Tajemnica cmentarza w Radomsku

Tomasz Fetzki

Bejt-olam, czyli dom wieczności, czyli cmentarz żydowski, popularnie zwany kirkutem. Jest ich w Polsce około tysiąca: starszych i młodszych, rozmaitej wielkości, w różnym stopniu zachowanych. Każdy godzien odkrycia, toteż Viator odwiedził ich już wiele. Ale bejt-olam w Radomsku jest pośród nich, z pewnych względów, wyjątkowy. Zastanawiał się Wędrowiec, czy do publicznej wiadomości podawać to, co tam odkrył, a co intymności dotyka. Ale skoro ktoś sam umieścił to na widoku… Miał zapewne intencję, aby rzecz była szerzej poznana.

Radomszczański cmentarz warto odwiedzić nie tylko ze względu na tajemnicę, jaką skrywa, a którą za chwilę Viator przedstawi. Można w nim bowiem czytać jak w książce dzieje polskich Żydów. Oto, przemieszczając się z jego starszej, zachodniej części, na wschód, obserwujemy, jak zmieniał się kształt macew oraz ich okazałość, jak przekształcały się artystyczne motywy sepulkralne, jak miejsce świętego, liturgicznego języka hebrajskiego zajmował jidysz: mame-loszn, język matczyny; by w końcu zauważyć coraz częstsze inskrypcje wykute po polsku – dowód postępującej asymilacji.

Starsza, dziewiętnastowieczna część cmentarza. Napisy na płytach nagrobnych kute w czcigodnym języku hebrajskim.

Młodsze, dwudziestowieczne kwatery. Inskrypcje na macewach już zazwyczaj w codziennym, świeckim jidysz, a czasem nawet po polsku.

W najnowszej części nekropolii polskojęzyczne nagrobki wręcz przeważają. Kontrastując ostro z napisem hebrajskim, umieszczonym nad wejściem do ohelu kryjącego groby rodu Rabinowiczów, dynastii radomszczańskich cadyków.

Inskrypcja na grobowcu głosi: Baal Tiferet Szlomo zecher cadik liwrocha, czyli Błogiej pamięci bogobojny, dzierżący imię Tiferet Szlomo (podziękowania dla Pani Borzymińskiej!) – to Salomon Rabinowicz, założyciel dynastii.
A nagrobki na pierwszym planie, jak wspomniano, opatrzone polskimi napisami.

Wejdźmy na chwilę do tego ohelu. Jako się rzekło, wiele kirkutów odwiedził Viator, ale takich macew, jakie odkrył w radomszczańskim grobowcu, nie widział dotąd nigdzie. Zawsze sądził, że żydowskie płyty nagrobne są jednobarwne, koloru skały, z której je wyciosano.

Nagrobki rodu Rabinowiczów. Nie tylko, że polichromowane, ale jak jaskrawo!

Właściwie wnętrze sanktuarium, kolorowe macewy, stosy karteczek z prośbami do świętych mężów, to temat na osobną gawędę. Ale nie dlatego opowiada Viator o swej wizycie w Radomsku. Nie przede wszystkim dlatego. Po cóż więc?

Opuśćmy grobowiec i przyjrzyjmy się jeszcze raz polskojęzycznym nagrobkom stojącym w jego sąsiedztwie. A zwłaszcza jednemu z nich. Właściwie nie macewa to, ale epitafium.

Ś. P. PAULA NEST
ZMARŁA DN 20 KWIETNIA 1986 R.
WYBACZ MI ŻE NIE DOTRZYMAŁEM
SŁOWA I TO MNIE BARDZO NIEPOKOI
CIEBIE TUTAJ NIE MA TY LEŻYSZ
W OBCEJ ZIEMI. MYŚLAMI NIE STOJĘ
NA MIEJSCU BO WE MNIE BIJĄ FALE
I CORAZ TO NOWE OBRAZY.
KAŻDY OTWIERA MNIE GŁEBIEJ
KAŻDY ODCHODZĄC OBMYWA MNIE
I WYDZIERA COŚ Z SERCA
SPLATAM DŁONIE BŁAGALNIE.
JAKŻE MOCNO KOCHAŁEM CIEBIE
TĄ, KTÓRĄ TERAZ W KAŻDEJ CHWILI
UWIELBIAM TAK JAK KIEDYŚ.
ZAWSZE JESTEM Z TOBĄ
I POZOSTAJĘ W GŁĘBOKIM ŻALU.
KOCHANEJ POLI
MOJEJ NAJDROŻSZEJ ŻONIE
NATHAN – JAN NEST

Co, oprócz świadectwa wielkiej, pięknej miłości, kryje poetycka inskrypcja? Jaką tajemnicę? Viator nie byłby sobą, gdyby bodaj nie spróbował jej rozwikłać. Nawiązał już jeden znaczący kontakt, być może uda się dzięki niemu rozświetlić mroki radomszczańskiego sekretu; jeżeli tak się stanie, Wędrowiec poinformuje o tym Czytelników. Na razie szuka po omacku… no, może nie całkiem. Wpadł bowiem na pewien trop, przekopując zasoby Wielkiej Sieci.

Jakie słowo dał swej żonie Natan Nest? Czy nie chodziło przypadkiem o odzyskanie kogoś, kogo oboje zagubili w dniach Apokalipsy? Kogo zza oceanu przybył szukać kilkanaście lat potem? Bez skutku zresztą, choć niebo i ziemię poruszył.

Historię tę można poznać w całości w Gazecie Częstochowskiej numer 17 z roku 1960, na stronie 9. Przywołajmy to, co w relacji Ocalonego najważniejsze. Słyszeliście na pewno już wiele takich opowieści, ale przeczytajcie i tą. Warto.

„… Po wkroczeniu hitlerowskich zbirów wygnano nas do ghetta. Zaczęły się akcje, gnębienie i morderstwa. Potem otoczono ghetto. Cudem z żoną umknęliśmy z tego piekła. Zaczęła się wędrówka. Kobieta na wsi, która nas przyjęła i uratowała była dla nas matką i pozostanie nią do końca życia”

(…) Zygmunt M. mieszkał kiedyś razem w jednym podwórku z Nestami. Pewnego dnia Nest zjawił się u M. i oznajmił, że jego żona, Pola jest w ciąży i lada dzień spodziewa się rozwiązania. – Uciekamy, panie M. – powiedział pobladły Nest. Muszę za wszelką cenę ratować Polę i dziecko… Mam tylko do pana prośbę. Niech pan jakoś przeprowadzi nas do bezpiecznego miejsca, żebyśmy mogli się wydostać z miasta… Tego wieczora Nestowie przemierzyli drogę z Radomska do Kocierzowów… Potem znaleźli się we Fryszerce. Właścicielka tamtejszego majątku nie rozmawiała długo z Nestem. – Mówi pan, panie Nest, że chce się pan ukryć. Że pańska żona spodziewa się dziecka… – Proszę bardzo, panie Nest, jeżeli ma pan złoto, wszystko jakoś załatwimy… Ale Nestowie nie mieli złota. Mieli tylko iskrę nadziei, że uda im się wyrwać śmierci. Że nie zabiją ich, zanim urodzi się dziecko. Wtedy losem żydowskiego małżeństwa zajęła się prosta, wiejska kobieta, którą Nest nazywać będzie do śmierci matką. Józefa Straszewska służyła we dworze w Fryszerce. To ona okazała się cichą bohaterką. U siebie, w maleńkim pokoiku, znajdującym się na uboczu zabudowań majątkowych, ukryła Nestów. Dziś ten fakt wydaje się bardzo prosty. Ale wtedy… – Tylko ja mogłam to zrobić – mówi Straszewska. – Do mojego pomieszczenia nikt specjalnie nie zaglądał. Czy się bałam? To nie był tylko strach. To była sprawa życia i śmierci moich dzieci, moich najbliższych, gdyby hitlerowcy wykryli Nestów. Ratowałam ludzi, którzy wyrwali się z rąk oprawców…

Natan Nest pisze:

„… Żona moja była w ciąży. Byłem zmuszony wyjść z ukrycia w poszukiwaniu akuszerki. Skierowano mnie do pani Wiśniewskiej w Radomsku…”

Nestowa urodziła po kilku dniach, w domu położnej Wiśniewskiej, syna. Potem przybył po nią Nest. Po nią i po dziecko. Mieli zamiar przenieść je do miejsca ukrycia.

„… Dziś trudno mi powiedzieć jak to się stało, że nie chwycili nas hitlerowcy. Przecież od Radomska do Fryszerki to kawał drogi. Nie mógłbym powiedzieć, co wtedy czułem. Tyle lat minęło. Ale to było przecież nasze pierwsze dziecko. To wszystko robiliśmy dla niego. Ryzyko? Nie, to były chwile, których pełnej treści nie można podać. Chcieliśmy zabrać dziecko od Wiśniewskiej, bo w tym samym czasie córka Straszewskiej również urodziła dziecko. Po krótkiej naradzie powiedzieli, żeby przynieść naszego syna. Mieli zameldować, że córka Straszewskiej urodziła bliźnięta. Ale pani Wiśniewska nalegała, żeby tego nie robić. Mówiła „zostawcie dziecko u mnie. Starajcie się sami jakoś ukryć. Znałam przecież Waszych rodziców. Skończy się wojna, zapłacicie za pobyt dziecka i odbierzecie je sobie…”

(…) Nadszedł rok 1945…

„… I znów nie umiem oddać nastroju tamtych dni, dni wolności, w roku 1945. To było zbyt wielkie przeżycie. Oślepiło nas… Udaliśmy się zaraz do pani Wiśniewskiej. Cieszyła się nami, że żyjemy, że przetrwaliśmy. Kiedy zapytaliśmy o dziecko, powiedziała nam, że żyje, że jest na wsi pod Radomskiem. – Ładny chłopczyk – mówiła – biega już, śmieje się, widziałam go dwa tygodnie temu. Płakaliśmy z żoną. To było przed wieczorem. Ponieważ wolno było chodzić tylko do 20-ej, Wiśniewska powiedziała: – Przyjdźcie jutro. Pójdziemy po dziecko. To były słowa, które nam zostały w uszach do dziś…”

Ale następna wizyta nie przyniosła rezultatu. Ani wiele dalszych. Wiśniewska wymawiała się różnymi powodami i zwlekała z pójściem po dziecko. Mijały tygodnie. Nestów ogarniała coraz większa rozpacz. (…) Po kilku tygodniach Wiśniewska nagle zmieniła wersję. Oświadczyła, że wysłała dziecko Nestów do Warszawy. Tam zginęło ono w czasie bombardowania. Potem drzwi mieszkania Wiśniewskiej nie otworzyły się już przed Nestami…

„… To było w kwietniu. Byliśmy bliscy obłędu. Zameldowałem o tym wszystkim władzom śledczym. Byliśmy razem z Wiśniewską na przesłuchaniu. Kręciła. Kłamała. Ale potem przyznała się. Powiedziała, że dała dziecko kobiecie ze wsi, która do niej nosiła mleko. Potem mówiła, że jest chora, żeby ją puścić z przesłuchania do domu. Kazała mi przyjść za dwa dni. W poniedziałek…”

Nest poszedł. Wtedy Wiśniewska oświadczyła mu wprost. – Ja się tam niczego nie boję. Jak mnie wsadzą, to mnie wsadzą. W tym samym czasie Nestowie zaczęli otrzymywać anonimy, w których zawarte były niedwuznaczne groźby. Nadchodziło ich coraz więcej. Coraz groźniejszych. Trudno było ustalić autora. Wreszcie Nest domyślił się, kto nim jest. Spotkał go kiedyś teść Wiśniewskiej, K. i powiedział otwarcie: – Panie Nest, chce pan być dobrym obywatelem? To siedź pan spokojnie… A kiedy, mimo tych pogróżek, Nest nie ustawał w poszukiwaniu dziecka, K. oświadczył mu pewnego dnia, że go zabije… W 1945 roku Nestowie opuścili Polskę i udali się do Stanów Zjednoczonych. Mijały lata…

(…) Zeznanie Nesta, identyczne z tym, jakie złożył piętnaście lat temu, jest pierwszym w sprawie „Morderstwa Mieczysława Nesta”. Tak, morderstwa. Jeżeli bowiem w dalszym ciągu nie natrafi się na nić, która zaprowadzi przedstawicieli władz śledczych do miejsca, gdzie przebywa chłopiec, trzeba przyjąć drugą alternatywę. Innej bowiem nie może być (…). Następuje moment najważniejszy. Zeznania ma złożyć Wiśniewska. Jest to w tej tragicznej historii świadek koronny, najważniejszy. Ona tylko najlepiej wie, jak potoczyły się losy dziecka. Ona kilkoma słowami może rozwikłać całą dramatyczną zagadkę. Ale Wiśniewska dochodzi w swych zeznaniach tylko do jednego punktu…

– W maju, 1943 roku, zjawiła się w moim mieszkaniu kobieta, którą znałam jeszcze z czasów przedwojennych. Była kosmetyczką. Wiedziałam, że jest Żydówką. Powiedziała mi, że chce urodzić u mnie dziecko, że ukrywają się z mężem kilkanaście kilometrów od Radomska. Wyraziłam zgodę. Po dwóch dniach Nestowa urodziła syna. Niedługo potem przybył Nest. Oświadczyli mi, że nie zależy im na dziecku, żebym zrobiła z nim, co chcę. Im chodzi tylko o uratowanie własnego życia. (…) Postawmy pytanie, które zresztą nieodparcie się nasuwa: kto (…) mówi prawdę, a kto kłamie? Świadków nie ma. Są tylko dwie zaineresowane strony. Za prawdziwością zeznań Nesta przemawia żelazna konsekwencja, z jaką powtarza on od piętnastu lat, niezmiennie, te same fakty, podczas gdy Wiśniewska zmienia wyjaśnienia. Ale te względy przemawiające za Nestem dla prawa są tylko domysłami. Prawo wymaga dowodów.

(…) Nadchodzi nowa, sensacyjna wiadomość. Wynika z niej, że w roku 1943 w posesji nr 10 przy ulicy Przedborskiej, a więc w domu sąsiadującym z tym, w którym mieszkała Wiśniewska, odnaleziono w czasie remontu kuchennego pieca rozkładające się zwłoki noworodka chłopca. Śledztwo skręca w tym kierunku. Zeznaje znów wiele osób. Wreszcie, po żmudnych dociekaniach i mrówczej pracy wywiadowców ustala się ponad wątpliwość, że wypadek miał miejsce w lutym 1943 roku, a wiec kilka tygodni przed urodzeniem się małego Nesta. Wyniki przesłuchań okazują się bez wartości. Śledztwo w sprawie „Morderstwa Mieczysława Nesta” pozostawione zostaje bez dalszego biegu.

Wojna zabrała miliony istnień ludzkich. (…) Ale wojna nie tylko zabijała. To brzmi niesamowicie, ale częstokroć gorszymi od śmierci, która wyrywała z grona żywych jednostki na zawsze, były tragedie takie, jak Nestów. Tragedie przynoszące ból i rozpacz na całe lata, przynoszące rozpaczliwe wizje i domysły.

Wiśniewska nie poniosłaby żadnej odpowiedzialności, nawet wtedy gdyby, ratując własne życie, zmuszona była pozbawić opieki pozostawione u niej dziecko i narazić je na śmierć. Groza okupacji nie uznawała żadnych praw. Łamała najwyższe nawet wartości ludzkie. I Wiśniewska, i Nestowie zdawali sobie doskonale sprawę z tego, że los dziecka nie zależy tylko od nich. Zależał w dużej mierze od szczęścia. (…) Ale Wiśniewska uczyniła Nesta, jego żonę na zawsze ludźmi nieszczęśliwymi. Zaszczepiła w ich dusze bolesną, targającą sumieniami wieczną nadzieję…

Ufff… wystarczy! Chciałoby się zapytać: Ile w każdym z nas jest Straszewskiej, a ile Wiśniewskiej? Aż korci, żeby zawołać: Między Straszewską a Wiśniewską rozpięta jest nasze egzystencja! I po co to pajacowanie? Ano, pod maską błazna ponoć najłatwiej ukryć łzy.

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Tomasz Fetzki i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „Tajemnica cmentarza w Radomsku

  1. Anonim pisze:

    Witam. Piszę pracę o Radomsko i takich tam (🙂 ). Czy jest coś więcej o Poli Nest i jej mężu? Chciałabym przeczytać całą historię, a gdy klikam w podany link, to niestety, ale nie umiem tego znaleźć (pewnie tego nie widzę😀 ).

    • Viator pisze:

      Faktycznie, coś się przestało otwierać. A był to skan Gazety Częstochowskiej, nr 17 z roku 1960. Niestety, nie skopiowałem sobie, więc nie mogę podesłać. Pozdrawiam i życzę powodzenia w poszukiwaniach!

  2. ewamaria2013 pisze:

    Niestety, biblioteka częstochowska podaje wprawdzie, że ten numer gazety jest dostępny cyfrowo, ale niestety nie jest – sprawdziłam kilkoma metodami.

  3. ewamaria2013 pisze:

    Usunę więc tego linka, bo wprowadza w błąd.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s