Zima, mgła, pociągi…

czyli kolej szprotawska po raz drugi:

Mieczysław Bonisławski

Wiadukt

1.
Miała być ładna, słoneczna pogoda. Tymczasem niebo, od nadodrzańskich lasów w dole, aż po wysoko nad głowami unoszący się pustacią horyzont na południu, zaścieliły ciemne, nieprzeniknione chmurzyska. Odtajała przed tygodniem, pokryta przygniłymi resztkami traw ziemia, znowu zabielała mokrym, nieprzyjemnym śniegiem. Był to najgorszy rodzaj śniegu, wodnisty, natychmiast rozpływający się czy to po ręce, czy po spodniach zimną wilgocią. Powodował przylepiające się do wszystkiego błoto, a ciągle, nadal jeszcze padając, zaślepiał nieprzywykłe oczy lub zamazywał szkła okularów.
Bartek, ten nasz najbardziej obyty w terenie eksplorator, archeolog, trwał z nosem przy zbitym w masę żwirze. Niełatwo było go zniechęcić, jak już coś zaczął, szczególnie gdy podchodził do tego z pasją, szedł w zaparte, aż do rozwiązania zagadki. Za to Paweł nie krył złego nastroju. Wstał z przyklęku, pomacał się po spodniach przejeżdżając dłońmi wzdłuż, tak od góry do samego dołu Nie wiem, chciał w ten sposób wyrównać kanty?
– No to idziemy na przyjęcie? – podchwycił ów gest również Zbyszek. Jego żart był ciężki i nierzadko irytujący, ale riposty miał szybkie i – niestety – żonglował nimi często, najczęściej nie w porę.
– Cholera. Co za pogoda – Paweł, jak przystało na dobrze zapowiadającego się polityka, nie słuchał tego co się wokół mówi. A jeżeli już coś usłyszał, to reagował poniewczasie – Na jakie znowu przyjęcie!
– No, nie wiem. Jakieś ważne, najważniejsze.
– Żadne przyjęcie. Pogoda jest do kitu. Nic tu dzisiaj nie zrobimy… Ja bym wracał…
– Ja mówiłem, że się rozpada…
Bartek westchnął, ale dalej grzebał łopatką, wgłębiając się w bebechy nasypu kolejowego. Nie zanosiło się jednak na jakiś szybki, powalający efekt tej grzebaniny, a że Bartek, prócz westchnienia, nie kwapił się do innej formy komunikacji, należało szybko coś powiedzieć.
– Z mapy wynika, że tu, o… Piętnaście, no, dwadzieścia metrów dalej był stary wiadukt.
Sto lat temu, gdy powstał ów nasyp, biegł on nieopodal niewielkiego miasta. Wokół, w dole rozciągało się zielone morze ogrodów i sadów. Gdzieniegdzie spośród tej feerii różnych odcieni zieleni przebijała intensywna plamka dachu. Małe, niczym wzięte z bajki domki przedmieścia, przypominały wówczas zapewne pąki czerwonych kwiatów rozsypane po łące…
Dokładnie w tym miejscu, z obu stron nasypu, zbiegały się wtedy u jego podnóża polne drogi. Infrastruktura kolejowa stanowiła w tej okolicy zupełnie obcy element, całkowicie zaburzyła harmonię opadającej ku północy, równej niczym stół sandrowej równiny. Jakieś dwieście metrów dalej na południe, kolejowi inżynierowie musieli wykopać głęboki jar w polodowcowej morenie, aby tory mogły jego dnem przebić się dalej. Tutaj jednak, w gąszczu owocowych drzew i ogrodów, wiły się po równym polne dróżki, prowadząc od jednego do drugiego, rozrzuconych daleko od siebie domków.
Nasyp kolejowy rozciął tę krainę, rozłożoną między wyniosłą górą a kilkukilometrowym nadrzecznym lasem, na dwie, odizolowane od siebie części. Niczym szeroka, rwąca rzeka. Od chwili powstania tej kolei, aby przejechać lub przejść z jednej strony na drugą, trzeba było szukać specjalnego przejścia. Na rzece, byłby to bród, tutaj – inżynierowie zaprojektowali wiadukt. Wszystkie dróżki, które przed budową biegły równolegle na zachód, musiały zmienić kierunek, skręcić tak, aby spotkać się w jednym miejscu, przed wiaduktem i razem przekroczyć tor. Po drugiej stronie rozchodziły się znowu, każda w swoją stronę, do tych miejsc, do których doprowadzały ludzi niezmiennie od lat.
Wiadukt nie był duży. Niedługo po wielkiej wojnie go zburzono. Obok zbudowano nowoczesną arterię i cały ruch przeniósł się tam. Polne dróżki stały się niepotrzebne, zaorano więc większość z nich i zbudowano nowy, betonowy wiadukt nad arterią.
Po latach, w miejscu starego wiaduktu biegł już tylko po prostu nasyp, niewprawne oko nie odnalazłoby w nim nawet najmniejszego śladu blizny po zasypanym przed pół wiekiem przekopie. Nieco dziwnie wyglądała tylko ulica, która w tym miejscu kończyła się ślepo u jego podnóża. Jedyna z wielu polnych dróżek, jaka zachowała się, była teraz w miarę szeroką, asfaltową ulicą, żaden bruk czy szuter. Jej początek albo koniec wyznaczony był przy starej, nieczynnej już fabryce, parę metrów od torów. Wyglądało, to tak, jakby w zamyśle planistów miała prowadzić tylko do niej, dalej już nie, a przecież naprawdę było zupełnie inaczej… Ale uwagę wszystkich przyciągała już od lat tylko arteria i nowy wiadukt.
Trzy postacie pochylały się teraz jednak nad tą starą i ślepą uliczką.
– Droga musiała iść prosto, tu gdzie jest teraz ten ogrodzony plac.
Komuś patrzącemu z korony nasypu w dół, na wprost, horyzont zamykała perspektywa ulicy, która zaczynała się siedemdziesiąt metrów od podnóża sztucznego wyniesienia. Była w tym miejscu brama przez którą można było wjechać na szczelnie ogrodzony plac o zniszczonej i zaniedbanej nawierzchni, przylegający do idącego górą torowiska.
– Sam plac chyba otoczono tą siatką i wylano później. Asfalt jest zupełnie inny, jakby świeższy – ocenił Zbyszek.
– Zejdziesz na dół? Wyznaczysz krokami linię dawnej ulicy, od bramy aż do nasypu. Pokażesz dokładnie gdzie był prześwit pod przęsłami wiaduktu.
Zbyszek zbiegł, ale zatrzymał się przed siatką ogrodzenia, która zaczynała się tuż, na dole.
– Nie potrzeba. Widzę stąd jak biegła droga – zamachał gdzieś przed siebie ręką, odwrócił się ku nasypowi i lekko pochylając całe ciało, drugą dłonią oparł się o ścianę wzniesienia. – O, tutaj był przejazd.
Ten jaskrawy brak inicjatywy nie mógł nikomu się spodobać. Nawet milczący dotąd Bartek, podniósł głowę i w końcu dał wyraz swojej, narastającej od paru minut, dezaprobacie:
– Daj spokój. Naprawdę nie możesz przejść takiego kawałka i wyznaczyć dokładnie miejsca, gdzie był ten prześwit?
– Nie będę skakał przez siatkę! Chcesz, to sam skacz – obruszył się Zbyszek i począł z powrotem wdrapywać się na górę. – Tu jest dokładnie to miejsce. Ja wracam.
Paweł spojrzał w dół, ogarnął, trochę nieobecnym spojrzeniem widoczną kawałek dalej arterię, nowy betonowy wiadukt, zniszczony plac. Sięgnął do kieszeni kurtki, z której wyjął papierosa. Przypalił zapalniczką. Wziął papierosa do ust, zaciągnął się. Ogarnął jeszcze raz spojrzeniem tę nazbyt szeroką, jak na prowadzone badania, perspektywę i rzucił nieco nie na temat:
– Tak popękany asfalt musi być co najmniej z trzy, cztery lata opuszczony. Ta trawa, która wyrosła w szczelinach, to gatunki wieloletnie, ale gdyby miała jeszcze więcej lat, to pokazałyby się też już i jakieś krzewy… Ładny plac, szkoda, że tak marnieje. Ciekawe czyja to własność? Wygląda, jakby ostatnio był to teren do nauki jazdy… Tam z tyłu, od głównej, był chyba kiedyś PZMot, nie wiecie, czy jeszcze tam jest? Może to ich plac?
Bartek wstał z klęczek. Otrzepał z błota łopatkę, stukając nią o szynę. Następnie zgarnął butem niewielki urobek do otworu, który wcześniej wykopał. Przydeptał. Ślady pracy zniknęły, za parę godzin lekki śnieg miał jeszcze wszystko przyprószyć, a później, po jego stopnieniu – wsiąkająca woda miała zrobić resztę.
Tory biegły tu prawie dziesięć metrów ponad powierzchnią. Nasyp wygięty był w długi, ale łagodny łuk. Jego korona była szeroka dokładnie na tyle, by pomieścić pojedyncze torowisko. Wydeptana obok szyn ścieżka, wiła się już częściowo rozdeptanym zboczem. A jednak w miejscu zasypanego teraz wykopu, Bartek mógł swobodnie stanąć, rozłożyć sprzęt. Obok zmieściłby się jeszcze pewnie Paweł lub Zbyszek. Na długości trzydziestu metrów nasyp rozszerzał się i biegł tutaj jakby podwójnym łukiem. Idąc szybko i nie rozglądając się specjalnie, zapewne jednak nie zwróciło by się na to uwagi. Aby dostrzec tę anomalię, trzeba było chcieć ją zobaczyć, dokładnie wiedzieć czego się szuka.
– I co, takie samo podłoże?
– Widzisz ten drugi otwór?
– No…
– Właśnie. I tam, między szynami, pod podkładami, i tutaj, na tym wyszerzeniu, do pół metra w głąb jest dokładnie ten sam materiał i układ warstw. Zresztą, o warstwach ciężko tu mówić, jest to praktycznie calec, bez żadnych fantów – machnął ręką Bartek. – Zasypiesz ten otwór na szynach?
Czemu nie? Robota ani ciężka, ani długa. Gdyby but przeciekał, była by mało przyjemna… Ale nowe buty nie miały prawa przecieknąć, zresztą sprzedawca wczoraj dawał Joannie takie różne zapewnienia, zachęcając do ich zakupu!
– Mógł tu być tor? – włączył się Zbyszek.
– Czyli drugi tor? Ale gdzie była zwrotnica, z której strony – od wiaduktu, czy od dojazdu? – zapalał się Paweł. – Zwrotnica na wiadukcie? Może to był jakiś obrotowy wiadukt, tak jak w MRU, a może tu była jakaś tajna bocznica…?
Bartek był już spakowany.
– To co, na dzisiaj się zwijamy… – jeszcze ostatnie klepnięcie butem i po drugim wykopie też już nie było śladu. Aż Bartek uśmiechnął się i aprobująco kiwnął głową. – Spotykamy się bez zmian. Powinien być już Sławek. Jakąś rewelację będzie mieć też Michał.
Zbyszek nagle ucapił torbę Bartka i bez ceregieli zajrzał do środka, wsadził łapę.
– Co tam zabierasz? – spytał, triumfalnie wyciągając z wnętrza jakiś szary, pokryty żyłkami kawałek gruzu albo drewna.
Bartek spokojnie odebrał znalezisko i powoli zaczął wyjaśniać, schodząc jednocześnie zboczem nasypu ku zaparkowanym samochodom:
– Wziąłem, jako próbkę sztukę takiego dziwnego gruzu, którego nie było pod szyną a tylko na wyszerzeniu. I woreczek, do którego wrzuciłem calec z wyszerzenia.
W połowie drogi zatrzymał się.
– Niby nic specjalnego w tych wykopach nie było. Ale na wyszerzeniu znalazłem jakieś kawałki, które mi tu nie pasują. Struktura i skład samego podłoża też wydają się w obu miejscach takie same i bez sensacji, ale… – ruszył dalej – Zaniosę próbki do naszego laboratorium, niech przebadają, sprawdzą kilka rzeczy.
Zatrzymał się przed autem. Otworzył drzwi. Nie wsiadał jednak.
– Na wyszerzeniu jakby bardziej to wszystko mokre, jakby poddawane było dłużej działaniu wody… Albo… Nie!, przecież nie może być pięć tysięcy lat starsze, niż podtorze znajdujące dwa metry obok…!

2.

To spotkanie miało się odbyć w lesie, rozciągającym się na południe od miasta. Północne stoki morenowego wału zajęły ulice i domy, spoglądające z delikatnie opadającej równiny ku szerokiej wstędze wody, rozlanej tuż za ciągnącym się jeszcze od rogatek nadrzecznym łęgiem. Przeciwstawny stok moreny oraz kolejną, wciśniętą między dwa ciągi wzgórz dolinę, porastał na przestrzeni kilkunastu kilometrów sosnowy bór. W wyższych miejscach, gdzie było nieco bardziej sucho, drzewa były wyższe, rzadsze a przez ich korony przebijało się, aż do iglastego, porośniętego jagodami poszycia słoneczne światło. Las był widny i sprawiał przyjazne wrażenie.
Z kolei w licznych zagłębieniach, na północnych stokach pagórków i wokół bezodpływowych, bagnistych zapadlisk pojawiały się liczniejsze, liściaste dęby i graby oraz niski, gęsty podszyt młodych olszyn. Tutaj było ciemno i ponuro, powietrze zalegało ciężkie i stęchłe od gnijących resztek roślin. Z panującego nawet za dnia mroku zionęło nieprzyjemnie czymś groźnym i wrogim.
Wąski, idący prosto, niczym wystrzelona strzała tor kolejki zagłębiał się zaraz za miastem w wilgotny, mroczny las. Jeszcze całkiem blisko ostatnich domów, a przecież jakby już w zupełnie innym świecie, pod zwisającymi ku samej ziemi, tworzącymi nieprzenikniony welon gałęziami, chowała się długa i wysoka rampa kolejowa. Ciągle mokry beton był omszały. Brązowy i zielony nalot pokrywający powierzchnię jeszcze bardziej maskował obecność rampy, która i bez tego słabo widoczna, niemal zlewała się z otoczeniem.
Krążyły przeróżne legendy i opowieści o jej dawnym przeznaczeniu. Od ponad pięćdziesięciu lat była nieużywana, dawno rozebrano boczny tor, który biegł przy niej, równolegle z torem szlakowym. Nikt z żyjących nie przypominał sobie, aby cokolwiek na jego oczach tutaj wyładowywano lub załadowywano. Potężną rampę zbudowano praktycznie pośrodku lasu, w miejscu mało dostępnym, z daleka od jakiejkolwiek, choćby leśnej drogi. Nawet te kilka młynów, które wykorzystywały bystry bieg spływających ze stoków moreny leśnych strumieni, dopóki jeszcze pracowały w kniei, stały w zupełnie innej części lasu niż rampa. Minęły lata, rozsypały się porzucone młyny, rozebrano tory linii kolejowej, nikt jednak nie ruszył rampy. Bodaj najbardziej niepotrzebnej, pierwszej w kolejności do rozbiórki. Dlaczego, w jakim celu ją tu pozostawiono?
Paweł łączył jej istnienie z nieopisaną nigdzie i nie zaznaczoną na żadnej z dawnych map, bocznicą wojskową prowadzącą do polowego lotniska. Działało ono do końca wielkiej wojny w pierwszej wsi za lasem. I Paweł usłyszał kiedyś tam, od kogoś tam, że ten ktoś pamiętał taką bocznicę. Jak dotąd nie udało się potwierdzić tego przypuszczenia…
Z innych opowieści, jakie udało się zebrać, wynikało że z drugiej strony dochodziła do rampy wąskotorówka. Miała ona prowadzić do istniejących przed wojną na peryferiach miasta zakładów produkujących kafle do pieców i do pokrywania dachów. Ostatnio nawet zgłosił się ktoś, kto odnalazł na dachu rozbieranego budynku dachówki z tej firmy. Poproszony o fotografie choćby jednej z nich, zamilkł jednak. I nie odezwał się więcej. Nie przynosiły też rezultatu, ponawiane co jakiś czas w terenie poszukiwania owej śródleśnej wąskotorówki. No dosłownie nic w tym lesie nie dało się odnaleźć! Nic, prócz tej rampy, tak solidnie wybetonowanej, że nie dotknął jej ząb czasu, a która wzięła się nie wiadomo skąd i nie wiadomo dlaczego ją pozostawiono?
W ostatnim tygodniu wszystkich zelektryzowała jednak wiadomość jaką przyniósł, Bartek. W jednym z tych trzech prawdziwie wiosennych dni, jakie przytrafiły się przed powrotem zimy, Bartek wybrał się z córką na spacer właśnie do lasu z rampą. Gdy tak szli wzdłuż dawnego nasypu w kierunku wsi przy lotnisku, jego uwagę zwrócił jakby drugi, równoległy nasyp. Było to na odcinku między rampą a wysokim mostem nad Potokiem Pustelnika. Kawałek za rampą zauważył on obok nasypu, pozostałego po torze szlakowym, wyraźne wyrównanie terenu. Szło ono wzdłuż trasy kolejowej, na nieco niższym wale ziemnym, tak jakby poniżej głównego toru biegł drugi. Przed mostem, ów drugi nasyp, jeszcze bardziej się obniżał, aż do poziomu wody i skręcał prowadząc…. w sam środek strumienia… Na drugim brzegu nie było żadnych podobnych śladów.
– Mówisz o tym wysokim moście nad Potokiem Pustelnika? – wiadomość jaką podał przez telefon nie mieściła się w głowie – On unosi się tak wysoko nad niewielkim strumieniem. Mówimy o tym samym miejscu?
– Tak. To wygląda na drugi tor, który schodził na sam dół, do potoku.
– Ile tam może być metrów w dół?
– Z dziesięć, piętnaście…
– Tak, to jest to miejsce. Tam nie było żadnego innego toru. Penetrowałem otoczenie rampy kilkanaście razy, z dokładnością do centymetrów. Nigdy nic tam takiego nie było.
Bartek milczał gdzieś przy drugim telefonie. Jak można mu było wytłumaczyć, że się mylił, że to co zobaczył, nie było tym co chciał widzieć?
– Dwa lata temu robotnicy rozryli nasyp szlakowy, bo w jego wnętrzu montowali rury kolektora burzowego, zrzucającego miejską deszczówkę do Pustelnika. Korzystali z mnóstwa ciężkiego sprzętu… To pewnie ślad po ruchu tych maszyn. Nic innego…
– Oglądałeś nasyp po tym, jak skończyli tę budowę?
– Jasne. Byłem zobaczyć, czy go nie zniszczyli.
– I widziałeś wtedy tę drogę wyjeżdżoną przez maszyny budowlane?
– Nie…
– To jest na pewno pozostałość po drugim torze kolejowym. To nie jest nic innego.
– Ale tam nigdy nie było drugiego toru! I nigdy nie było żadnego innego nasypu. Był tylko las.
– Może powinniśmy to zbadać? Wiosna za oknem, warunki dobre.
W takich oto okolicznościach powstał pomysł spotkania w lesie, do którego niestety nie doszło.

3.

Tak, nic z zakładanych planów nie wychodziło. Zamiast słońca, które miało wysuszyć błoto, pozostałe po – zapowiadanym jako ostatni tej zimy – mokrym śniegu, pojawiła się śnieżyca, jakiej nikt nie pamiętał. Śnieg, który nagle sparaliżował całą okolicę, spadł praktycznie w ciągu połowy nocy. Zasypał wszystko, co stało na drogach i chodnikach, ciężko było odróżnić gdzie przedtem był trawnik, ławka, przy czym stała latarnia. Silny, wyjący za oknami przez kilka nocnych godzin wiatr utworzył zaspy, w niektórych miejscach sięgające połowy okien co pomniejszych, parterowych chałup. Wszystko było białe. Przykryte tą powłoką miasto, przestało miasto przypominać. Ustało wszelkie życie, okna domów były ciemne i ślepe, w ich wnętrzach ogarnął wszystkich sen przeczekania.
Nad przypominającą pofałdowaną wydmami pustynię równiną unosił się szczelny płaszcz grubych, ciemnych chmur. Śnieg już nie padał, wiatr nieco ucichł, jednak od rana panował sprawiający przygnębiające wrażenie półmrok. Powietrze przypominało oblepiającą policzki watę, miało się wrażenie, że można je ciąć nożem. Nie był to śnieżny puch, który mogłyby unosić podmuchy wiatru, nie była to też mgła. Czort jeden wiedział co to było! Było ciemno, nic nie można było w tej mgle-nie-mgle zobaczyć dalej niż na sto metrów.
Przejście pod ledwo widoczną gdzieś w górze, wąską kreską wiaduktu równało się przekroczeniu bramy do innego, nieznanego świata. Improwizowaliśmy tej niedzieli. Dlatego staliśmy przed „bramą czasu”, pomimo tego, że ta wyprawa w czasie, a nie w przestrzeni, miała się odbyć później. Pierwszy zaryzykował Paweł. Nie skradał się jednak tak jak Zbyszek, który ostrożnie, niemal lękliwie, przesuwał się przy samej ścianie przyczółka. Nasz polityk wchodził w nowy, inny czas raźno i bez zastanawiania się, czy za granicą światów, czeka nań „świetlana” przyszłość, czy „mrok” przeszłości? Wybrał dla siebie sam środek drogi, zupełnie ignorując obowiązujące zasady. Tym razem intuicja, ów słynny „nos”, go jednak zawiódł…
Dźwięk dzwoneczków, parskanie koni i łoskot sunących szybko po śniegu sań zbiegły się z głośnym przekleństwem. W mgnieniu oka Paweł leżał na plecach w głębokim śniegu a pod wiaduktem przemknęły ogromne, czterokonne sanie i zaraz rozpłynęły się w mroku i mgle.
Zbyszek i Bartek przebiegli pod wiaduktem i doskoczyli do nie wstającego ciągle z zaspy Pawła. Powiał silniejszy wiatr i sypnęło śniegiem. Wiadukt, który pozostał z tyłu, rozmywał się już zupełnie. Zapłonęły latarnie. W ich świetle, charakterystycznym dla blasku gazowych latarni, z mlecznej, nieprzeniknionej perspektywy wynurzył się Sławek, a chwilę po nim – Michał. Nie spieszyli się. Z nieukrywanym dystansem, podszytym ironią, spojrzeli na chłopaków próbujących pomagać Pawłowi.
– Cholera, skąd się tu wzięły te sanie? – denerwował się poszkodowany, wstając w końcu na nogi.
– A co my tu robimy? – pytanie Zbyszka wyrażało irytację i szyderstwo jednocześnie. – Nie powinniśmy być w domu?
– Tak jak każdy normalny człowiek dzisiaj – poparł go Sławek.
Nastało nieco niepokojące, mogące za chwilę zdemobilizować wszystkich, milczenie.
– Dobrze panowie, przez te nocne zaspy, nie poszliśmy do lasu, na ten dodatkowy nasyp Bartka. Ale jakoś szczęśliwie dotarliśmy wszyscy tutaj… Nie traćmy zatem ani chwili, zimno, straszno, nie wiadomo gdzie jesteśmy…
– Za wiaduktem, na śniegu, zamiast w chałupie, przy piecu – Zbyszek nadal nie mógł się pogodzić z sytuacją.
– Sądząc po tych saniach, jest gdzieś rok-dwa przed wojną. Pierwszą, oczywiście – roześmiał się Bartek.
– Michał, w którym roku była wtedy najsroższa zima?
Wysoki blondynek w okularach, najmłodszy z grupy, był historykiem, archiwistą. Jako że zaczął dopiero co pisać doktorat, podchodził do takich pytań jeszcze bardzo konkretnie.
– Jedną pamiętam dokładnie z opisu z kronik kolejowych. Szóstego lutego 1929 roku było 38 stopni mrozu i parowozy nie odpaliły… Cała kolej stanęła…
– Ale w tym czasie, to powinny jeździć już samochody a nie sanie i konie – zaoponował trzeźwo Sławek.
– Nie wiem tak dokładnie. Może wtedy jeździły już i samochody i jeszcze – konie? – Michał zaczął analizować niczym rasowy historyk, ale szybko wszedł mu w słowo Bartek:
– Mnie zastanawia co innego. Stoimy tu już tyle czasu na samym środku drogi i tu nic w ogólne nie przejechało. Czy to nie dziwne?
Zamyślony Michał potarł kaptur opatuloną w rękawicę dłonią. Przez jego twarz przeszedł grymas niezadowolenia, ze dwa razy cmoknął, aż w końcu wydusił z siebie:
– Nie opamiętam tego dokładnie, ale chyba podobna zima zdarzyła się też w roku 1913…?
– O, i to by się zgadzało, wiadukt miał już dwa lata… – zaczął Paweł.
– Jaki wiadukt, widzicie tu jakiś wiadukt? – roześmiał się Zbyszek, któremu w końcu poprawił się nastrój.
Śnieg prószył coraz gęstszy. Wiatr zawiewał go falami w oczy. Wiadukt zniknął. Nie było widać drogi powrotu do własnych czasów.
– Niby prawda – wszedł w tę myśl Michał – nie ma wiaduktu, bo nigdy go nie było. Przejrzałem wszystkie dostępne mapy i plany. Wiadukt koło browaru, tak jak mówiliście, bliźniaczo podobny do tego, niby tutaj, jest na większości z nich. Praktycznie na każdym z tych dokładniejszych.
Wzrok wszystkich skupił się na mówiącym. Tylko Sławek, niby to słuchając, niby zainteresowany, odszedł nieco w bok i zaczął grzebać butem w śniegu. W pewnej chwili pochylił się, jakby coś znalazł.
– Na każdej z tych map, które oglądałem, zaznaczono wiadukt nad drogą na Kożuchów, Freystetter-Chausee. A ten tutaj – obrócił się, pokazując ręką w jakimś bliżej nieokreślonym kierunku – jest tylko na jednym, jedynym. Może to tylko błąd w druku, pomyłka zecera albo kreślarza. Może jego w ogóle nie było?
– Chodźcie, zobaczcie, tu są jakieś szyny – zawołał nagle Sławek – Czekajcie, za chwilę odkopię podkłady…
– Mam! – krzyknął Michał – na takim jednym, roboczym schemacie sieci torowisk, który datowałem na okres budowy linii lub zaraz po nim, jest tutaj, dokładnie w tym miejscu, zaznaczona przerywaną kreską jakaś odnoga. Chyba planowano tutaj lub zaczęto już wtedy budować odchodzący stąd w bok tor… O ile jest to faktycznie rok 1913 a nie ten dwudziesty dziewiąty…
– Nigdy nie widziałem tu toru… To jakaś bzdura – sapał, kopiąc dalej w śniegu Sławek, nasz pasjonat historii kolejnictwa, jedyny specjalista od tych spraw w całym gronie.
– Nie mogłeś widzieć. Nikt tu potem o żadnym torze nie wspominał… To pewnie jakiś niezrealizowany projekt, no, na tym planie Michała.
– Mówisz okres budowy linii lub zaraz po nim – wtrącił się Bartek – zatem to gdzieś będą lata między 1910 a 1914. Te sanie, ta zima, ten zaczęty i nigdy nie dokończony tor… Przenieśliśmy się panowie do 1913 roku, naprawdę…
– … i tylko ciekawe, jak stąd wyjdziemy… – rzucił w swoim stylu Zbyszek.
– No, faktycznie, pada i wieje, że nic nie widać. Nie wiedzieć w którą stronę jakiś krok postawić – nie na żarty zasępił się Paweł. – Bartek, a tobie żona nie kazała, tak przy niedzieli, posiedzieć przy córce, zamiast szukać nigdy nieistniejących bocznic i wiaduktów?
Bartek machnął ręką, uciekając w nastrój rozbawienia, w jaki miała go niby wprowadzić uwaga Pawła.
– Ona już przyzwyczaiła się do tego, że mi ostatnio wszystko kojarzy się z zapomnianymi torami.
Sławek przestał grzebać w zaspie. Stanął przy Michale i Bartku. Zbyszek nagle spuścił głowę i w końcu zamilkł. Paweł chciał coś jeszcze dodać, ale zrezygnował i wsunął się między Bartka a Sławka. Zapadło milczenie. Bo i co tu było gadać? Szczególnie, że każdego coś podobnego gryzło. Nie na każdego wprawdzie czekała w domu żona, ba, nie na każdego nawet czekał dom. Ale byli jeszcze jacyś bracia, jakieś siostry, matki. Obowiązki lub zobowiązania wobec siebie i innych.
– Nie macie wrażenia, że ostatnio coś nam przeszkadza? Albo, tak jak to było z Bartkiem, pojawia się coś zupełnie nowego, co nas rozprasza i burzy harmonogram… Albo, tak jak dzisiaj, spadnie nagle taki śnieg, że nie można nic zrobić.
– Tak, ja to też zauważyłem – ożywił się Paweł – I wygląda to tak, jakby te przeszkody pojawiały się w dokładnie zaplanowanym przez kogoś momencie, tuż przed rozwiązaniem tajemnicy.
– Jasne – zirytował się zawsze, aż do bólu racjonalny Sławek – Jacyś nieznani Strażnicy budzą się i ingerują z zaświatów. Bo my akurat tutaj, badając starą, nieczynną od 50 lat kolejkę, natrafiliśmy na tajemnice kosmitów albo świata duchów…!
– Co by zrobiła twoja żona, gdybyś nie wrócił kiedyś z takiej podróży w czasie? Dała by sobie radę z dziećmi?
Bartek żachnął się.
– Nie byłoby tak źle. Zajęliby się nią teściowie, może miała by nawet lepiej?
– A co słychać u Szymona? – spytał nagle Paweł – Nie pokazuje się ostatnio.
Szymon, szef grupy, niedawno się ożenił i coraz bardziej niecierpliwe oczekiwał wtedy, bliskich już, narodzin pierwszego dziecka. Wszyscy o tym wiedzieli.
– Chcesz powiedzieć, że tylko on po nas wszystkich zostanie? – to był Zbyszek.
– Szukamy wiaduktu, którego być może w ogóle nie było. Gdzie nie spojrzymy, czy to na spacerze z córką, w drodze do pracy, w wolną niedzielę, przechodząc sto lat w przeszłość, wszędzie znajdujemy bocznice, których nie powinno być… Zaczynam tęsknić do swojej stacyjki pod Chrzypskiem.
– I ty to mówisz?
Sławek, w trakcie swoich historyczno-kolejowych wypraw, natrafił kilka lat temu na uroczą stację kolejową na Pojezierzu Sierakowskim, blisko Puszczy Noteckiej. Od tamtego czasu snuł romantyczną wizję tego, jak ją wyremontuje, zamieszka w niej i urządzi małe muzeum kolejowe i centrum kolei drezynowych.
Rzeczywiście, miałby tam święty spokój i mógłby się bez reszty oddawać swoim pasjom. Póki co, opiekował się nią mimo kłopotów. A na przeszkodzie stał mu brak pieniędzy i niechęć ze strony władz do oddania mu tego małego dworca. Tylko dlatego był jeszcze tutaj i zajmował się wiaduktem.
Ale Sławek prowadził też przecież sprawę Ostrowskiego.
– I ty to mówisz, a sprawa Ostrowskiego?
– Dobra pany, wracajmy już do siebie. Ja miałem mieć w poniedziałek spotkanie w sprawie konferencji prasowej, muszę wracać. Mam kupę roboty w realnym czasie.
– Wrócimy, bez żartów…
Gdzieś z oddali dobiegł głos dzwonka. I taki odgłos, „szuru, szuru”, ślizgania płóz po śniegu.
– Jeszcze do końca nie zwariowaliśmy. I damy radę. Słyszycie, wracają sanie. Stamtąd.
Popatrzyli za wyciągniętą ręką. W ich oczach tliło się oczekiwanie na dobrą zabawę, którą zakończą ten nieudany dzień. Na figiel, żart, który zastąpiłby im mocną puentą wynik poszukiwań, na który liczyli tej zmarnowanej niedzieli, a którego nie osiągnęli, którego zabrakło. Taki, który na nowo natchnął by ich nadzieją, dał wiarę, że warto i że się uda. Może już jutro, może za tydzień… To była nadzieja na wyjście z tej pułapki, na powrót… Wiatr znowu zaczął cichnąć, powietrze stawało się bardziej przejrzyste. Z zanikającej ni to zadymki, ni to mgły, na powrót wyłoniła się, ciemniejsza od otoczenia, kreska wiaduktu. W perspektywie prześwitu między przyczółkami, zamajaczyły sanie. Chyba były to te same, które o niemal rozjechałyby Pawła. Wracały?
– Zobaczcie, wracają sanie. Niech to będzie nasza kapsuła czasu, przy ich pomocy wrócimy do teraźniejszości. Jak tylko wjadą pod wiadukt, my przebiegamy w drugą stronę.
Stanęli tak jak sprinterzy stają w swoich blokach na starcie. Przed nimi czaiła się czeluść prześwitu wiaduktu, do której z drugiej strony, zbliżały się czterokonne sanie.
– Uwaga, teraz!
4.

Sprawa Ostrowskiego przedstawiała się tak.
To było w maju lub w połowie kwietnia. W tamtą słoneczną i ciepłą niedzielę od rana otworzyliśmy stare, szerokie odrzwia dawnego magazynku kolejowego, aby obwieścić całemu miastu, że oto powstało Muzeum Czasów. Wydawało się nam, że niewielkie pomieszczenie, zbudowane w technologii sprzed wieków, z muru pruskiego, stwarza doskonały klimat do podróży ze współczesności w przeszłość. Wprost z nowoczesnego, szeroko rozciągającego się parkingu wielkiego marketu, wchodziło się przez rozsuwane wrota do małej, ciasnej groty zawalonej mechanicznymi kasami i drukarkami do biletów, lampami na naftę, pożółkłymi mapami pisanymi gotykiem. Ze słonecznego przestworza do mrocznej niszy, gdzie pomiędzy stuletnimi szpargałami były tajemnicze schody i maleńkie drzwiczki, których nikt nie otwierał od zakończenia wielkiej wojny. Nawet my sami wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy dokąd one prowadziły…
Muzeum Czasów. W epoce opanowywania przez ludzkość kolejnych ograniczeń, pokonywania kolejnych barier natury, takie podróże w czasie mogłyby pomóc nie popaść w szaleństwo, odnaleźć każdemu samego siebie, własną tożsamość i cel w życiu. Pierwsze Muzeum Czasów na kontynencie…
Gdy już przebrnęliśmy przez wywiady udzielane dziennikarzom i oficjalne rozmowy z politykami, na sam koniec pojawił się staruszek. Część oficjalna była skończona, Włodek wyciągnął więc i rozpalił grilla a Paweł otworzył pierwsze piwa. Zbyszek dokładał węgla i smażył kiełbaski.
Staruszek przyszedł od strony Parku, jakoś tak nagle wynurzył się spomiędzy drzew i – znalazł się tuż przy grillu. Nikt nie pamiętał jak długo tam stał, zauważył go w pewnym momencie Włodek.
– Dzień dobry panu, zapraszamy na wystawę. A może zje pan z nami kiełbaskę…?
Staruszek udawał zmieszanego.
– Nie, dziękuję za kiełbaskę, nie chcę sprawiać kłopotu… A ta wystawa, to o kolei, panie Włodzimierzu?
Nasz siwowłosy nauczyciel siatkówki zamarł na moment. Spojrzał uważnie na staruszka. Włodek uczył w mieście od 40 lat i pół miasta, to byli jego znajomi, byli uczniowie lub ich rodzice. Staruszka jednak z nikim takim nie kojarzył. Gdy wielokrotnie potem analizowaliśmy ten moment, starając się rozwikłać skąd się wziął staruszek i kim był, Włodek zarzekał się, iż na pewno go nie znał. Kilka razy nawet coś mu świtało w głowie, już z kimś go kojarzył, ale ostatecznie zawsze kończył stwierdzeniem, że nie, że jednak to nie może być ów on, ten o którym Włodzio przez chwilę myślał.
Staruszek tymczasem uznał, iż zadość uczynił już obowiązującym konwenansom i przeszedł do konkretów.
– A, skoro panowie tak proszą… To może jedną, taką najmniejszą. Tylko aby dla panów na pewno starczyło…!
Zbyszek wybrał kiełbaskę, podał razem z bułką i tacką. Paweł otworzył piwo. Staruszek i piwem nie pogardził.
Usiadł na ławeczce. Zagryzł, popił i zaczął swoją opowieść:
– Tu była dawniej kolej – wyciągnął przed siebie rękę i pokazał na parking i market. – Pamiętam dokładnie. Pociągi jeździły, do miasta jechało się z wioski. Na targ albo do magistratu co załatwić. Niektórzy to do roboty, do fabryki jeździli, a przedtem do szkoły, na przyuczenie do zawodu.
– Pan też jeździł?
– A jakże, ale do miasta to rzadko. Ja jechałem do swojej dziewczyny, co mieszkała w drugiej wsi, za rzeczką. Pociągiem było bliżej i szybciej niż szosą, co to prowadziła wokół lotniska, aż tam hen, przez taką inną jeszcze wieś… Ale bywało, że i do miasta, po jakiś gościniec dla niej, albo i z nią na zabawę jaką większą, jakie bywały w mieście.
– Do kiedy te pociągi jeździły? Mówi się, że zaraz po wielkiej wojnie tory rozebrali?
– A to ja wiem dokładnie. Z wojska właśnie wracałem i napisałem do brata, ze śniło mi się, jak pociągiem zajeżdżam do naszej wsi. I że, w tym śnie, cieszyłem się, jak patrzyłem z tego pociągu na miasto, a potem na las i te nasze pagórki, że już wracam do domu. I on mi wtedy odpisał, że chyba to był tylko sen, bo właśnie przyjechali kolejarze i zaczęli rozbierać tory i że za miesiąc już żaden pociąg nie pojedzie…
– To w taki razie da się dokładnie ustalić rok – ucieszył się Paweł. – Pamięta pan kiedy był w wojsku?
– A jakże. Ten list mam też gdzieś na strychu.
– To może go razem poszukamy?
Staruszek pokiwał potakująco głową. I wtedy przejął inicjatywę Sławek, w którym zagrała krew kolekcjonera:
– To może ma pan stare bilety? Jakąś szynę na pamiątkę? Zdjęcia z przejazdu pociągiem? Jak wyglądała taka podróż do miasta?
– Do miasta? Najpierw był las. Potem… – staruszek zaczął opisywać znany nam ogólnie przebieg dawnej linii. Najciekawsze i zupełnie zaskakujące było jednak samo zakończenie:
– …i tu gdzie teraz siedzimy, była niby ta stacja. Ale tu nikt nie wysiadał, co najwyżej baby na targ. Wagony jechały dalej. Najpierw był ten, tu, przejazd – pokazał ręką na skrzyżowanie ulic na skraju Parku – potem wiadukt, co to nim droga szła w górze, znowu przejazd, mały taki wiadukt, z drogą pod nim – a potem już prosto do stacji głównej. Ale ludzie wysiadali już przy tym małym wiadukcie, bo tam była fabryka dywanów, a zaraz za nią mleczarnia, skład węgla, rzeźnia… A ludzie do roboty tam jechali, to i tu wysiadali…
– Zaraz, zaraz. Koło fabryki dywanów był wiadukt? – przerwał zaskoczony Paweł.
Wszyscy spojrzeli na Sławka, ale ten pokręcił przecząco głową:
– Ode mnie na ten temat nic się nie dowiecie. W moich notatkach nie ma nic o jeszcze jednym wiadukcie.
– Czekajcie, czekajcie. Coś sobie przypomniałem. Tak, chyba w gazecie czytałem o jakimś człowieku, który zaraz po wojnie był oskarżony o zamiar wysadzenia wiaduktu koło fabryki dywanów… To jest jakiś ślad!
– Jakby był wiadukt, to bym coś słyszał. Choćby od wujka-kolejarza – upierał się Paweł.
– To by była zupełna sensacja – spokojnie ocenił Sławek – ale takie sensacje się nie zdarzają…
– Kiedy ten artykuł się ukazał? – zainteresował się Włodek, mający widocznie jakieś własne przemyślenia.
– Nie pamiętam, chyba nie dalej niż rok temu. Gdzie nasz gość?!
Staruszek korzystając z naszej kłótni zniknął. Zbyszek pokazał na brudną od musztardy i tłuszczu tackę i pustą butelkę i parsknął śmiechem.
– Ulotnił się, ale był. Po wiadukcie nie ma śladów, ale po nim zostały. Zabieram je i trzymam jako bezcenny dowód!
Zdarzenie ze staruszkiem okazało się brzemienne w skutkach. Zbyszek jeszcze tego samego popołudnia, chowając grilla do środka, zauważył świeże ślady tłustego błota i wapna prowadzące do maleńkich drzwi na końcu tajemniczych schodów. Był to jedyny, budzący naszą niechęć, a jednocześnie najbardziej fascynujący zakamarek Muzeum Czasów. Okazało się, że ślady te mogły zostawić buty… staruszka. Błoto i wapno wskazywały na to, że był tu ktoś, kto wyszedł z Parku, w którym właśnie zasilano wapnem tłustą ziemię rabatek.
Michał z Włodkiem postawili sobie za punkt honoru odnaleźć w bibliotece gazetę z artykułem o wyroku za próbę wysadzenia wiaduktu. Przewertowali wszystkie numery do pięciu lat wstecz. Bezskutecznie…
Nie przyniosła też skutku próba odnalezienia staruszka. Tamtej niedzieli wspominał o tym, że mieszkał tuż przy torach, że z okna swojego pokoju oglądał w dzieciństwie przejeżdżające pociągi. W wiosce za lasem dawna stacja była zlokalizowana na skraju lasu, praktycznie w pewnej odległości od właściwej zabudowy wsi. Cztery domy, sąsiadujące z dawnym dworcem tworzyły osobną kolonię.
Przepytaliśmy z Bartkiem wszystkich mieszkańców tych czterech budynków o staruszka, o rodzinę, w której mogli być opisywani przez niego bracia, o miejscowego, który być może ożenił się z dziewczyną z drugiej strony rzeczki. Dostaliśmy tylko na wpół legendarną opowieść o młodzieńcu o nazwisku Werdermensch lub Werdermann, który jechał pociągiem do swojej dziewczyny za rzekę w tym dniu, kiedy zawalił się mostek między wioskami. To była wielka tragedia, zginęło kilka osób. Ów Werdermensch jednak nie był jedną z tych ofiar. Na pewno wsiadł do pociągu, ale jego ciała nie znaleziono na miejscu katastrofy. Nie było go też wśród pasażerów, którzy przeżyli… Najbardziej podobno opłakiwał go brat, z którym łączyła go specjalnie głęboka więź.
Sprawa wiaduktu najbardziej poruszyła Michała i Sławka. Pierwszy z nich nie mógł się pogodzić z porażką, jako archiwista i historyk, drugi – jako znawca kolei, szczególnie jej wyposażenia i infrastruktury. Ale to nie u nich zadzwonił na początku września telefon…
– Dzień dobry, czy to Szymon? Pan jest szefem Klubu?
Nasz kustosz przez dwa dni przypominał bombkę atomową w momencie, gdy rozpoczęła się w jej wnętrzu reakcja jądrowa.
– Wiecie kto to mnie zadzwonił? Pewnie, że nie wiecie. Na najbliższe spotkanie do „Caramby” zaprosiłem gościa o nazwisku Ostrowski. Mój numer dostał od redaktora Tomasza. Wiecie co to znaczy? Nie wiecie…
Co dwa miesiące w pizzerii „Caramba” na osiedlu organizowaliśmy otwarte spotkania z ludźmi, którzy wspominali swoje przeżycia związane z koleją. Ostrowski, to był ów człowiek, skazany za próbę wysadzenia wiaduktu przy fabryce dywanów. Jak twierdził, dowiedział się gdzieś, ze go szukamy w sprawie owego wiaduktu. Poprosił o pomoc redaktora Tomasza, który opublikował niegdyś w gazecie ten wywiad, który czytałem. Wywiad, którego nie sposób było później odnaleźć w bibliotece.
Opowieść Ostrowskiego o czasach groźnych i tragicznych sprawiła duże wrażenie na wszystkich. Niewiele jednak wniosła do sprawy wiaduktu. Okazało się, ze nie miał on żadnego zdjęcia. Miał dokumentację swojej sprawy, którą dostał z Instytutu Pamięci, ale nie było tam fotografii.
Michałowi wydawało się to dziwne.
– Jak to? – pytał wszystkich po kolei – Takie poważne śledztwo i ani jednego zdjęcia obiektu, wokół którego wszystko się toczy? Czy to w ogóle jest możliwe, aby w śledztwie nie sfotografowano głównego dowodu?
I napisał do Instytutu list z prośbą o ustalenie, czy w archiwach jest choćby jedno zdjęcie wiaduktu.
A Sławek umówił się z Ostrowskim, aby przyjść do niego do domu i zrobić fotokopie wszystkich posiadanych przez niego dokumentów. Skoro nie było zdjęć wiaduktu, to chociaż nasze Muzeum wzbogaciło by się o same opisy tej historii.
Wziął adres i po jakimś czasie poszedł.
I tylko Bartek zwrócił uwagę na pewien szczegół:
– Słuchaj, czy ten Ostrowski, kogoś ci nie przypomina?
– Myślisz o tamtej niedzieli? Faktycznie, jakiś podobny…
Bartek pokiwał potakująco głową a na jego twarzy pojawił się charakterystyczny łobuzerski uśmiech.

5.

Przykucnęliśmy przy barierce nowego wiaduktu. Z tyłu było miejsce, gdzie być może przed wiekiem był inny, mały wiadukt a tuż za nim tajemnicza rampa… donikąd? W przedzie, kilka metrów poniżej snuł się sznur kolorowych samochodów.
– …Kiedy upadł ten meteoryt wilkanowski? – chciał wiedzieć dokładny jak zwykle Michał.
– Wiosną 1841 roku…
– To równo 70 lat przed budową linii kolejowej – trzeźwo zauważył Paweł – Po tylu latach szukali by materiału budowlanego wśród gruzu sprzed dwóch pokoleń…?
– Analiza chemiczna wskazała, że jest to krzemian łańcuchowy, czyli piroksen i jakiś inny, podobno zwany oliwinem. Tego drugiego jest znacznie więcej, a całość ma bardzo zasadowy odczyn… – mozolnie wyliczył Bartek. – Coś ci to przypomina?
– Te astrofizyk… – zaczepnie rzucił Paweł, odkładając pustą butelkę po piwie.
– Skład składem, ale te charakterystyczne skupienia kryształków… Pokaż Bartek jeszcze raz to zdjęcie.
Na dużym wydruku z komputera był kawałek wykopany przez Bartka z nasypu, oczyszczony z błota i osadów. Błyszczące drobinki skupiały się kuliście tworząc promieniste linie rozchodzące się po całej bryłce. Przypominało to zarówno gąbkę, jak i mapę rozgwieżdżonego w nocy nieba.
Ekipa nie miała jednak zbyt wiele do powiedzenia w tej sprawie.
– Popatrzcie, takie ułożenie kryształków nazywa się chondrem i jest charakterystyczne dla meteorytów. Takie skały nie powstawały na Ziemi.
Paweł w milczeniu pokiwał głową. Michał z kolei, w charakterystyczny sposób podrapał się w czuprynę.
– Dziewczyna z laboratorium, która wykonała mi badania, powiedziała, że taki sam skład chemiczny mają perytodyty. – Bartek schował zdjęcie i tajemniczo się uśmiechnął. – A perytodyty przekształcając się w serpentynity powodowały przemianę dwutlenku węgla w związki organiczne, które według niektórych teorii dały początek życiu…
– Coś chrzanisz… Nic z tego nie rozumiem – zdegustowany Paweł sięgnął po kolejne piwo, odkapslował, ostro łyknął.
Bartek dalej uśmiechał się. Miał taki łobuzerski uśmiech, z którego wprawdzie nie dało się odczytać czy za chwilę nas za coś objedzie, czy też zaskoczy jakąś sensacją. Jednakowoż był to bardzo intrygujący a i demoniczny uśmiech.
– Ty, popatrz na to… – Sławek dał mocnego kuksańca Michałowi.

Zbyszek wdrapywał się na nasyp od strony nowego wiaduktu. Ruchy miał nieskoordynowane, sapał nadmiernie. Gdy podszedł, uciekał gdzieś z oczami, odwracał twarz. Był podpity.
– Słyszałem, Bartłomieju, że odkryłeś, iż nasyp główny jest pięć tysięcy lat młodszy od nasypu gdzie szła bocznica od wiaduktu… – wyraźnie czepiał się naszego archeologa.
– To nie do końca tak – ten nie dał się sprowokować – Urobek z nasypu sprawia wrażenie kilka tysięcy lat starszego niż urobek z wyszerzenia. Ten ostatni ma zasadowy odczyn, stąd kawałki drewna i kamyki sprawiają wrażenie o wiele młodsze, niż te z urobku obok. Wszystko było by jasne, gdyby nasyp był kwaśny.
– …ale nie jest…? – domyślnie rzucił Paweł.
– U mnie też kicha – wszedł w słowo Sławek – Byłem pod tym adresem, co go podał ten Ostrowski, ale tam go nikt nie zna. Nie ma takiego numeru bloku, pytałem sąsiadów, bo może numer pomyliłem, czy źle zapisałem…
– Zadzwoń.
– Nie ma numeru. Szymon miał go w komórce, ale chyba przez pomyłkę wykasował…
Bartek złapał za ramię Pawła. Pokazał coś ruchem głowy. W dole, ulicą wjeżdżała pod wiadukt czterokonna kolaska.
– To ze stadniny w parafii, tej za campusem – pośpieszył z wyjaśnieniem Michał. – Ale za to wiem, że ta planowana i niedokończona bocznica, była nie tutaj, ale przy starym przejeździe na Krosno. A te szyny, zostawili budowniczowie ścieżki rowerowej.
Zbyszek wyciągnął butelkę czeskiej wódki.
– Wiecie, mam doła. Kto się ze mną napije?
Bartek pokręcił z dezaprobatą głową. Odszedł nieco w bok, kiwnął ręką aby podejść.
– Wiesz co znaczy po niemiecku Werder? Taka wyspa na rzece, po polsku – ostrów. Werdermensch, to człowiek-ostrów, Ostrowski po prostu.
Czyżby pomieszały się nam czasy. Kiedy była katastrofa z udziałem Werdermenscha – po wojnie, czy przed wojną? A może UB zabrało go wtedy prosto z pociągu za sprawą śledztwa? Obaj i Ostrowski i Werdermensch zniknęli przecież nagle i niespodziewanie, nikt o nich nic nie wiedział przez długie lata… Werdermensch to Ostrowski a UB wymyśliło aferę, aby zamknąć Niemca, który tu pozostał…?
– Myślałem o tym wiadukcie i o wyszerzeniu. To wygląda jak śluza czasowa i łoże wyrzutni…
Czeska wódka Zbyszka była jakaś silna. Jakby zamroczyło po niej.
Spod małego, starego wiaduktu wyszła na polną drogę smukła dziewczyna. Długie włosy były jasne, nie blond, ale jakby ze śniegu. Zbyszek wstał, zawołał… Kogo on wołał, Iwona, jego Iwona była niska i włosy miała kasztanowe… Nie żyła już od dwóch lat… Paweł zaczął rozmawiać ze swoją matką, ha, ha, tłumaczył się, że nie przyszedł pomóc w roznoszeniu listów… Ale z kim on gada?
Śnieżnowłosa zaczęła zaplatać warkocz. I szeptać. Co ona szeptała?
– Obserwowałam to co robisz. Możesz pójść ze mną, pokażę ci to czego szukasz.
– Sam nie wiem czego szukam.
– Nie chcesz wiedzieć, jak to było?
– Chcesz mi to pokazać, jak?
– Przecież od dawna tego się domyślasz. My nie pojawiamy się skądś, jesteśmy stąd. Ty żyjesz w Zielonej Górze, a ktoś w Poznaniu. Ty żyjesz w 2012, a ja – nieco później. Wszystkie wymiary oddzielają nas tak samo.
– UFO to MZK za sto lat? Zmienił się model autobusu, ale trasa „ósemki” dalej wiedzie ze Wzgórz Piastowskich na Pomorskie?
– Tak. Ty sam jeszcze nie potrafisz przenieść się do początków, ale my już to potrafimy. Wezmę cię ze sobą.
Bartek rozmawiał z Ministrem o dotacji na nową chatę w skansenie łużyckim w Wicinie.
Sławek właśnie rozjechał drezyną urzędnika sprzedającego nieruchomości PKP.
Śnieżnowłosa zaplotła warkocz.
– Wiadukt to tunel czasoprzestrzenny, a szerszy nasyp – pas startowy?
– Tak. Ja mogę go otworzyć, z mojej strony, wy nie.
– Tam w lesie, nasyp, to też ślad po wizycie wehikułu?
– Wy nie widzicie transformacji, czasem tylko taki ślad, niczym cień…
Michał dał Promotorowi zredagowany przez siebie Rocznik Muzeum Czasów.
Miało być słońce, a znów padał śnieg. Bartek tkwił z nosem w żwirze. Kopał. Obok siebie położył szary, pożyłkowany kamień, oblepiony błotem. Podszedł Zbyszek, wziął kamień do ręki.

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Mieczysław Bonisławski i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s