najbardziej uroczy wydał mi się ten, informujący o wyborach dzielnicowego roku. Głosować można było na komendzie. Może nawet bym się skusił, ale nie mam pojęcia, kto jest moim dzielnicowym. Zawsze wydawało mi się, że poznaje się go wtedy, kiedy ma się problemy z prawem. Jeśli wszystko jest w porządku, raczej nie mają zwyczaju składać wizyt obywatelom. Mnie przynajmniej nigdy żaden nie zaszczycił… Może głosują na nich poszukiwani? Albo recydywiści?

Interesujący był też ten o możliwości przebadania na komendzie alkomatem. Zgadzam się z tym, że nie należy prowadzić pod wpływem – to dość oczywiste. Plakat nie byłby tak śmieszny, gdyby nie doczepiono do niego informacji o tym, że najbliższy dostępny publicznie alkomat znajduje się w Piasecznie. Dwadzieścia minut jazdy i już wiesz, czy możesz jechać dalej!

Tam, gdzie nie było plakatów, przymocowano stojaki na ulotki. Jedne były mniejsze, inne większe. Od informacji dla maltretowanych żon i ofiar gwałtów aż po poradnik postępowania w przypadku dokonania „zatrzymania obywatelskiego”. Okazuje się bowiem, że myli się ten, kto uważa, że takiego zatrzymania dokonuje się w odruchu poczucia odpowiedzialności cywilnej. Jest to rzecz, do której należy się skrupulatnie przygotować.

Wziąłem jedną z nich, z planem późniejszego przejrzenia. W końcu lepiej wiedzieć jak się zachowywać w takiej sytuacji, niż działać „na wariata”. Nie planuję nikogo zatrzymywać, zawsze wydawało mi się sensowniejsze zadzwonienie po patrol, albo spisanie numerów rejestracyjnych, ale już wiem, że rzeczywistość potrafi zaskakiwać ludzi nieprzygotowanych.

Zaraz obok obwieszczenia o półkoloniach policyjnych dla nastolatków znalazłem wydruki ze strony z najgroźniejszymi, poszukiwanymi zbrodniarzami. Wszyscy wyglądali tak, jakby okradziono ich z uroku osobistego zaraz po urodzeniu. Najszkaradniejszy podejrzewany był o przestępstwa matrymonialne. Do tablicy przypięto też wizerunki kilku morderców, gwałcicieli i rabusiów. Fakt, wyglądali podejrzanie, trzeba im to przyznać. Niesymetryczne oczy, niedopasowane nosy, włosy jak teatralne peruki i czoła wskazujące na wodogłowie. Myślę, że zamiast zajmować się poszukiwaniem tych ludzi, komendant powinien zastanowić się nad możliwością zatrudnienia innego grafika.

Przy klawiaturze numerycznej, pilnującej dostępu do reszty komendy, zauważyłem słuchawkę. Nie był to cały aparat, lecz słuchawka z kablem wychodzącym ze ściany. Obok znajdowało się kilka istotnych porad dla tych, którzy chcieliby skorzystać z telefonu. Przeczytałem je od deski do deski i nie mogłem wyjść z podziwu. Policja myśli o wszystkim, nawet o tym, że może odwiedzić ich ktoś, kto nigdy z takiego urządzenia nie korzystał.

Uwaga, telefon wewnętrzny. Jeśli chcesz zadzwonić, podnieś słuchawkę i wybierz numer wewnętrzny. Numer poda oficer dyżurny – przygotuj nazwisko oficera zajmującego się Twoją sprawą i dowód tożsamości. Jeśli numer jest zajęty, trzeba spróbować za chwilę, ponieważ z pewnością ktoś przez ten telefon rozmawia. Jeśli usłyszysz sygnał, oznacza to, że numer nie jest zajęty i ktoś za chwilę odbierze. Jeśli nie odbiera, trzeba spróbować za chwilę, ponieważ z pewnością ktoś wyszedł na chwilę z pokoju.

Zanim mnie wezwano, zdążyłem zapoznać się ze wszystkimi informacjami. Wiem już, co grozi za obrazę funkcjonariusza na służbie jak i to, że każdy funkcjonariusz jest na służbie całą dobę, nawet na urlopie. Wiem, co trzeba zrobić, żeby dostać pozwolenie na broń i że otrzymanie takowego graniczy z cudem. Wiem jakie są statystyki i wykrywalność kradzieży samochodów, włamań i morderstw w całym mieście (ze szczególnym uwzględnieniem mojej dzielnicy). Zapoznałem się ze wszystkimi telefonami zaufania i możliwością zgłoszenia kogoś do projektu rodziny patologicznej (niestety, nikt nie przewidział nagrody za patologiczną rodzinę roku). Dowiedziałem się, że bimber szkodzi – nie tylko na wzrok, ale i życiorys, w przypadku wykrycia produkcji i aresztowania. Dowiedziałem się jak rozpoznać prawdziwą odznakę od fałszywki i czym powinny charakteryzować się policyjne mundury. Ale nie skorzystałem z możliwości oznakowania roweru, sprawdzenia czy mój samochód nie był kradziony i czy nikt nie używa mojego routera do ściągania niedozwolonych treści pornograficznych. Teraz zastanawiam się, czy to nie był błąd, ale nie mam zamiaru wracać na komisariat, póki ktoś mnie do tego nie zmusi.

W końcu tajemnicze drzwi otworzyły się i młoda policjantka zawołała mnie po nazwisku. Jak w szkole, kiedy matematyczka wywoływała do tablicy…

– Dzień dobry – powiedziałem z przyzwyczajenia. – To ja, chciałem zgłosić…
– Proszę za mną, przejdźmy do pokoiku.

Takiej propozycji nie mogłem odmówić. Ruszyłem za nią, podziwiając stan komendy. Ze ścian łuszczyła się farba i odpadał tynk, połowa jarzeniówek nie działała. Nie widziałem też ani jednego plakatu, widać wszystkie powiesili tak, by umilić czas ludziom w poczekalni. Korytarz był praktycznie pusty, jedynymi osobami poza nami była starsza pani o kulach i towarzyszący jej młody policjant. Kobieta wyraźnie protestowała, a on przepraszając tłumaczył, że w komendzie nie ma windy, a zdjęcia podejrzanych można przeglądać tylko na drugim piętrze.

– Pan wejdzie – odezwała się w końcu pani oficer, mająca się mną zająć. Przytrzymała mi też drzwi, na których powieszono tabliczkę z wygrawerowanym „wydział do spraw walki z cyberprzestępczością”.

Myślałem, że trafiłem w odpowiednie miejsce. W końcu padłem ofiarą przestępstwa w cyberprzestrzeni. Kilku funkcjonariuszy znających się na komputerach z pewnością szybko zdołałoby ustalić, jak doszło do kradzieży. Przy odrobinie szczęścia może nawet udałoby się im złapać dowcipnisia? W końcu ciągle się słyszy, że anonimowość w internecie to mrzonka. Jasne, nie spodziewałem się pokoju pełnego monitorów, ludzi walących w klawiaturę z prędkością światła i mnóstwa migających światełek. To, co ujrzałem, nieco mnie zaskoczyło.

Kobieta usiadła za biurkiem i powiedziała:

– Niech pan siada. Starszy aspirant, Magdalena Obłokowska, spiszemy zeznania i zobaczymy, co da się zrobić.
– Oczywiście… Ma pani zamiar pisać ręcznie?
– A widzi pan tu gdzieś jakiś komputer?
– Nie – przyznałem, choć nie spodobał mi się jej drwiący ton głosu.
– Podejrzewam, że spotkał się pan z powszechną opinią o niedofinansowaniu służb mundurowych, prawda? Otóż nasza komenda stanowi tu jaskrawy przykład problemów finansowych całego sektora – ciągnęła, wyciągając z szuflady ozdobiony pstrokatą okładką szkolny zeszyt i ołówek. – Procedura jest prosta. Spiszę pana zeznania, przeczyta je pan potem i podpisze się pod nimi.
– Mam dyktować?
– Tak. Unikamy w ten sposób nieczytelnego pisma, kiedyś prosiliśmy każdego, żeby sam pisał, ale to się nie sprawdza. Następnie prześlę te dokumenty do stażysty, który wprowadzi je do komputerowego formularza. Po zatwierdzeniu formularz prześlemy do centrali walki z cyberprzestępczością i tam się panem zajmą. Rozumie pan?
– Chyba tak… Ile trwa taka procedura?
– Za około miesiąca dokumenty powinny dotrzeć do odpowiedniej komendy. Nie wiem ile spraw mają koledzy, ale nie spodziewałabym się na pana miejscu szybkiego rozwiązania problemu.
– Rozumiem. A zaświadczenie o wszczęciu postępowania? Wie pani, bank czegoś takiego potrzebuje.
– Ach, takie coś mogę panu od ręki wystawić, nie ma problemu, ale najpierw spiszemy zeznania. O jakiej kwocie mowa?
– Pięćdziesiąt euro – przyznałem, a ona spojrzała na mnie wzrokiem wyrażającym coś z pogranicza litości i niedowierzania.
– I chce się panu takie coś zgłaszać?
– Zostałem okradziony – odparłem po chwili, gdy udało mi się dojść do siebie. – Uczono mnie, żeby w takich sytuacjach zwracać się do stróżów prawa. Bank twierdzi, że może zwrócić mi skradzioną kwotę, co uważam za sprawiedliwe i zamierzam się o to ubiegać. Problem w tym, że potrzebuję od państwa odpowiedniego kwitka, który umożliwi wszczęcie procedury.
– Ja to wszystko rozumiem, ale wie pan, po pierwsze szanse na ustalenie sprawcy są niewielkie, po drugie z taką kwotą sprawa zostanie prawie natychmiast zamknięta z powodu niskiej szkodliwości czynu. Bank może panu te pieniądze odda, ale tylko dlatego, że kwota jest niewielka. Oni na tym praktycznie nic nie tracą, a pan, opowiadając znajomym o ich zachowaniu, zrobi im lepszą reklamę niż najlepszy reżyser i najdroższy aktor w godzinach najwyższej oglądalności telewizji.

Posłałem jej spojrzenie z pogranicza obrazy funkcjonariusza na służbie. Zrozumiała, że wytrąciła mnie z równowagi i rzuciła:

– Jeśli chce pan zgłaszać, lepiej żeby miał pan świadomość, jak to się skończy.
– Mam ją – przyznałem, choć moja wiara w sprawiedliwość została mocno podkopana.
– W takim razie pozwoli pan, że pouczę pana o karze za składanie fałszywych zeznań – mruknęła, podsuwając mi zalaminowany kartonik z adekwatnym paragrafem. – Był pan karany? Jeśli tak, proszę podać paragraf, rok skazania, miejsce odbywania wyroku i jego długość.
– Szczęśliwie nie byłem…
– To widać…

Przez kolejne dwie godziny odpowiadałem na jej pytania, a ona skrupulatnie spisywała każde moje słowo. Dobrze, że mam komórkę z dostępem do internetu, bo jak się okazało, kilka razy musiałem sprawdzić to i owo w sieci – między innymi adres strony kasyna, w którym nigdy nie grałem. Pod koniec rzeczywiście dała mi chwilę na przeczytanie zeznań. Pod ostatnim zdaniem dopisała „transkrybcja st. asp. M.O.” Postanowiłem zachować obywatelską postawę i nie zwracać policji uwagi na ortografię. Niektóre rzeczy się nie zmieniają. Tak samo było kiedyś, tak samo jest teraz. Pewnie mają tyle niedziałających jarzeniówek na korytarzu, bo „na miejscu jest zbyt mało policjantów, by wkręcić żarówkę”.

Pytaniem pozostaje czy zmarnowałem ten dzień, czy nie. Wszystko zajęło mi tyle czasu, że nic już tego dnia nie zrobiłem… poza kupieniem butelki czegoś wysokoprocentowego i obejrzeniem filmu o mafii. Nie napisałem artykułu, który miałem napisać. Nie spotkałem się z kolegami z pracy, nie uzgodniłem z nimi kilku ważnych rzeczy. Jednak bank po zaledwie czterech miesiącach oddał mi moje pieniądze, co sprawia, że uznać można, iż w jeden dzień zarobiłem pięćdziesiąt euro. Pokręcona to logika, a kredytu hipotecznego i drugiego mieszkania nadal nie mam.

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Anna Rosner i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „Nowa polska proza 2

  1. pharlap pisze:

    Muszę powiedzieć, ze rzeczywiście dość surrealistyczna to sytuacja, na tyle trudna do uwierzenia, ze wartoby podać nazwę banku.
    Inna sprawa – bohater opowiadania uważa za bezsensowne pytania o potwierdzenie tożsamości no bo dlaczego ktos chciałby blokować cudzą kartę? Jak to dlaczego – dla zartu.

    • ewamaria2013 pisze:

      Masz rację, Pharlapie! Chyba nawet można sobie wyobrazić gorszy scenariusz – powiedzmy, blokuję kartę niewiernemu kochankowi lub synowi, bo chce się ożenić z dziewczyną, która mi nie odpowiada. Możliwości widzę setki🙂

      • pharlap pisze:

        W pierwszym momecie niezbyt dokładnie przeczytałem ten komentarz i wyobraziłem sobie, ze ktos chce zablokowac kartę niewiernemu kochankowi bo nie odpowiada mu/jej dziewczyna z którą go/ją zdradza. Ale dlaczego niby nie?

  2. ewamaria2013 pisze:

    No zaiste, czemu nie?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s