Rok 1232 – ciąg dalszy

Mieczysław Bonisławski

IV

Mroczko uchylił zbite z bali drzwi. Zaskrzypiało nieprzyjemnie. Komes schylił głowę, ostrożnie wszedł do środka i starannie zamknął je za sobą. Znajdował się w niewielkiej, podłużnej hali. Skąpe światło, wchodzące przez malutkie okienka po bokach nie było w stanie rozproszyć gęstego mroku. Jedynie w drugim końcu, naprzeciw drzwi, kontrastowo jasno paliły się cztery, ułożone w kwadrat pochodnie, wetknięte pod powałę.
Czarno ubrana postać krzątała się w tamtym końcu, w świetlnym sześcianie, a duże, ruchome cienie, które rzucała, przydawały jakiejś demonicznej scenerii całemu wnętrzu.
Kasztelan kilkoma energicznymi krokami przebył długość hali. Na brzęk przypasanego miecza, uderzającego o kamienną posadzkę, czarno ubrana postać odwróciła się twarzą ku wejściu. Mroczko stanął na wyciagnięcie ręki.
– Witam pana brata – zaczął nieco drwiąco, lecz na twarzy tamtego wywołało to taki grymas, że w pół słowa zamilkł.
Prepozyt lubuski, Gerlach, ułapił brata za ramiona i szybko puścił, odwrócił się i odszedł pod ścianę.
– Te drzwi skrzypią niczym potępione dusze…
– Zamilcz! – syknął ksiądz.
– Niezłą świątynie wystawiłeś panie bracie – zda się że posadzka, którą podarowałem, wymusiła na tobie przykrą decyzję…
– Zamilcz kasztelanie, rzekłem!
Mroczko opuścił głowę, bawił się chwilę rękojeścią, po czym postąpił krok ku Gerlachowi. Ten gwałtownie odwrócił się i ruchem ręki powstrzymał go. Komes stanął na skraju świetlnego sześcianu.
– Nie przestępuj tu… – w głosie prepozyta było ostrzeżenie.
Mroczko posłusznie zawrócił. Ksiądz postąpił kilka kroków za nim.
– Mów, czego oczekujesz ode mnie – tym razem ślad prowokującej drwiny wybrzmiał z ust Gerlacha.
Mroczko chwycił brata za ramię. Stali teraz twarzą w twarz. Komes mówił żarliwie:
– To się nie może wydać. Tylko w naszym interesie jest utrzymanie status quo po śmierci tego całego Mojka…
– Ciszej! – syknął Gerlach wpatrzony w małe okienka.
Mroczkiem wstrząsnął dreszcz.
– Sądzisz że ktoś podsłuchuje? – powędrował za wzrokiem tamtego.
– Nie sądzę. – głos prepozyta zabrzmiał beznamiętnie – I ty teraz mówisz o naszym interesie? Dostałeś ziemię i ludzi – łany pola, cetnary ryb, bydło i żelazo – tu, między Lubuszem a Międzyrzeczem… Czy ty to rozumiesz? Nie dziewki i miód… Miałeś pilnować i tej osady i, przede wszystkim, siebie. Być opiekunem mieszkańców… A teraz, ładny dziedzic ci się szykuje…? – zadrwił.
Za ścianą coś zachrobotało.
– A jednak – Mroczko sięgnął do rękojeści miecza i postąpił do okna. Po drugiej stronie odpowiedział głuchy tupot.
Gerlach przytrzymał komesa za rękę.
– To jakiś niedorostek, ciekawi są kościoła…
– Nie o taki plon do Pana się modliłem. – kontynuował – Rzekłeś status quo… Diabli nadali tego Gawła – czyżby Jędrzych się czegoś domyślał? Otacza się coraz to nowymi urzędnikami, nie daje nikomu dobrze zapuścić korzeni.
Mroczko niecierpliwie przerwał.
– Trzeba zamknąć mu gębe, przecie będzie to po rodzinie…
– Zobaczymy. – uciął Gerlach i uśmiechnął się ciepło – Czegóż nie robi się dla swego brata, ale… – zwiesił głos – Pana nie oszukasz. Jak swą winę chcesz zmazać? Zresztą nie czas teraz… Pójdziecie z kanonikiem Witosławem, znasz go jeszcze z Pogorzeli.

Komes odwrócił się i szybko wyszedł. Gerlach chwilę popatrzył za nim i cofnął się do oświetlonego kwadratu.
– Wyjdź – rozkazał.
Uchyliły się niskie drzwi z ciosanych bali i zza tabernakulum wysunął się kilkunastoletni chłopak. Jego ubiór wskazywał na syna bogatego gospodarza lub osadnika, piastującego funkcję w książęcej administracji.
– Byłeś sam? – prepozyt wskazał skinieniem głowy gdzieś za siebie.
– Jakże to, poszli wszyscy za jaśnie wielmożnym panem…
– No, no! – Gerlach przerwał zniecierpliwiony.
Z mroku niszy z boku prezbiterium przywołał jeszcze jedną osobę, której postaci zaaferowany komes nawet nie zauważył.
– Oto wielce uczony pan, opowie ci dziś dalszą część historii.
– Prawda, to będzie?
Nieznajomy położył rękę na ramieniu chłopca.
– Było to w Zielone Świątki, roku 1184, gdy cesarz Fryderyk, Rudobrodym zwany, wydał turniej na cześć pasowania swoich synów na rycerzy. Do królewskiego miasta Moguncji przybył świątobliwy Guiot de Provins i opowiedział to zacnemu rycerzowi Świętego Cesarstwa Rzymskiego, kawalerowi Wolframowi von Eschenbach.
– Dobrze, już dobrze – oschle przerwał mu Gerlach i zwrócił się do chłopca – Zapamiętałeś com ci mówił ostatnio?
-Tak, wszystko – w głosie małego brzmiała zapalczywość i entuzjazm.
– Mów zatem.
Obaj mężczyźni stanęli w rogach oświetlonego kwadratu, sami pozostając w półmroku, twarzami zwróceni do ołtarza. Chłopak stał w świetle pochodni i mówił złożywszy dłonie jak do modlitwy:
– Pan nasz, Święty cesarz Rzymski Narodu Niemieckiego, Fryderyk sycylijski, uzurpator na tronie jerozolimskim…
…Jego dziad, Fryderyk, zwany Rudobrodym, pobił i wygnał Henryka, zwanego Lwem, syna Henryka, zwanego Pysznym z rodu Welfów…
Gerlach i nieznajomy uważnie słuchali słów wypowiadanych przez chłopaka, bacznie pilnując, czy nie pomija on najmniejszego choćby szczegółu.
– …I wtedy cesarz Otton, prawnuk cesarza Henryka, który pobił ród wyrastający z niecnego korzenia Karola, zwanego Młotem, i zabrał mu świętą ziemię w Lotaryngii i przywrócił diadem cesarstwa na prawowite czoło, w powrotnej drodze od księcia Bolesława, zwanego Chrobrym, zatrzymał się tutaj, w grodzie Sulęty.
– Wiesz, że książę, sprowadził tu rycerzy Świątyni? – Gerlach półgłosem zwrócił się do nieznajomego.
Tamten, mimo wyraźnego poruszenia, ściszył głos aż do szeptu:
– Tym bardziej musimy chronić Skarbu i Tajemnicy. Najlepiej by do chwili, gdy nadejdzie czas, w ogóle zatrzeć ślad pobytu cesarza w tej okolicy. Czy ona sama jest bezpieczna? Nikt się nie domyśla? Nic jej nie grozi?
– Zostawimy Strażników. Ani templariusze, ani nikt inny nie zerwie nam naszej maleńkiej szczepki, choćby i przez następne 200 lat.
– Słyszałem pewne plotki…
– Nikomu nie da się wierzyć, nawet własnemu bratu. On teraz książęcy, i duszą i ciałem. Chciwość, złoty cielec. Zresztą na księcia nie liczę, nie musi zatem wiedzieć. Pobożność świętej Jadwigi i jej oddanie Sprawie wystarcza nam za gwarant za ich oboje…
– Nie o tym mówię. Czy to prawda, że nie dopilnowałeś, że sok z naszego grona został zanieczyszczony?
– Najważniejsza jest Tajemnica, a akurat temu krzewowi i tak już nic takiego nie zaszkodzi. Prędzej pomoże. Niech się spokojnie krzewi. Zaowocuje, bo taki jest Plan. Zaś pamięć o cesarzu i jego namiętności tutaj, już dawno płyną podziemnym strumieniem przez Arkadię. – Gerlach roześmiał się – A wiesz, że tu jest nawet dobry klimat do uprawy wina?
Przybysz pokręcił przecząco głową.
– Słyszałem, że ON też jest Saksończykiem. A jeżeli to nie przypadek, jeżeli ktoś realizuje inny, przeciwny naszemu plan, to to jest wyraźny znak. Dobro i zło, szczep i trucizna przychodzą TU, w to miejsce, jedno za drugim z tego samego źródła.
– Zaufaj mi. Ja działam. Ja ochronię. A jeślim ci za mały robak, to zaufaj świętej księżnej, która też działa. Wszakże ja sam… Oboje jesteśmy narzędziem w ręku Pana, w tym w końcu miejże ufność, na Boga!
Chłopak od dłuższej chwili stał już, skończywszy swoją lekcję i słuchał z otwartą gębą.

V.

Ze stoków Winnej Góry dolina Sulęcina wyglądała jak wrzeciono wciśnięte między dwa zalesione grzbiety. Z lewej strony wrzeciono to opływała wąska, ale głęboka Postomia, podążając prosto na spotkanie wysokiej, okrągłej góry, zamykającej widnokrąg od północy. Po wejściu na szczyt nowa perspektywa przydawała zaskakujących wrażeń. Jak okiem sięgnąć, przestronny plan pokrywały równoległe, poprzecinane przełęczami grzbiety, pomiędzy którymi, jasnymi plamami dojrzewających zbóż, ciągnęły się głębokie kaniony. Ich dnem płynęły wąskie rzeczki, zaś w kierunku południowego wschodu – pękł naszyjnik z nanizanych błękitnych koralików jezior. Niezwykły to był widok: sfalowany kobierzec, poprzetykany złotymi, wijącymi się nićmi – jak z tej perspektywy odznaczały się doliny – z idącym na skos błękitnym ściegiem.

Grupka mężczyzn wspięła się na szczyt i przystanęła na brzegu opadającego ku rzece urwiska. Nie było po nich widać oznak zmęczenia, niemniej stojąc przez chwilę nieruchomo, podziwiali wijącą się posłusznie za nitką rzeki, wysadzaną wielkimi ostańcami, ścianę.
– A oto i pozostałości grodu Sulęty – wskazał ręką, odchodząc nieco od skraju, kanonik Witosław.
Nagi wierzchołek stanowił płytki krater o otoczce z bali powbijanych na ukos w ziemny wał. Podstawa owa zachowała się w stosunkowo w niezłym stanie, jeśli porównać ją ze zwieńczeniem. Coś co niegdyś pobudowano jako okrąg ścian, do dziś pozostało już tylko drewnianym szkieletem; gdzie niegdzie, z rzadka wisiały nadpróchniałe deski. Od strony Postomii konstrukcja przypominała wyniosłość wieży, ale tu też ku niebu sterczały tylko ułamane w połowie słupy nośne.
– Jak nam wiadomo – podjął opowiadanie kanonik – łużyccy Lubuszanie zamieszkali tu na długo przed księciem Mieczysławem, który w Bożej łaskawości, zechciał był przynieść na Lubuską Ziemię światło prawdziwej wiary. Od strony dzisiejszego Sulęcina – zatoczył ręką łuk w kierunku, z którego przyszli – było pierwsze lubuskie podgrodzie. Podówczas gród służył wszystkim mieszkańcom jako schronienie w razie napaści…
– Mądrze postąpili ci poganie. Miejsce niedostępne, zdatne do obrony. A wokół pod dostatkiem drewna i zwierzyny; w dole blisko woda i oba trakty na których zapewne często pojawiali się kupcy…? – chwalił rozglądając się Gaweł.
– Książę Mieczysław wprowadził w miejsce tych barbarzyńskich praw, prawa chrześcijańskie i stworzył civitas, przesuwając osadę kmieci i wyrobników w dolinę a w grodzie osadził miejscowego żupana, Sulęta, od imienia którego wieś Sulęcinem nakazał zwać.
– Tu – wyciągnięta ręka wskazała na pozostałość wieży – była mieszkalna czatownia, jako, że zamku nigdy nie wybudowano. Cała była obudowana deskami a na górze był podest, a nad nim wsparty w narożnikach, czteroboczny drewniany dach z masztem i flagą z godłem księcia.
Bero i Gaweł bacznie słuchali słów Witosława. Kasztelan Mroczko wrócił się kawałek w dół do trzymających wartę rycerzy. Pociągnął wina z bukłaku, zamienił kilka słów z Obiesławem i Naściwojem, po czym odwrócił się ku ruinom.
– Wracajmy mości komorniku. Czas na wieczerzę, a i wypocząć trzeba.
Kanonik skończył swą opowieść, spojrzeli więc jeszcze wokół i poczęli schodzić.
– Szczęście to móc ład chrześcijański prowadzić w te piękne okolice – zachwycał się Gaweł – Ale i księcia Jędrzycha nie mniejsza tu będzie zasługa… Rzec można – piękne dokończenie dzieła przez księcia Mieczysława poczętego.
– Zatem, pewne to już? – interesował się ksiądz.
– Będzie tu miasto, na nowym prawie, pieczęcią księcia gwarantowanym.
– Nowe prawo – nowe kłopoty – Witosław spróbował żartem nastroić Gawła do zwierzeń – Czy zwolnienie z dziesięciny in campo obejmie też miejscowych?
– Wszyscy oni tu teraz miejscowi – odpowiedział równie wesoło komornik – Nie widziałem ja jeszcze takiego przemieszania gości…
– Nie starczyło gotowizny, mości komorniku – Mroczko poczuł, że to o nim mowa – Sprowadzić z zagranicy tylu gości, aby zapełnić nimi całą osadę, znaleźć miejsce dla wyrugowanych miejscowych, a potem dać jeszcze wszystkim osadnikom, według książęcego prawa, 16 lat wolnizny – to dla mnie samego – niedostatek i upokorzenie.
– To pewnie i teraz zbyt się nie ucieszyłeś mości panie pogorzelski – konfidencjonalnie prowokował Gaweł – Nowe prawo, to nowe przywileje – i naraz zakończył bardzo poważnie, władczym tonem – Sam widzisz mości kasztelanie ile tu trzeba zrobić, by było miasto! Nowe ulice, nowe domy, nowy kościół, rynek – ale miasta, to porządek w księstwie! To zyski z handlu i rzemiosła, na których księciu bardzo zależy… – warto ponieść pewne obciążenia, mości kasztelanie. Gdy miast wspomagać w budulcu i żywności, będziemy pobierać wszystkie daniny w zbożu i w inwentarzu, osadnikom nie będzie się opłaciło z daleka do nas przyjeżdżać i skąd wtedy weźmiemy, tak potrzebnych, rzemieślników i kupców? A książę przecież widzi i twoje, mości kasztelanie, problemy i dlatego pomaga w tej prywatnej lokacji…
Mroczek odczytał ostatnie zdanie jako naigrywanie z siebie. Ale pozwolił sobie na zbyt nieostrożny dąs:
– Dużo mi z tego przyjdzie!
– Mówiłeś, mości komorniku, o nowym kościele? – wszedł w samo, rozpalające się, ognisko zwady ksiądz Witosław – Szkoda zatem wielka, że książę i z biskupem lubuskim, Wawrzyńcem, nie podpisał nakazu budowania kościołów z kamienia…
Gaweł odgadł o szło kanonikowi, uśmiechnął się więc i rzekł powoli:
– Przeto nie musisz księże Witosławie, ale możesz, ten zacny obyczaj zaprowadzić i tutaj.
Witosław nie przystając, wzniósł oczy ku niebu.
– Niech Panu naszemu, będą dzięki, za pomyślność tego dzieła.
Uszli jeszcze kilkanaście kroków, gdy nagle odezwał się milczący dotąd Bero:
– Mamy tylko problem z obsadzeniem wójtostwa, księże kanoniku. Byłby kandydat, dobry gospodarz, saski osadnik, ale ponoć związał się z miejscową dziewką jakowąś…
– Wybacz Panie Walterowi. Czas przyszedł na niego, mości wójcie średzki, żenić mu się trzeba… Rozprawiałem z nim już o tym – ale jeżeli nie chce słuchać… A tu będzie trzeba postąpić z prawem boskim, nie książęcym.
– Czyżby sprawy zaszły już aż tak daleko? – zmartwił się Gaweł – Szczerze bym żałował, jako że przypadł mi on do gustu.
– To wie tylko Bóg na razie – ksiądz Witosław złożył dłonie – Ja nie. Rady jeno sam szukam. W przewidywaniu i mądrości Pańskiej znajdując upodobanie, póki nie jest jeszcze zbyt późno na wnioski lubo decyzje… – dodał starając się by wypadło to skromnie, by nie wywołać cienia posądzenia o chęć wpływania na decyzje urzędu.
Cała czwórka, poprzedzana parą zbrojnych, powoli weszła między rozrzucone wzdłuż traktu chaty.

VI.

Słońce stało jeszcze dosyć wysoko, ale przebijająca się spomiędzy koron najwyżej rosnących drzew, krwistoczerwona kula wskazywała już na wieczorną porę. Ciemność w dolinie, zwłaszcza latem, zapadała jednak powoli.
Odbywało się długie misterium przechodzenia od dnia do nocy. Różowiejące niebo i opadająca nagle za linię horyzontu ognista kula, nie były widoczne zza ściany lasu – tu niebo z błękitnego stawało się mleczne, potem szare, bardziej szare, aż w końcu bure i pojawiały się pierwsze gwiazdy. Migotały sobie, hen tam wysoko, a z coraz mniej wyraźnie rysującego się po bokach lasu, słychać było chór dzwonków i chrapliwe pokrzykiwania. To wracały na nocleg sulęcińskie stada, poganiane przez pastuchów. Tym ostatnim wtórowały dźwięczne głosiki dojarek, które przygotowały już wszystko do wieczornego udoju i zniecierpliwione wybiegły na spotkanie nie widzianych od obiadu chłopców. Teraz, latem, mogły się nimi nacieszyć, gdyż za chwilę stróże oznajmią porę snu i nikt nie wyjdzie poza pełną siana stodołę. Zimą, jesienią i wiosną przegrywały jednak w długie wieczory z karczmą Odona.

Kwatera komesa Mroczka znajdowała się w domu zmarłego sołtysa, pośrodku wsi. Wiola, sierota po Mojku, przeniosła się wraz z młodszym rodzeństwem, na czas pobytu dostojników do domu swego stryja. W całym obejściu pozostała tylko domowa służba, jako że bydło i owce wraz z zagrodnikami zostały już oddane kasztelanowi bądź rozdzielone między rodzinę.
Budynek mieszkalny stał szczytem do lubuskiego traktu, w rogu prostokątnej terasy wznoszącego się z drugiej strony stromo nad rzeką. Skłon porastały wysokie trzciny i wiklina, a pomiędzy nimi wiła się do góry ścieżka wychodząca między Mojkową oborą i stodołą. Tu, w świetle księżyca, zjawił się odświętnie ubrany Walter. Zbiegł od strony obejścia i stanął w momencie, gdy mu pod butami zachlupotało błoto. Rozejrzał się niecierpliwie, ale Racława już czekała, Wiola jednak zastąpiła ją przy kołysce… Kochana Wiola, nie zawiodła swej przyjaciółki, w ten najważniejszy dla niej dzień, kiedy wszystko miało się wydać i wszyscy mieli uznać ich tajemnicę za swoją. Za prawo, ich prawo, wzięte przecież ze zgody urzędników samego brodatego księcia i jego świętej żony, śląskiej Jadwigi. Jaki ten Walter potrafił być ważny, wspaniały…
Ciepła, czerwcowa noc sprzyjała zabawie na świeżym powietrzu. I chociaż osada miała jeszcze zwolnienie z obowiązku goszczenia ludzi księcia, to przecież brak gospodarza, czynił okazję wyjątkową. Wieczerzano zatem i u komesa Mroczka na specjalnie w tym celu przygotowanym podwórzu, zajadając to co zostawił po sobie nieboszczyk, a czego nie miał już wziąć skarb księcia. Stoły ustawiono w podkowę, tak by siedzący na jej grzbiecie Mroczko miał przed sobą drzwi chaty. Im dalej od kasztelana, tym mniej znaczni ucztowali goście: od książęcego komornika i miejscowego proboszcza począwszy aż po co bogatszych kmieci – osadników – Głąba, Pirosza, Konrada.
– Gdzież to tym razem Bóg cię prowadził, zacny al Sahinie? – dopytywał się kasztelan ryczyński u zakąszającego naczelnika karawany.
Kupiec powstał i skłonił się.
– Jak wiesz panie, jadąc w miesiącu kwietniu z Flandrii i Niemiec złożyliśmy tu, w Sulęcinie, duże zamówienie na miód i skóry, po czym pokładając swą ufność w wszechogarniającej mocy Allacha, podążyliśmy wioząc piękne tkaniny do Gdańska. Wracamy teraz oto, po drodze zawitawszy jeszcze do sławnego miasta Kołobrzegu.
– Długo zamierzacie u mnie gościć? – i widząc niefrasobliwie tkwiącą w swym pytaniu niegrzeczność, komes szybko dodał – Cieszy mnie wielce wasz pobyt, handel daje duże zyski. A ja tu teraz nie mniej sławne miasto mieć będę.
Al Sahin, siedząc już, położył sobie na talerz kurę i odrzekł:
– Niestety, pilnie oczekują nas na dworze. Książę Henryk też ceni nasze towary.
– Słyszałem – wtrącił się Gaweł – że księżna Jadwiga chce podarować trzebnickiemu klasztorowi wyprawę dla 80 mniszek… – popił mięso piwem – Zatem, musicie dużo mieć płótna?
– Tak, i akurat tyle, by móc podarować wspaniałą sztukę i wam panie.
– Chciałem właśnie uczynić taki zakup. Pozostawicie je dla mnie we Wrocławiu. Za kilka dni wracam, jak chcecie możecie poczekać a weźmiemy was aż do Głogowa pod opiekę książęcego pocztu.
– O, to bardzo korzystne rozwiązanie, panie. Niech będzie mi wolno podziękować i dołożyć do podarunku niezwykły, cenny naszyjnik dla jejmości komornikowej.
Głównym tematem przy oświetlonych pochodniami stołach była jednak polityka.
– My nie możemy mieć zaufania do księcia polskiego, nasza wiara jeno przy panu Śląska – perorował swemu najbliższemu otoczeniu Wyprecht. – Ojciec mój wywalczył sobie wolność jeszcze pod księciem Władysławem, ale co to była za wojna. Przed rycerstwem kazał książę przodem puścić jakowąś wiedźmę, coby znaki odczytywała jak wroga podejść. I wszyscyśmy tak czarom zawierzyli, że stosowną ostrożnością wzgardzili i Niemiec, co gród trzymał, wywiedział się o nas i pobił. Wiedźma zaś ze swym przetakiem, co to nim wróżyła, pierwsza ducha swego oddała…
– Nie tak się bije książę Jędrzych – rozmarzył się Menold – Ale i jemu arcybiskup magdeburski Lubusza nie oddał.
– Za to ostatnia wyprawa była udana – chwalił się Witigo – A książę wreszcie ruszył i Ślązaków do walki…
– Wiedział kogo wziąć z sobą na victorię – zażartował Wyprecht – Mój ojciec wywalczył wolność sobie, choć grodu nie obronił. Ja, już wolny, uwolniłem Lubusz.
– Najwięcej myśmy tak zrobili…! – obruszył się Menold – Straty samej tylko nam to przydało… Handel podupadł, w polu nie miał kto robić…
Podobne żale padały i z ust Mroczka:
– Siedem lat jak książę Jędrzych w swej łaskawości zechciał być nadać mi tę ziemię… I co ja z niej mam? – same kłopoty. A gdy jeszcze i na miejscowych padł obowiązek kontygentów wojskowych… – to już zupełna ruina…
Gaweł nie chcąc dłużej tego słuchać, wstał. Dał znak ręką, że chce mówić i gdy przy stołach zaległa cisza, zwrócił się do pozostałych:
– Zebraliśmy się tu dziś wszyscy, mieszkańcy osady, przy boku komesa Mroczka, pana tych ziem z woli księcia, by omówić ważną kwestię. Ukochany pan nasz Jedrzych, prześwietny książę śląski, lubuski i krakowski, pan na Opolu i Sandomierzu, postanowił, w swej wspaniałomyślności, obdarować sulęcińskich osadników prawem magdeburskim. Chciałbym wyjaśnić na czym ono polega.
Kmiecie siedzieli pilnie zasłuchani, nie śmieli tknąć jadła ni picia. Gaweł tymczasem nie siadł bynajmniej, ale żywo gestykulując jął się przechadzać wzdłuż podkowy stołów, mówiąc:
– W związku z nową lokacją zawieszone zostają wszelkie dotychczasowe zobowiązania wasze wobec nas, księcia Śląska, a na rzecz komesa Mroczka i biskupa lubuskiego Wawrzyńca, obywatele miasta otrzymają kolejne 10 lat wolnizny, licząc od dziś. By jednak po raz drugi nie zubażać kasztelana, waszego pana, nadanie wolności nie odnosi się do ludności poddańczej i pozbawionej praw obywatelskich lub własności. Macie poza tym obowiązek udziału w obronie miasta i kontygentu wojskowego – ilość zbrojnych, do których wystawienia, wyłącznie z wolnych obywateli, posiadających jakąś własność w Sulęcinie, miasto będzie zobowiązane, ustalimy wspólnie, z Rada, po spisaniu ludności. Obowiązki wojskowe ponoszą wszyscy równo, zarówno byli goście, jak i dawni miejscowi.
– Po okresie wolnizny będziemy pobierać czynsz, opłatę targową i celną. Handlować będzie wolno tylko w domu kupców, który zbudujemy, a będzie to wyglądało podobnie do tego co już teraz robicie, w karczmie. Od handlu będziecie płacić podatek, w pieniądzu, w określonej kwocie będziecie też uiszczać dziesięcinę.
– Prawo miecza pozostaje przy kasztelanie, który sprawuje je w naszym imieniu. Także samo spory z innymi ludźmi, czy to książęcymi, czy biskupimi, rozstrzyga kasztelan. Niższy sąd dla miasta i całego klucza, który określimy, sprawować będzie wójt. Ma on się opierać o ławę miejską… W zakresie prawa wsi, władzę sprawuje dalej sołtys.
Gdy skończył, przy stołach wszczął się ruch. Tak gorączkowa dyskusja nie przystawała, wprawdzie, osadnikom w obecności komesa, ale nikt jej nie przerywał; komornikowi szło właśnie o to, by kmiecie się teraz wypowiedzieli.
Pierwszy wstał Wyprecht.
– A zatem, będziemy mieli teraz i wójta i sołtysa?
– Tak. Sołtys będzie zarządzał wsią a wójt całym kluczem, którego granice określimy po potwierdzeniu nadania komesowi Mroczkowi.
– Kim mają być ci ławnicy? – dopytywał się Witigo.
– Wybierzecie ich sami z wolnych i posiadających własność obywateli…
– A prawa sołtysa, kto przejmie? Kto będzie rozdawał przywileje: karczmę, połów, kuźnię?
– Przywileje pozostaną przy rzemieślnikach i wyrobnikach, gdyż ich fachowość gwarantuje największe zyski. Handlem mają zajmować się, sprowadzeni zza granicy, i od tej chwili już, w rzeczy samej, miejscowi, kupcy. A kogo będzie stać, może zasadzać, za zgodą pana, nowe wsie. I wtedy jego przywileje pozostają bez zmian – 1/6 wszystkich gruntów, prawo założenia młyna, karczmy, połowu ryb, bez obciążeń na rzecz pana.
– Czy niewolni mogą wchodzić do kontygentu wojskowego?
– Niewolni nie są własnością miasta, ale suwerena! – zdenerwował się Mroczko. – Za dużo byście chcieli. Sami musicie brać udział w wyprawach…
– Może wam się to zresztą przydać – roześmiał się Gaweł – Macie prawo zawiązać straż miejską na wypadek niepokoju. Są tu jacyś grasanci w okolicy? – zwrócił się do proboszcza.
Ksiądz Witosław zrobił ręką znak krzyża.
– Dzięki Bogu, spokojna to okolica… Odkąd książę Jędrzych mocną ręką po nią do Brandenburga sięgnął…
Tak dyskusja zeszła w końcu na wybór sołtysa i wójta. Zapytany przez kogoś wprost, Gaweł najpierw usiadł. Ucichło wokół stołów i dostojnik zaczął spokojnie swą przemowę:
– Jeśli chodzi o sołtysa, to nie widzimy problemu. Pozostała po Mojku sierota dziedziczyć, zgodnie z prawem salickim, nie może, ale jest brat zmarłego…
Stronnictwo Wyprechta odetchnęło, dały się słyszeć jakieś szepty, ale szybko ucichły; Gaweł kontynuował:
– Na wójta trzeba powołać kogoś poważanego i nietępego, choć trochę rozgarniętego. Musi on posiadać autorytet u mieszczan, zgodę kościoła i zaufanie nasze oraz komesa Mroczka. Rozmawialiśmy już z księdzem proboszczem i z wami, i podjęliśmy decyzję – komornik zawiesił głos i pochylił się ku dającemu mu znaki księdzu. Kmiecie nie mogli spokojnie wytrwać i podniósł się szum. Gaweł wzniósł rękę – Musimy przy tym pamiętać o poszanowaniu praw boskich i naszego, ziemskiego, o przyszłości, stanie gospodarstwa i rodziny – chwilę jeszcze kluczył, w końcu znacząco puentował – Kto wolnym będąc na przykład, łączy się z niewolną, traci wolność, taki więc, nie może pełnić żadnych funkcji. Zatem wójtem mianujemy w imieniu ukochanego pana naszego, Jędrzycha, kowala Witigo Bawarczyka i zgodnie z wolą pana miasta Sulęcina, komesa Mroczka z Pogorzeli, kasztelana ryczyńskiego, nadajemy mu 10 łanów flamandzkich i zwalniamy dla podniesienia majątku jego ze wszelkich świadczeń, prócz kościelnych, na zawsze, oraz nadajemy parcelę pod budowę kamienicy przy rynku jak również materiał na nią…

Ruch wokół stołów wszczął się spory. Panowie dozwalali, kmiecie więc świętowali – jedni zwycięstwo, inni… zwycięstwo tych drugich.
Walter wstał i bez słowa usunął się od stołu, po czym pośpiesznie odszedł gdzieś w ciemność. Gaweł wprawdzie później, gdy już ponownie uspokojeni kmiecie słuchali księdza, pana i urzędników, zauważył wolne miejsce między Menoldem a Konradem, ale czy skłonił go ten widok do jakiejkolwiek konkretnej refleksji, należy wątpić. Co najwyżej, mógł się przez mgnienie myśli pozżymać na głupca, który nie potrafił docenić pańskiej gościnności. Miejsce oczywiście pozostało już puste do końca wieczerzy.

VII.

Brzask. Zapiał pierwszy kur. Po obejściu krąży postać opierająca się na kiju. W chacie załkało dziecko – postać zatrzymała się nasłuchując. Nie poznasz, czy ktoś za ścianą się poruszył, ale płacz ustał.
– Jest dziś, została – w głosie stróża słychać ulgę. Derwan spojrzał w stronę, gdzie dopiero co niedawno ucichły głosy rozochoconych winem i polityką kmieci. Tam wśród nich był ON, groźny i czyhający, niebezpieczny Walter. Ale Racława niezagrożona pilnowała tutaj, za ścianą, dziecka tego, który dawał jej chleb i kąt.
Derwan niemal z radością ruszył kolejny raz naokoło obejścia. Rozpierała go duma, że oto może swą pracą podziękować Bogu za to, że tak wspaniale urządził dla tej dziewki świat. Zajęcie u bogatego kmiecia i to w samym jego domu, z jego synem. Kto wie, czy może gdy Pan pobłogosławi i JEJ, to i TAMTO dziecko będzie mogło się wychowywać w domu, i znajdzie w nim dobry chleb i kąt do spania.
Stary spojrzał na jaśniejące coraz bardziej niebo. Bóg zawieruszył gdzieś w pamięci swego wiernego stróża, że w chacie sypia teraz przecież jeszcze jedna niania, bratanica gospodarza… Ludzie, którzy niegdyś powiedzieli mu to wszystko o Racławie, co powiedzieli a potem nakazali mu czynić to, co nakazali, czasem, po latach wydawali mu się jakby nigdy naprawdę nie istnieli, jakby przybyli doń tylko w którymś ze złych snów, dawno przyśnionych i równie dawno zapomnianych. Zapomniał by może ich rzeczywiście, gdyby nie znak, który mu zostawili i który tak boleśnie mu ciągle o sobie przypominał i nie pozwalał sprzeniewierzyć się obowiązkom, którymi go obarczono. Wtedy nie zdawał sobie z tego sprawy, ale obarczono go wbrew jego woli, tak naprawdę nie był stworzony do takich spraw. Trwożyła go wiedza o Racławie i o tym co ta niewolna dziewka, której dziadkiem go uczyniono, znaczyła przez zaistniały splot okoliczności, na który ani on, ani nikt ze znanych mu ludzi nie miał wpływu. Był bardzo zmęczony ciągłym czuwaniem, dźwiganiem ciężaru kłamstwa, którym się posługiwał, gdyż stało się treścią jego życia. Bóg ani nikt z ludzi, którzy go wtedy nawiedzili nie pomagał mu, nie wspierał go. Mógł się zatem w końcu raz pomylić i cieszyć z czegoś co nie miało miejsca, a właściwie – z tego, że nie stało się to, co jednak tak naprawdę się stało.
– Zaraz pora na dojarki – pomyślał trzeźwo Derwan.
Wstawał kolejny dzień czerwca 1232 roku.

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Mieczysław Bonisławski i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s