Gra cieni (1)

Gra cieni to powieść o Indonezji. Viktoria Korb pracowała przez kilka lat w różnych organizacjach ONZ-u. Mimo, że wiele z jej przygód i obserwacji opiera się na doświadczeniach z tego czasu, wszystkie osoby występujące w tekście są wymyślone, a ich podobieństwa do realnych postaci są przypadkowe, lub charakterystyczne dla pewnego typu osób z organizacji międzynarodowych.

Viktoria Korb

Z Berlina do Jakarty

Motto: »Peter’s Perfect People Palliative«

Each of us is a mixture of good qualities and some, perhaps, not so – good qualities. In considering our fellowman we should remember his good qualities and realize that his faults onły prove that he is, after all, a human being. We should refrain from making harsh judgements of a person just because he happens to be a dirty, rotten, no good son-of-a-bitch.
Thomas L. Martin, Jr.: Malice in Blunderland, 1980, s. 36

1. ŻEGNAJ BERLINIE!

– Kiedy odbył się ostatni stosunek płciowy? – zapytał adwokat inkwizytorsko.
– Przed rokiem, skłamałam szybko, by mój niemiecki mąż Werner nie zdążył przyznać się, że zaledwie trzy tygodnie temu.
Wprawdzie przyrzekł, że będzie kooperował, ale miałam wątpliwości, czy dotrzyma słowa.
– Świetnie – pokiwał głową adwokat. – Po roku nie ma problemów z sądem.
Podał nam coś do podpisania, po czym Werner nagle wybiegł z kancelarii ze łzami w oczach.
– Czy on pani unika? – zdziwił się prawnik.
– Nie, wręcz przeciwnie.
Pożegnałam się i wyszłam, sama bliska płaczu, na zachodnio-berlińską ulicę. Koniec wielkiej miłości. Gdy tylko znalazłam się w domu zadzwonił Werner, który już zdążył wziąć się w karby:
– Wybacz, że tak nagle zwiałem. Czy mogę cię zaprosić na wieczór do knajpy?
– Tak mamy zacząć rozwód? Ale niech będzie – mimo wszystko poczułam się wzruszona.

Po dość smętnej kolacji Werner odprowadził mnie do naszego wspólnego dotąd mieszkania i niejako w sposób naturalny tam za mną wszedł. Głupio byłoby się certować, więc wyciągnęłam butelkę wina.
– Późno już – zrobiłam subtelną aluzję po godzinie.
– Zostanę na noc – zdecydował Werner.
– Nie.
– Tak – powtórzył i walnął pięścią w stół dokumentując swoje prawa jeszcze-małżonka.
I znowu dałam się zaskoczyć, zahipnotyzować i uwieść. Nic dziwnego, seks między nami był zawsze fenomenalny, a agresja potrafiła nawet dodać mu namiętności.
Ale czy po to się rozwodzę, żeby zostać kochanką swego byłego męża in spe? Co za szczęście, że jutro wyjeżdżam na drugi koniec świata, w przeciwnym razie dalej byśmy się rozchodzili i schodzili miotani miłością i nienawiścią. Ostatnio nieco zobojętniałam na te powtarzające się od lat podniety i rozwodem chciałam przeciąć ten nasz prywatny węzeł gordyjski . Nie wierzyłam już w żadne „poprawianie się” ani „dopasowywanie się”. Ni jego, ni swoje.

Rano Werner zapytał agresywnie:
– Będziesz do mnie pisać?
– Nie wiem.
– Kocham cię i zawsze będę cię kochał. Nikt nie biedzie cię tak uwielbiał jak ja.

Brzmiało to jak klątwa, a co najgorsze chyba prawdziwa. Niemniej byłam niezłomna po sześcioletniej szarpaninie. Wywołała ją nagła przemiana Wernera, który po ślubie z obyczajowego rewolucjonisty zmienił się w obsesyjnie zazdrosnego tyrana, i to bez żadnego powodu.
Nie zgodziłam się, by odwiózł mnie na lotnisko.
W myślach byłam już w drodze przez Wiedeń do Indonezji, do pracy w agencji ONZ, UN Programme of Industrial Progress, w skrócie UN PIP, do której zarekrutowała mnie kubańska emigrantka Dolores Delgado. W przeciwieństwie do mej ostatniej podróży do Wiednia, kiedy emigrowałam z Polski, był to triumfalny powrót na białym koniu.

Teraz czułam się jak na rauszu, co odbiło się także w zawadiackim wyrazie twarzy w mym oenzetowskim paszporcie, zwanym Laissez-Passer.
Wreszcie niebiańska nomenklatura była dla mnie łaskawa! Spojrzałam w lustro. Czy zmieniłam się radykalnie? Nie całkiem – włosy nadal półdługie i blond, oczy nadal zielone, cera różowawa, nos spory z garbkiem. Wciąż dość drobna. I ciągle jeszcze młodziutka. Ale stop – pewna zmiana była – jakbym podrosła! A co najmniej trzymałam się prościej.

2. ODLOT

Tego szarego, listopadowego poranka opuściłam mój dom wraz z siostrą i Kocicą, która zdołała w ostatniej chwili wyszabrować ode mnie radio z magnetofonem.
Kocica, starszawy polski gej, zadający się głównie z wygłodniałym seksualnie tureckimi i arabskimi ”Gastarbeiterami”, miała bowiem za cel życiowy unikanie wszelkiej harówy. Poza okazyjnymi pracami żyła więc ze świadczeń socjalnych i datków znajomych. W krytycznych momentach ratowała się gotowaniem pożywnych zupek, które przedłużała w nieskończoność wodą, sycąc nimi także swych wygłodniałych kochanków.
W tym towarzystwie udałam się do autobusu na lotnisko Schönefeld we Wschodnim Berlinie. Byłam przyzwyczajona do przekraczania granicy niemiecko-niemieckiej. Niemniej nadal odczuwałam egzotyczny dreszcz, gdy musiałam poddać się kontroli mężczyzn w szarych mundurach i czapkach wehrmachtowskiego kroju, którzy w otoczeniu zapór antyczołgowych i drutu kolczastego prowadzili na linach wilczury
I zawsze to samo, stereotypowe pytanie:
– Czy ma pani broń, amunicje, krótkofalówkę?
– Nie, a są mi potrzebne? Jest tu tak niebezpiecznie?
Urzędnik wykrzywił się.
Na lotnisku podeszłam dziarsko do kontroli z moim niemieckim paszportem. Wtedy moja biżuteria zaczęła podzwaniać w torebce i przerażona, że zaczną mnie przeszukiwać i przegapię samolot, rzuciłam na stół Laissez-Passer. Choć jeszcze słabo stałam na dyplomatycznych nogach, zaryzykowałam uwagę: – Nie macie prawa mnie kontrolować jako dyplomatki ONZ.
Zirytowany celnik zapytał, dlaczego go nie pokazałam od razu, a ja poznałam magiczne działanie tego dokumentu.
Po locie w roztrzęsionym samolocie Interflugu pojechałam do hotelu, zamówionego dla mnie i mych kolegów przez ONZ. Po tygodniowym treningu mieliśmy udać się do różnych krajów Trzeciego Świata.
W zapyziałym hotelu w zramolałym Wiedniu nie zanosiło się na podniecający wieczór.
Za to przy śniadaniu obserwowało mnie z widocznym zainteresowaniem dwóch młodych mężczyzn.
Jeden z nich zapytał po angielsku: – Też z Programme of Industrial Progress, PIP?
– Skąd wiecie? – zdumiałam się.
– Hm, widocznie zamieniamy się już w znany typ międzynarodowego urzędnika, rozpoznawalnego na pierwszy rzut oka dookoła świata. Ja mam na imię Arne, a to mój kolega Paul. Jesteśmy Holendrami. A ty? Skąd jesteś i dokąd idziesz?
– Jestem z Niemiec, ale pochodzę z Polski i jadę do Indonezji.
– Jakże ci zazdroszczę – jęknął z zachwytu przeraźliwie brzydki Arne. – Musisz koniecznie pójść do hotelu Sahid Jaya i posłuchać muzyki na gamelanie jak ja to robiłem w czasie wakacji. Dlaczego mnie tam nie wyślą? – zakończył dramatycznie.
– Nie wiem – odparłam zgodnie z prawdą. – Może dlatego, że jesteś Holendrem, a więc byłym kolonialistą. A dokąd cię wysyłają? – Na Filipiny.
– A ciebie? – zapytałam przystojnego Paula.
– Republika Dominikańska.
– Dokładnie przeciwległy kąt świata od nas – pokiwał głowa Arne i zaproponował naszej grupie, która w międzyczasie rozmnożyła się do pełnej dziewiątki, by łapać taksówkę do ONZ.
Powiewając dumnie naszymi Laissez-Passer w stronę ochroniarzy wkroczyliśmy do wiedeńskiego sanktuarium ONZ i … stanęliśmy bezradni wobec tego szklanego kolosa.
Dokąd iść i co to w ogóle jest? Piętro „minus trzy”, parkingi, bezcłowy supermarket, kioski, banki, kina, restauracje, kawiarnie, bary, służba medyczna, serwis fotograficzny, poczta zwykła, dyplomatyczna i pneumatyczna. Thomas Cook, biblioteki, archiwa, błyskawiczne, dzwoniące windy, służba bezpieczeństwa – głównie ogromni Murzyni w operetkowych niebieskich mundurach pełnych złoceń. Wózki z kawą jeżdżące po kilometrowych korytarzach, biegający nerwowo ludzie z aluminiowymi walizkami.
Szybkie zapytania: – Jak leci? oraz powszechna odpowiedź: – Przeżywam.
Wycieczki dziatek szkolnych. Młodzieniec w szortach biega na przełaj po korytarzach w imię jakiegoś dobroczynnego celu, jak głosi napis na jego koszulce.
– Tu trzeba by jeździć na hulajnodze! – wykrzykuje Paul.
Faktycznie mija nas dziwny pojazd, niestety najwyraźniej zastrzeżony dla załogi technicznej. „Prywatne spotkanie Interpolu z Komisją ONZ do spraw narkotyków”, głosi napis na następnych drzwiach.
– Jak to prywatne? Czy każdy może się tu zagnieździć? – pytam Dolores.
– Prywatne, to znaczy bez publiczności i protokołu – tłumaczy. – Ściśle tajne.
Widzimy, że dostaliśmy się do jakiegoś niecodziennego, autarkicznego świata, który niewiele ma wspólnego z naszym dotychczasowym życiem i tym, co dzieje się poza jego szklanymi ścianami.
Szybko odkrywamy, że gubienie się jest specjalnością ONZ w skali światowej. Gubią się pracownicy, eksperci, misje, stypendyści, wizyty państwowe, poczta, teleksy, listy, adresy, walizki, samochody i mózgi. A odszukiwanie się dookoła globu jest jednym z bardziej absorbujących zajęć personelu.

Poznałam wreszcie moje dwie koleżanki, wysportowaną Szwajcarkę Christine i Helgę z Niemiec. Ta proporcja, trzy kobiety, wobec sześciu mężczyzn, wywołuje nawet u nich krytyczne komentarze.
Dolores broni się, że, jesteśmy pionierkami, po których przyjdą następne.
Ja usiłuję powstrzymać się od komentarzy, na szczęście wychowałam się w Polsce, gdzie emancypacja kobiet była nieporównywalna z Zachodem. Po wylądowaniu w Zachodniej Europie przeżyłam wręcz szok, wobec niemieckiego traktowania kobiet, szczególnie słynnego 3K – czyli “Kinder, Küche, Kirche”, czyli Dzieci, Kuchnia i Kościół. Gdy szukałam pierwszej pracy w Kolonii, przydzielono mnie do działu kobiet, bo Urząd Pracy był podzielony na męski i kobiecy, i zaproponowano mi kurs pisania na maszynie… Na szczęście kierowniczka działu była na tyle przytomna, że skierowała mnie do działu mężczyzn. Tak więc zostałam facetem i kierownik działu, pochodzący ze Śląska, szybko znalazł mi pracę.
Helga tez mało nadaje się na pionierkę. Ma pełno sztucznych kwiatów w cherlawych włoskach, a ich pielęgnacja zajmuje jej cały wolny czas, który reszta z nas spędza na intensywnych rozmowach. Nasze tempo życia przyspiesza się kilkakrotnie.
Pytam Christine: – Czy loki są warte wyłączenia się z tak przedniej grupy?
– A skąd! Do tego przez te ciągłe ondulacje ona nigdy nie wie, co się dzieje i gdzie. To jest taka baba… taka baba… – dławiła się ze złości.
– No jaka baba? – zapytałam zniecierpliwiona .
– Taka … baba bez jaj – wykrztusiła wreszcie Christine.
– Baba bez jaj, to rzeczywiście ohyda – zgodziłam się. – A teraz chodźmy na ceremonię przedstawiania nas ambasadorom akredytowanym przy ONZ.

Ambasadorowie podkreślili zgodnie ogromne nadzieje, jakie ONZ pokłada w młodych APO – Associate Program Officer, czyli w nas. Dostaliśmy umowy na rok, które z pewnością będą przedłużone o następny – przysięgała Dolores. Helga miała szczególnie dużo kwiatków na głowie.
Po ceremonii Dolores zabrała nas na wino i uświadomiła, że „istotą naszej pracy jest bycie jak bogini o stu rękach.”
W hotelu, już zżyci i w szampańskich humorach, poszliśmy na następne drinki do pokoju Arne. Śmieliśmy się tak głośno, że portier zagroził wyrzuceniem nas na bruk. Gdy koło trzeciej nad ranem rozchodziliśmy się, Paul poszedł w ślad za mną, po czym wciągnął mnie do swego pokoju i łoża. Chętnie na to pozwoliłam. Spędziliśmy upojny poranek na zakończenie euforycznej nocy.
Po przebudzeniu powiedział: – Na pewno nie jesteś taka słodka, na jaką wyglądasz.
– Nie – przyznałam się.
– To dobrze, bo ja zawsze bałem się zaangażować – spojrzał na mnie badawczo.
Milczałam. Co mnie obchodzą jego strachy, skoro za kilka dni jedziemy w dwa różne końce świata? Zresztą od czasu mego małżeństwa z obsesyjnie zazdrosnym Wernerem, najlepiej czułam się właśnie z kochankami, którzy nazajutrz wyjeżdżali na przykład do Nowej Zelandii.

Biegaliśmy całymi dniami po siedzibie UN PIP, która jako młoda podorganizacja, była szczególnie dynamiczna.
W biegu rozmawiałam też po polsku z Włochem Florianem Kowalskim, który nadzorował przygotowanie indonezyjskiego projektu „Reforma przedsiębiorstw”. Nie odważyłam się go zapytać, jakim cudem został Włochem. Prawdopodobnie „znalazł się” tam w czasie wojny. Polskie losy – pomyślałam. Dał mi polskim sposobem otwartą kopertę z poufnym listem do mego przyszłego szefa w Jakarcie. Wiedziałam, rzecz jasna, że wypadało list zakleić na jego oczach, ale tego nie zrobiłam. Wytrzymałam z zimną krwią jego świdrujące spojrzenie i przeczytałam pismo już na korytarzu. Kowalski opisywał tam porażkę starego teamu i przyrzekał, że tym razem wyśle do Indonezji „naprawdę dobrego eksperta”.
Z powrotem do maratonu – teraz szczepiono nas na wszystkie możliwe i niemożliwe choroby. Odmówiłam zaszczepienia się na żółtę febrę, wiedząc, że dostaje się jej tylko od bawienia się z małpami. Nie miałam zamiaru bawić się z małpami. Skąd miałam wiedzieć, że one zamierzały bawić się z mną?
Za to zażądałam od lekarza przepisania mi pigułki antykoncepcyjnej: – ONZ chyba nie chce, żeby przez nią zaszła w ciążę?
– W żadnym wypadku nie mogę na to pozwolić – parsknął śmiechem pan doktor i wypisał mi receptę.

Dolores prowadziła zajęcia razem z Argentyńczykiem Raulem oraz Urugwajczykiem Carlosem, niechybnie jej kochankiem, jak jednogłośnie orzekli moi koledzy. Niemniej elegancki Francuz Alan mocno podejrzewał Dolores także o apetyt na Helgę.
Z kolei sama Helga najwyraźniej zagięła parol na Carlosa. Alan twierdził, że „przypadkiem przeczytał” w osobistych notatkach Dolores z wywiadów z nami, które leżały na stole, takie uwagi, jak „sexy”, „męski uścisk dłoni”. Wolałam nie zdradzać kolegom iż, mimo że nie wiem, jak wypadł mój uścisk dłoni, byłam jedyną osobą, której Dolores pozwoliła wybrać kraj docelowy. Wprawdzie nie wyszło to całkiem tak jak chciałam, bo wolałabym Indie, ale prawie… A moją teoretyczną gotowością wyjazdu do Jemenu, zaimponowałam nawet tej doświadczonej emancypantce. Nie żebym pchała się gdzieś, gdzie kobiecie jest naprawdę ciężko, ale pojęłam już dawno po praktyce na Cyprze i rozmowach z doświadczonymi ludźmi, że im bardziej kraj „rozwinięty”, tym nudniejszy.
Byłam więc wdzięczna Dolores, że zatrudniła mnie w ONZ i umożliwiła ucieczkę ze znienawidzonego między innymi przez moje nieudane małżeństwo Berlina.
Dolores była przekonana, że świetnie sobie poradzę. Podczas gdy potencjalnych niemieckich pracodawców odstraszał mój nieortodoksyjny życiorys, w Trzecim Świecie tym bardziej potrafię zabłysnąć – twierdziła. Natomiast ukochani w Europie drobnomieszczanie, nie mieli tam jej zdaniem najmniejszych szans!
Tkliwie wspomniałam więc Niemiecki Instytut Polityki Rozwojowej, który też doceniał takie zalety i przyjął licznych kursantów wyciągniętych z wieloosobowych materaców w komunach Kreuzberga. Próbowałam odgadnąć przyczyny uprzywilejowanego potraktowania mnie przez Instytut, a potem przez Dolores. Oczywiście! byłam przecież dla nich gratką – puknęłam się w głowę z nagła olśniona. Umożliwiłam im bowiem postęp w wypełnianiu niemieckiej kwoty zatrudnienia w ONZ, nie obarczając go przy tym następnym urzędnikiem z „brakiem umiejętności społecznej komunikacji”. Ten „lack of social communication skills” u Niemców, znany gdzie indziej po prostu jako „niemiecka buta”, był szeroko omawiany w publikacjach oenzetowskich i niemieckich jako powód notorycznego nie wypełniania ich kwoty narodowościowej.

Dolores zakomunikowała nam zjadliwie, że ambasada Niemiec chce wziąć udział w naszym szkoleniu i zaprasza niemieckich uczestników na następny dzień, zmuszając ją do zwolnienia nas z zajęć.
Chcąc nie chcąc musieliśmy na to przystać. Towarzyszył nam Herr Kraut, akredytowany przy UN PIP. Ambasador Hoffmann, którego przemówienia według Dolores znane były w Wiedniu jako „Opowieści Hoffmanna”, zrzucił jakieś akta na podłogę, byśmy mogli usiąść przy stole.
Herr Kraut usiłował je usłużnie podnieść, na co ambasador zaprotestował: – Ależ proszę je zostawić, ja lubię pracować na podłodze.
Ambasador był faktycznie rozmowny i dawał nam dobre rady jak przeżyć w tropikach. W szczególności radził nam zabrać odpowiedni zapas bielizny wysokiej jakości.
Gdy ambasador skończył z naszymi majtkami, Herr Kraut zaprosił nas na obiad do jednej z restauracji w VIC, zwanej ”Blue Danube”. Przyzwyczajeni byliśmy już do tej dziwacznej, angielskiej nazwy modrego Dunaju. Herr Kraut zwracał się przy obiedzie szczególnie do „obu dam” ale na szczęście wdzięki Helgi przeważyły i odwlekły jego uwagę od Frau Korb. Odetchnęłam z ulgą, gdy obiad się skończył. Za kilka dni będzie koniec z niemiecką „przytulnością”.

Po sześciu dniach i nocach w euforii ledwie zipaliśmy, a jeszcze czekał nas wieczór pożegnalny w Heurige, pijalni wina. Czuliśmy się już częścią ONZ, zniknął dystans wobec starszych kolegów. Helga już zupełnie bezwstydnie flirtowała z Carlosem. Dolores pieszczotliwie pogłaskała mnie po obnażonym karku, zanim wygłosiła mowę pożegnalną:
– Uważajcie. Jak już raz dostaniecie tej choroby ONZ-owskiej, nie potraficie się już od niej uwolnić. Ale ONZ też będzie waszą Alma Mater, która was nie porzuci.
Zamyśliliśmy się. Zabrzmiało to jak przyjęcie do tajnego sprzysiężenia, loży masońskiej czy innego braterstwa.
Nagle rozległ się trzeźwy głos Ame:
– Ale ja nie chcę żadnej Alma Mater. Mam własną matkę i zupełnie mi to wystarczy. Nie chcę zresztą z powrotem do brzucha.
Ja natomiast słuchałam Dolores w upojeniu, mając nadzieję, że to prawda i że odnajdę w ONZ-cie ponadnarodową ojczyznę, zamiast tej, która została mi brutalnie odebrana przed laty. Poczułam też ogromną sympatię do Indonezji, która miała zostać „moim krajem” i z którą miałam się zindentytikować przez dekret, choć jeszcze niedawno nie byłam pewna, na jakim kontynencie leży.

3. BANGKOK
Postanowiliśmy z Arne lecieć razem do Bangkoku, potem nasze drogi mały się rozejść. Gdy wysiedliśmy z zatłoczonego australijskiego samolotu, pełnego modlących się nieprzerwanie greckich babć, skarżyłam się, że nie wyłączono jeszcze jego motorów: – Nadal buchają żarem!
– Obawiam się – roześmiał się Ame – że to jest normalna temperatura, w której spędzisz następne dwa lata!
Po przejściu bez kolejki i kontroli dyplomatyczną ścieżką pojechaliśmy klimatyzowaną limuzyną do pobliskiego hotelu „Złoty Smok”. Siedzenia w toaletach były wysterylizowane i zapieczętowane. Nic dziwnego. Poszliśmy na suto zakrapianą kolację, ale wykończeni jetlagiem szybko wróciliśmy do swych pokoi.
Rozbierając się uświadomiłam sobie, że rozstaję się z jedyną znaną mi w tej części świata osobą. W ataku paniki dumałam co zrobić, żeby ten moment odsunąć, czyli nie spędzić tej nocy samej. Nie ma rady, stwierdziłam. Jedynym rozwiązaniem jest uwiedzenie Arne, który zresztą nieco mnie podrywał.
Konsekwentnie wyszłam więc na korytarz i zastukałam do jego drzwi.
– Co się stało? – zapytał wyrwany ze snu i poirytowany.
Najwyraźniej nie pojął mych intencji, bo i skąd, a na flirt nie było już czasu. Gorączkowo zastanawiałam się, jak się wytłumaczyć. Przeklinałam przy tym swoje polskie wychowanie, nastawione na obronę przed jurnymi samcami, a nie na robienie im awansów wymaganych w Zachodniej Europie. Bąkając, że chciałam sprawdzić, czy mój zegarek prawidłowo chodzi, wycofałam się rakiem.
Dopiero następnego ranka, zdałam sobie sprawę gdzie się znalazłam – Orient!
W samolocie siedziałam obok młodego Indonezyjczyka, podniecona pierwszym kontaktem z tubylcem starałam się być szczególnie miła i taktowna, by uszanować jego kulturę, przede wszystkim słynną „azjatycką rezerwę”. Okazało się to o dziwo zupełnie zbędne – tubylec był nad wyraz rozmowny i szybko wystąpił z agresywną krytyką swego rządu.
Zbliżając się do Jakarty, niegdyś legendarnej Batavii, lecieliśmy bardzo nisko i rzuciły mi się w oczy czerwone dachy małych domków. Ach, przecież Arne opowiadał, że gdy Indonezja była holenderską kolonią, wszystkie budynki musiały być pokryte taką dachówką, sprowadzaną z Holandii.
Lotnisko, na którym brawurowo wylądowało nasze Jumbo, otoczone było przez pola ryżowe. Gdy wysiadłam z samolotu brudna, przegrzana i spocona zastanawiałam się, kto mnie odbierze i jaki okaże się mój szef, Fakir Hak. Był Pakistańczykiem, jak wyjawił mi Raul i dodał, że ma miłą osobowość, „którą sobie starannie wypracował”. Niemniej spod niej musiała przebijać chyba dalej ta prawdziwa, mniej przyjemna. Dolores zaznaczyła bowiem kilkakrotnie, bym pisała do niej „osobiste i poufne” listy, gdybym miała z nim problemy.

W hali lotniska ujrzałam tablicę z napisem „zawiadomienia ONZ”, spod której wyłonił się uśmiechnięty, niski Indonezyjczyk:
– Madame Korb?
Skinęłam głowa i rozejrzałam się wokół. Prawie wszyscy na lotnisku byli równie drobni, jak mój rozmówca. Dotąd raczej mała, zostałam nagle niemal olbrzymką jak Guliwer w kraju Liliputów.
Człowieczek błyskawicznie przeciągnął mnie przez kontrolę paszportową i zdrowotną, podczas gdy inni pasażerowie pocili się w kolejkach, bliscy omdlenia. Potem dobiło do nas jeszcze dwóch tubylców, którzy eskortowali mnie do służbowej limuzyny, wręczając mi po drodze list mego nowego przełożonego:

„Droga Glorio, jakąż ulgą jest powitanie Pani w Indonezji po nie kończących się mękach oczekiwania! Mam nadzieję, że Pani pobyt tutaj będzie równie przyjemny co pożyteczny.
Niestety nie mogę przyjechać po Panią na lotnisko, ponieważ jak zwykle w weekend poświęcam się modłom. Jutro o ósmej rano przyjedzie po panią szofer, aby zawieźć ją do biura. Wtedy nareszcie poznamy się osobiście. Szczerze oddany
Fakir Hak”

ciąg dalszy za tydzień

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Viktoria Korb i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s