Na Syberii wilki uczą człowieczeństwa

Roman Brodowski

Podróż do piekła. Na placu przed dworcem

Nagle, niespodziewanie od strony torów kolejowych dobiegł do nich dziwny hałas, przypominający nieco dźwięk turlających się po bruku drewnianych beczek. To żołnierze rozsuwali na oścież drzwi czekających tam wagonów. Do każdego z nich przystawiono zbite z desek podesty w kształcie równi pochyłej, po których najpierw pojedynczo wchodzili wojskowi, by sprawdzić ich ponure wnętrza. Lidzia, tak jak i inni, mimowolnie odwróciła głowę w tamtym kierunku. Widok otwartego wagonu, po którego ciemnobrązowych ścianach tańczyły snopy światła zapalonych latarek, oraz przesuwające się po ich wnętrzu cienie ludzkich sylwetek, nie wiadomo czemu, ale przypominiał jej niedawno omawianą na lekcjii religii, biblijną przypowieść o Jonaszu, którego połknął wielki wieloryb. Wówczas nie całkiem rozumiała jej znaczenie. Nie mogła pojąć, dlaczego Bóg posłał swojego sługę do Niniwy, miasta, w którym oprócz pogan nie było nikogo. Nie rozumiała też postawy samego proroka, człowieka zananego z bezgranicznie silnej wielkiej wiary, który nie wykonał polecenia i zamiast do wskazanego przez swojego Pana, miejsca, skierował swoje kroki do Tarszyszu. – Teraz już wie, na czym polegał błąd pobożnego sługi: pozwolił by strach, przed obcym, wrogim dla Izraelitów narodem, owładnął nim na tyle, że zatracił bezgraniczną dotychczas ufność w moc swojego niebiańskiego ojca.

– Za chwilę i my znajdziemy się we wnętrzu naszej wielkiej „Ryby” – pomyślała. – Boże, dodaj mi sił, spraw, by moja wiara w Ciebie pozwoliła mi i moim najbliższym przetrwać to, co nas czeka. Pomóż bym nigdy nie zwątpiła w Twoją miłość. Pokieruj tak, bym tam, dokąd mnie wysyłasz, wypełniała tylko Twoją wolę – modliła się swoim dziewczęcym bogactwen myśli.

Zakończyła konwersację z Najwyższym, wypowiadając sakramentalne Amen, i spojrzała na Anię. – Ciekawa jestem – zapytała ją – czy w pierwszej klasie tego pociągu, będą łóżka do spania, prysznic i świeża, pachnąca kołderka? Chociaż, szczerze mówiąc, chce mi się tak bardzo spać, że nawet bez wygód, na zwykej drewnianej ławce mogła bym zasnąć, byleby tylko się do kogoś przytulić. – I ja marzę, o tym samym. moja droga przyjaciółko. Zamknąć oczy i śnić o wiosennych, ukwieconych łąkach – odpowiedziała Ania, wysilając się na odrobinę szczerego uśmiechu.

Kiedy ostatni żołnierz zakończył kontrolę i opuścił wagon, nastąpiło coś czego nikt się nie spodziewał. Pod budynek dworca podjechały trzy wielkie,wojskowe samochody, z których wyskoczyło kilkudziesięciu uzbrojonych w karabiny odzianych po cywilnemu, mężczyzn. Okrążyli plac i stojących na nim ludzi. Czekali na czyjeś rozkazy.

W pierwszej chwili w sercach wysiedleńców pojawiła się nadzieja. Byli przekonani, że to partyzanci z pobliskich lasów rozpoczęli akcję, w celu ich uwolnienia. Zdezorientowani, rzucali się sobie w ramiona, dziękowali za ocalenie, płakali. Niestety radość ich była przedwczesna, a nadzieje bardzo szybko okazały się płonne. To nie byli partyzanci, a ochotniczy odział lokalnych komunistów, współpracujących z okupantem, złożony z Ukraińców mieszkających na terenie powiatu włodzimierskiego. Do nich miała należeć ochrona terenu przed ewentualnymi próbami ucieczek wśród przeznaczonych do transportu Polaków.

– Ja ich znam – krzyknął ktoś z tłumu, wskazując palcem na stojących z wycelowaną w nich bronią, cywili. – Jeden z nich, ten wysoki brunet oparty o drzewo, w pilotce na głowie, to szczególny oprawca. Mieszka z rodziną niedaleko mojej wsi – kontynuował – Powiadają, że jesienią wydał Sowietom swojego sąsiada, który powrócił po wrześniowej demobilizacji do domu. Ponoć sam uczestniczył w wymordowaniu całej jego rodziny. Okazało się, że i inni rozpoznawali wśród stojących osoby, które lepiej lub gorzej znali. Im więcej słychać było opowieści, tym większy był strach przekształcający się w panikę. Matki zaczęły osłaniać dzieci przed ewentualną strzelaniną, przytulając je mocno do siebie. Ludzie krzyczęli, przeklinając swój los, chwytali się za ręce, w geście pożegnania. Niektórzy próbowali głośno błagać o litość.

Rosjanie widząc, co się dzieje, nie mogąc okiełzać narastającej fali niepokoju, wystrzelili kilka serii ostrzegawczych z karabinów maszynowych. Kiedy ucichły, wszyscy usłyszeli prawie-że krzyczącego do nich tłumacza. Zapewniał, że nikomu, nic się nie stanie, a ci którzy ich okrążyli, nie przyjechali po to, by dokonać egzekucji, tylko po to, by godnie pożegnać odjeżdżających na „polarną wycieczkę” przyjaciół. W jego głosie było tyle cynizmu i pogardy, że być może w innej sytuacji niejeden słuchający najchętniej by go za te słowa zabił. Ale nie teraz. W chwili, gdy wielu skazańców przekonanych było o tym, że za chwilę dokona się koniec ich żywota, słowa te były błogosławieństwem, uciszeniem i balsamem. Na wielu zmęczonych, zmarzniętych policzkach, ledwie trzymających się na nogach kobiet, mężczyzn i dzieci pojawiły się łzy. Jak na ironię, tym razem nie były to łzy bólu, a łzy ulgi. Bo jak inaczej nazwać łzy, które pojawiają się w momencie, gdy dowiadujesz się, że twój czas nie nadszedł, że masz jeszcze przed sobą tak zwaną przyszłość.

Słońce niemrawo przebijało się przez poranny horyzont. Wrony, niby teatralna publiczność, rozsiadły się na drzewach rosnących wokół dworcowego placu. Kracząc przeraźliwie, oberwały, co się dzieje.

Rozpoczął się końcowy akt preludium do dzieła, jakim jest jednoaktowy dramat pod tytułem „Zsyłka na Sybir”. Wywoływani w alfabetycznej kolejności skazańcy podchodzili do stołu „komandira” i po oddaniu dokumentów tożsamości podpisywali listę, po czym w asyście żołnierzy udawali się po przydział żywnościowy na dwa dni: 900 gramów razowca oraz coś podobnego do margaryny, co jednak śmierdziało naftą. Woda do picia znajdowała się w beczkach stojących w wagonach. Potem ci sami żołnierze odprowadzali deportowanych do wagonów.

Lidzia kurczowo trzymała Antka za rękę i oparta o matkę czekała na ich kolej. – Bigocki! czetery czeławieka! Wychadit! – usłyszała donośny głos wywołującego. Ania, jakby szukając pomocy, spojrzała na Lidzię. Uśmiechnęła się przez łzy. – Będę na Ciebie czekała. Policzyłam Lideczko. Jesteśmy dopiero drugą rodziną w tym wagonie, do którego nas prowadzą. Będę czekała. Będziemy razem, nie bój się – powiedziała, dodając sobie otuchy, po czym rodzina Ani ruszyła w kierunku przeznaczenia. Lidzia długo nie mogła wydobyć z siebie słowa, w końcu krzyknęła do znikającej za plecami Ani. – Nie boję się siostrzyczko, nie boję się, czekaj!

Ciąg dalszy za miesiąc

 

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Roman Brodowski i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s