Na Syberii wilki uczą człowieczeństwa (2)

Roman Brodowski

Rozdział I. Droga do piekła.

Na placu

Po długim i wyczerpującym marszu dotarli do dworca kolejowego położonego na obrzeżach miasta, w odległości około dwóch i pół kilometra od ich domu. Przy betonowej rampie stały gotowe do drogi niewielkie wagony, podobne do tych w jakich przewożono zazwyczaj zwierzęta lub towary. W każdym z nich znajdowały się otwarte do połowy, rozsuwane drzwi, do których dostępu pilnowali uzbrojeni w karabiny wartownicy. W górnej części wagonów, po obu stronach drzwi wycięte były nieduże otwory okienne, osłonięte kratami z drutu kolczastego.

Przy budynku dworca czekało już kilkadziesiąt osób, które dowiezione zostały wojskowymi samochodami z okolicznych miejscowości. Ludzie stali ustawieni w kilku równych rzędach. Widok matek z przytulonymi do nich, szukającymi odrobiny ciepła dziećmi, osób w podeszłym wieku, przytrzymujących siebie nawzajem , czy też mężczyzn, często pokrwawionych, okaleczonych i zrezygnowanych, potęgował w Lidzi strach i niepewność. Jedni modlili się na głos, inni śpiewali patriotyczne pieśni, a jeszcze inni rozpaczliwie wołali o pomstę do nieba.

Do nowo przybyłej grupy podszedł rosyjski oficer w asyście kilku żołnierzy i, wymachując rękoma, zaczął wydawać rozkazy.
– Ci, tak jak tamci – wskazał żołnierzom palcem na kolumnę – mają ustawić się rodzinami w kolejnych rzędach i czekać spokojnie na dalsze polecenia. Żołnierze posuwając się powoli, jeden obok drugiego, zaczęli zdezorientowanym i wylęknionym ludziom „ pomagać ” kolbami, pięściami i nogami ustawić się zgodnie z rozkazem.
Mama i Lidzia chwyciły Antka mocno za ręce w obawie przed ciosami żołnierzy i szybko wtopiły się w tłum. Kiedy po niedługim czasie nowo uformowane szyki dołączyły do pozostałych, z budynku wyszedł kolejny oficer i podszedłwszy do swojego kolegi, długo z nim o czymś rozmawiał, po czym po polsku zakumunikował zebranym, że za godzinę wszyscy wyczytani z listy zajmować będą miejsca w przygotowanych dla nich wagonach. Na zadane przez kogoś z tłumu pytanie – dokąd zostaną wywiezieni? – oficer odpowiedział, że tego nie wie, ale że każda rodzina otrzyma na miejscu docelowym zakwaterowanie, pracę oraz pomoc na rozpoczęcie nowego życia w nowej ojczyźnie, jaką od teraz jest dla nich ZSSR. Oczywiście nikt w to nie wierzył. Każdy, kto słyszał o losach Polaków zesłanych wcześniej na Syberię, zdawał sobie sprawę z tego, jakiej rzeczywistości może się spodziewać. Nikt nie miał złudzeń co do tego, że nie jedzie po to, żeby rozpoczynać nowe życie, ale po to by rozpoczynać powolne, katorżnicze umieranie, po to, by pracować tam jak niewolnik, w nieludzkich warunkach, bez prawa do godności, pracować na rzecz wrogiego Polakom państwa, jakim był Związek Radziecki.

Lidzia na przemian z matką brały chłopca na ręce, by jak najbardziej odizolować go od chłodnej ziemi. Na szczęście stały w środkowym rzędzie, więc ciepło otaczających ich ludzi, oraz naturalna osłona przed dokuczliwym wiatrem pomagały im przetrwać to mroźne czekanie. Minuty upływały nieubłagalnie wolno, chłód coraz bardziej dawał się wszystkim we znaki, a na niebie pojawiały się pierwsze znaki zimowego poranka. Księżycową ciemność zaczęła wypierać bladosłoneczna jasność, a majaczące do tej pory na horyzoncie ciemne plamy, zaczęły przybierać kształt drzew bukowego lasu otaczającego dworzec.

Niektórzy w tłumie zaczęli rozpoznawać znajome twarze. W powietrzu słychać było nawoływania i, im jaśniej, tym więcej imion, nazwisk, nazw ulic, czy też miejscowości, przepływało przez uszy stojącej dziewczyny. Co jakiś czas ktoś odnajdował kogoś w tej masie człowieczego nieszczęścia. Rodzina, krewny, bliski, czy też dalszy znajomy, to było bez znaczenia, kto dla kogo i kim był wcześniej. Ważne, że w tej tragicznej sytuacji, znalazł się ktoś, kogo się znało, ktoś kogo połączyła ta sama droga, droga wspólnego losu.
– Jak to dobrze – pomyślała Lidzia – kiedy jest obok ktoś, z kim można porozmawiać, ktoś komu można zaufać. Cieszyła się, a zarazem zazdrościła, bo przecież obok niej nie ma nie tylko nikogo znajomego, ale i tej najważniejszej dla niej osoby – ojca. Na myśl o ukochanym ojcu po jej dziewczęcej buzi spłynęły niby małe, wilgotne brylanciki, piekące do bólu łzy.

Nagle do jej uszu dotarł znajomy głos. Ktoś za plecami wołał ją po imieniu. Tak, słyszała to wyraźnie, ktoś ją wołał. Odwróciła się. Zaledwie kilka kroków od niej, nieco z boku, stała Ania Bigocka, jej rówieśniczka. Machała do niej ręką! Ania pochodziła z zacnej rodziny lekarskiej. Ojciec jej, zany i szanowany chirurg, zginął jeszcze na początku wojny, gdzieś pod Lublinem, a mama, pani Bigocka, prowadziła punkt apteczny obok lecznicy. Wszystkie razem, same kobiety, mama, Ania, jej starsza siostra i babcia, mieszkały niedaleko gimnazjum, do którego obie chodziły. Co prawda nie do tej samej klasy, bo Lidzia do I A, a Ania do I B, ale na co dzień, także poza szkołą, przyjaźniły się ze sobą. Obok Ani stały wszystkie kobiety z jej rodziny. Nikogo nie brakowało, mama, babcia, siostra.
– Chociaż u niej są wszyscy – powiedziała szeptem. – Boże, dlaczego jesteś taki niesprawiedliwy? dlaczego inni są razem, a nas rozdzieliłeś? Dlaczego nie ma przy nas tatusia? – w myślach pytała Boga, choć przecież i u Ani nie było Taty. Pomimo żalu poczuła dziwne uspokojenie. Zrozumiała, że i ona nie jest w tych ciężkich dla niej chwilach sama , że oprócz mateńki i Antka jest jeszcze ktoś, kto tak jak ona cierpi, kto tak jak ona, właśnie teraz potrzebuje wsparcia, bratniej duszy, przytulenia. Zrozumiała że tą osobą jest stojąca w zasięgu wzroku Ania.

Spojrzała na matkę, a ta jakby wyczuwając jej niemą prośbę, pokiwała na znak zgody głową. – Idź córeczko – powiedziała – tylko wróć, proszę, zanim zaczną czytać listę – dodała, całując ją tak jak zawsze na pożegnanie, gdy wychodziła do szkoły. Lidzia, powoli, krok po kroku przesuwała się w kierunku Ani, która czyniła tak samo. Nie minęła nawet minuta, gdy obie znalazły się obok siebie. Rzuciwszy się jedna drugiej w ramiona, całowały, po zroszonych łzami policzkach, po włosach, po dłoniach…, jak dwie najdroższe sobie osoby, jak dwie kochające siostry.
– Lidziu , co z nami będzie? – zaszlochała Ania, w objęciach koleżanki. – dlaczego nas to spotyka? dlaczego właśnie nas? – pytała.
– Cicho Aniu, cicho kochana. Będzie dobrze, na pewno będzie dobrze. Niedługo wojna się skończy i wrócimy do domu – uspokajała ją Lidzia. – Przecież wiesz, że nikt nas nie zostawi. Francuzi i Anglicy niebawem przyjdą nam z pomocą i nawet nie zdążymy się dobrze obejrzeć, jak wyrzucą Niemców i Ruskich z naszego kraju… Będzie dobrze, kochana. Nie trzeba płakać, nie trzeba… Mówiła tak, chociaż wiedziała, że słowa te są tylko jej pobożnym życzeniem. Wiedziała, tatuś jej to powiedział, że jesienią, we wrześniu, zarówno jedni jak i drudzy dali Polsce poznać, że nie mają ochoty ginąć za nią, że nie mają zamiaru wywiązać się ze zobowiązań podpisanych wiosną poprzedniego roku. Ale wiedziała też, że musi koleżance coś powiedzieć, musi ją pocieszyć, dodać otuchy, natchnąć chociażby płonną nadzieją na lepszą i szczęśliwszą przyszłość. I właśnie dlatego tak mówiła.

Minęła godzina, a ludzie nadal cierpliwie stali, wyczekując spóźniającego się ich dalszego losu. W końcu z dworcowej poczekalni wyszło kilka osób. Byli wśród nich i wojskowi, i cywile. Żołnierze przynieśli stół i trzy krzesła, na których usiedli. Ubrany w gruby kożuch cywil, jakiś wyższy rangą wojskowy i widziany już wcześniej oficer, w roli tłumacza. Obok nich stało kilku żołnierzy i drugi cywil z grubym plikiem akt w dłoniach. Po krótkiej chwili wojskowy wstał z krzesła i wrzasnął na cały głos – Da zdrastwoj Polaki. Zapanowała cisza. – Ja komandir – kontynuował, wskazując na siebie palcem – Soklasno nakazu tawariszcza Stalina… – bełkotał coś niezrozumiale, po czym, wyprostowany prawie że na baczność, przeczytał jakieś rozporządzenie dotyczące przesiedlenia obywateli państw zajętych przez Sowietów, podpisane przez samego ich naczelnego wodza. Mówił też o jakichś grupach bandytów i organizacjach przestępczych, działających przeciwko Armii ZSRR, stacjonującej na terenie naszego kraju, o niebezpieczeństwie, jakie ze strony polskiej partyzantki grozi Białorusinom i Ukraińcom, i o wielu innych zagrożeniach. Niestety tego, co mówił, nikt nikt nie był w stanie zrozumieć. Wydawało się, że był pijany. Dopiero wówczas, gdy tłumacz z grubsza przełożył z rosyjskiego na polski, o co w tym całym wystąpieniu chodziło, ukazał się wszystkim prawdziwy obraz dramatu, jakiego stali się uczestnikami. Jako obywatele polscy zostali wyrzuceni z domów, zostaną deportowani w głąb Rosji i nie przysługuje im prawo odwołania, a ich majątki podlegają konfiskacji na rzecz narodu rosyjskiego. Wyjątek stanowić mają ci, którzy nie znaleźli się na listach przygotowanych przez pracowników NKWD. A powodem decyzji o akcji deportacyjnej był odwet za nasilający się zbrojny opór Polaków wobec władz okupacyjnych, rosyjskiej milicji pilnującej porządku, za sabotowanie przepisów obowiązujących na okupowanych terenach oraz wrogą propagandę wobec ideologii bolszewickiego proletariatu, jaką wyznawały kręgi polskiej inteligencji i kleru. Lista „przewinień” dokonanych przez Naród Polski, a przedstawiona słuchającym była tak absurdalna i długa, że nikt z słuchaczy nie miał wątpliwości co do prawdziwych intencji Rosjan. Po przetłumaczeniu słów komendanta tłumacz poinformował, że za chwilę rozpocznie się czytanie nazwisk i że wyczytani z dokumentami tożsamości mają się zgłosić, w celu sprawdzenia dokumentów.

Do stołu podszedł ów trzymający akta cywil i położył je przed oficerem. Zapadła cisza. Oficer, wpatrzony w otrzymany dokument, raz po raz kiwał głową, jakby nie dowierzał temu co jest w nim napisane.Ludzie wyczeńczeni kilkugodzinnym czekaniem chwytali się za ręce. Między nimi, na wydeptanym śniegu, leżały pierwsze ofiary, ci, dla których ten „spektakl” już się zakończył. Między nimi, wpatrzona w matkę trzymającą za rękę Antka, stała i Lidzia. Obok niej Ania i jej najbliżsi. Cierpliwie czekali na ogłoszenie pierwszego w ich życiu wyroku… wyroku za życie.

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Roman Brodowski i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s