Nowa polska proza. No name.

Po zmierzchu

Szedł po ulicy dość szybko. Wiedział co robi. Ciężkie chmury w każdej chwili groziły ulewą. W końcu nie wytrzymały i zaczęło padać. Krople, od razu ciężkie, moczyły mu włosy, a co gorsza okulary. Nie cierpiał, gdy rozmazywały się na szkłach, utrudniając patrzenie. Wszedł do księgarni nie tyle, by zobaczyć co tam nowego na półkach, ile po to by schronić się przed coraz intensywniej lejącą się z nieba wodą. „Cholerny świat”, pomyślał. „Jeszcze dobry kawałek drogi do domu, leje, a to już dobrze po czwartej”. I wtedy przypomniał sobie, że przez tę pieską pogodę, dającą się dziś we znaki właściwie od samego rana nikt pewnie nie odwiedzi dzisiaj w szpitalu dziadka. Ktoś jednak powinien pójść i zobaczyć jak się ma. No tak, ale już prawie w pół do piątej, a do szpitala kawał drogi. Dojazd na pewno zajmie z godzinę albo i więcej. Poza tym ten deszcz. Nie bardzo chciało się mu zmieniać plany i jechać teraz do odległej dzielnicy po to tylko, by przez chwilę posiedzieć z dziadkiem.

Spojrzawszy przez okno wystawowe, zauważył, że deszcz trochę zelżał. Ciężar przypomnianego sobie właśnie obowiązku nie dawał mu spokoju. No dobrze, jeśli wyjdzie na ulicę i akurat pojawi się autobus, to pojedzie. Tak trzeba po prostu i ani brak czasu, ani deszcz, ani zapadający wcześnie litopadowy zmierzch nie są wystarczająco dobrymi powodami, by zlekceważyć dziadka, do którego pewnie dzisiaj nikt inny nie przyjdzie.

Autobus pojawił się oczywiście natychmiast, gdy tylko opuścił księgarnię. Jego pojawienie się unieważniło wszelkie możliwe wymówki. Nie ma wyjścia, los tak chciał. Wsiadł przednimi drzwiami i zajął miejsce po prawej stronie nieopodal kierowcy. Dzięki temu mógł obserwować ulicę przez przednią szybę. Uwielbiał po zmroku patrzeć na tylne, czerwone światła pojazdów jadących z przodu. Widok ten sprawiał, że nawet wnętrze zwykłego miejskiego autobusu wydawało się mu całkiem przytulne.

Pomyślał o dziadku i od razu zaczął wspominać. Późna wiosna, leśna droga i dziadkowy rower. Miał wtedy najwyżej dziesięć lat. Dziadek zabrał go na wycieczkę swoją starą, ale doskonale utrzymaną kolażówką. Czeski „Jubilat”. Do ramy przywiązał kawałek żółtawej albo raczej pożółkłej gąbki, by wnuk mógł w miarę wygodnie jechać razem z nim. Droga nie była łatwa, ale dziadek nie takie trasy pokonywał rowerem. W lesie stanęli nad krawędzią głębokiego jaru. Słońce przeświecało przez liście i gałęzie drzew. Niemal nic nie zakłócało ciszy. Dopiero jego krzyk zmącił sielską atmosferę. Nieostrożny krok sprawił, że zaczął zsuwać się po zboczu jaru. Wprawdzie zdołał odwrócić się, by nie zjeżdżać bezwolnie na tyłku, a wyciągnięta dłoń zacisnęła się na wystającym, mocno już spróchniałym korzeniu jakiegoś drzewa, ale do bezpiecznego powrotu na drogę było daleko. W każdej chwili mógł zacząć się zsuwać dalej. „Dziadku pomóż”, zawołał.

Dziadek z udawaną obojętnością spojrzał na niego i powiedział „samżeś tam wlazł, to i sam musisz się wydostać”. Zacisnął zęby. Po chwili szamotania się z sobą samym znalazł oparcie dla drugiej ręki. Z trudem podciągnął się. Wprawdzie stopy ślizgały się na ściółce, utrudniając wydostanie się z pułapki, lecz w końcu udało się. Nieco zdyszany stanął koło dziadka. Spojrzał z pretensją we wzroku, ale ten nic nie powiedział, chociaż jego mina zdawała się mówić, „no widzisz, jakoś sobie poradziłeś”. Po chwili rzucił tylko krótko „jedziemy”. I pojechali dalej przez mostek, wzdłuż strumyka, w stronę stojących w słońcu domów pobliskiego osiedla.

Jeszcze z piętnaście minut i dojedzie do szpitala. Pogoda i coraz bardziej późny wieczór sprawiły, że w autobusie nie było zbyt wielu pasażerów. Padało ze zmiennym natężeniem. Obawiał się, że po dojechaniu na miejsce za bardzo zmoknie w drodze z przystanku. Wprawdzie do szpitala trzeba było przejść najwyżej dwieście metrów, ale dzisiaj, bez parasola mogło to nie być przyjemne.

Zastanawiał się, dlaczego właściwie dziadka wysłali tutaj. Szpital psychiatryczny. Ojciec powiedział, że tylko tam był akurat wolny aparat tlenowy, a przecież dziadek po tym całym nieszczęsnym wypadku i przy kłopotach z sercem cierpiał głównie na niedotlenienie mózgu. Mimo tego racjonalnie brzmiącego tłumaczenia czuł, że to nie całkiem w porządku. Dziadek w psychiatryku? Niby z jakiej racji? Może był już stary i schorowany, ale szpital psychiatryczny? Nie czuł się z tym najlepiej. Coś mówiło mu, że to po prostu niewłaściwe, że tak nie powinno być.

Dojechał wreszcie. To był końcowy przystanek. Wysiadł z autobusu. Z nieba pokapywało tylko trochę. Skręcił w prawo i pomaszerował spiesznie. W końcu w każdej chwili z nieba znowu mogło lunąć. Po najwyżej dwóch minutach dotarł do wejścia do szpitalnego budynku. Chwilę zmagał się z masywnymi drzwiami. Już na klatce schodowej, wchodząc na piętro, starł kilka kropel wody z policzków. Nacisnął dzwonek. Pielęgniarka zjawiła sie po chwili, by wpuścić go na oddział. Mógł iść dalej. Mijał pootwierane drzwi do sal, w których powinni przebywać chorzy. Ci jednak woleli krążyć po korytarzu. Ze zdumieniem stwierdził, że wokół niego byli sami młodzi albo bardzo młodzi ludzie. Wielu z nich to w zasadzie były jeszcze dzieci „Może szaleństwo to domena młodości”, przemknęło mu przez myśl.

To dziadek nauczył go, dobrych piętnaście lat wcześniej, jak kroić chleb. „Patrz” mówił, „nie dociskaj, tylko spokojnie pociągnij. Jeśli nóż jest ostry, to wejdzie w bochenek sam i nie poszarpie kromki”. Spróbował raz i drugi. Rzeczywiście, dziadek miał rację. Teraz już wiedział jak to robić. Matka, ta niecierpliwa, nerwowa i zapatrzona w siebie kobieta, nie mogła się odtąd nadziwić, że tak dobrze idzie mu ta prosta przecież czynność, której ona nigdy nie mogła opanować w zadowalającym stopniu. Te jej zmasakrowane niewprawną ręką kanapki. Szkoda słów. Przy niej był prawdziwym mistrzem, a wszystko dzięki dziadkowi. Nigdy nie przestał mu być wdzięczny za tę lekcję, dzięki której dowiedział się, że spokój i odpowiednia technika to gwarancja sukcesu w każdej dziedzinie.

Spokój. Tego akurat zawsze mu brakowało, ale akurat dzisiaj, kiedy już zdecydował, że trzeba, mimo deszczu, ruszyć w drogę do szpitala spokój nie tylko go nie opuszczał, ale wręcz całkowicie nim zawładnął. Dziwił się samemu sobie, temu dawno zapomnianemu już spokojnemu rytmowi serca, uczuciu nostalgii za nie wiadomo czym, graniczącej z cierpliwą rezygnacją z nie wiadomo czego i oczywistością poniesionej porażki, może nawet klęski, w kolejnym drobnym starciu z codziennością. „Dziwne. Czemu tak akurat dzisiaj?”

W sali numer 14 stało tylko jedno łóżko. Pokój był dość obszerny. Trudno powiedzieć, czy inne pokoje były podobne do tego, gdzie ulokowano dziadka. W każdym razie nie był tam sam. Otwarte drzwi, a może i wielkość sali wabiły tych wszystkich młodych psychicznie i nerwowo chorych. Kręcili się wokół dziadka, chociaż ten nie mógł ich widzieć, tak jak i nie dostrzegł przyjścia wnuka. Nie mógł widzieć otaczających go osób. Był nieprzytomny już od dwóch czy trzech dni. W zasadzie już od jakiegoś czasu było wiadomo, jak się to wszystko musi skończyć, ale nonsensowna i egoistyczna wola tak zwanych najbliższych kazała im zrobić jeszcze to i jeszcze owo, by przedłużyć dziadkowi życie jeszcze o dzień, dwa czy pięć, nie pytając go przy tym o zgodę.

Jeden z obecnych w pokoju młodych pensjonariuszy szpitala zagadnął właśnie przybyłego. „Proszę Pana, to Pana dziadek? No dziadeczek, dziadunio taki chory, taki chory, ale pewno wszystko będzie dobrze. A Pan? Co Pan robi? Mieszka Pan w mieście? Ale daleko pewnie, co? No, no i w taką popgodę Pan przyjechał. No, no, dobry z Pana wnusio”. Ile on mógł mieć lat? 15, może 16. Na pewno nie więcej. Co sprawiło, że takie dziecko tutaj trafiło? Skąd się tu wziął ten wariatuńcio, jak zaraz po tym „dziadeczek, dziadunio” ochrzcił go w myślach. Jakaś ironia losu, kompletna pomyłka ludzi i natury. Nawet przez chwilę zrobiło mu się wstyd że w myślach nazwał tego biednego chłopaka „wariatuńciem”, ale jakoś już tak zostało.

Dziadek leżał bez ruchu nakryty kołdrą aż pod samą brodę. Właściwie to nawet dobrze, bo przy późnojesiennej aurze i otwartych na stałe drzwiach w pokoju wcale nie było ciepło. W każdym razie zupełnie nie przypominał dziadka, który w lepszych czasach bez problemu potrafił z odległości 50 metrów trafić kota ze swojej starej, poczciwej procy. Cieszył się przy tym, jakby każdy celny strzał dawał mu co najmniej olimpijski medal. Chciał nauczyć wnuka trudnej sztuki strzelania do kotów z dużej odległości. Ofiar przy tym nie było, chociaż koty, nauczone doświadczeniem pierzchały, gdy tylko dziadek „otwierał ogień” z okna swojego mieszkania, a te trafione na pewno cierpiały przez moment albo i dłużej. Chyba nie był specjalnie szczęśliwy, że mimo starań (zrobił nawet doskonałą małą procę) wnuk nie podzielał jego myśliwskich zainteresowań. Wuj uważał, że dziadek tak naprawdę wcale nie polował na koty. „Do ptaków strzela w wolnych chwilach”, tłumaczył „a ta cała afera z kotami to tylko po to, że to niby tak szlachetniej wygląda, prawie jakby na jakieś lwy czy tygrysy polował”. Może i prawda. Trudno powiedzieć.

Płytki oddech i bezruch dziadka zaniepokoił go. Usiadł na łóżku i patrzył na twarz starego, umierającego człowieka. Może jeszcze dzień, a może trzy, ale trudno było mieć złudzenia. Wiedział, że dziadek już nie wyjdzie z tego szpitalnego pokoju. Rodzice też to wiedzieli, ale rozpaczliwie kombinowali, co by tu jeszcze zrobić. Groteska i męka jednocześnie. Trzymali się tego życia dziadka o wiele bardziej niż on sam.

W pewnej chwili ogarnęła go jakaś niezrozumiała tkliwość. Wsunął rękę pod kołdrę, ujął dłoń dziadka i nie wiedzieć czemu powiedział cicho, ale tak, że dziadek mógłby go usłyszeć „nie bój się”. Powtórzył „nie bój się”. Dziadek poruszył się nieznacznie. Zupełnie jakby naprawdę go usłyszał. Wziął głębszy oddech, wypuścił powietrze i całkiem znieruchomiał. „O do diabła, czyżby…”, myśl o śmierci, w tym momencie myśl bardzo praktyczna, przeszyła mu czaszkę niczym błyskawica. „Nie ma cudów, chyba umarł”, skonstatował właściwie bez większej emocji. Przecież wiedział, że ta chwila musi nadejść, a że akurat dzisiaj… To kwestia przypadku, w sumie dość szczęśliwego. W każym razie był już od dawna przygotowany na to, co się najprawdopodobniej właśnie stało. Dlatego mógł sprawę potraktować w tak oczywisty sposób, bez zbędnego dramatyzowania. Poszedł po dyżurną lekarkę, by ta autorytatywnie stwierdziła, czy się mylił. Czy to już, czy też pożegnanie z dzaidkiem było przedwczesne.

Po chwili wrócił w towarzystwie kobiety w średnim wieku, z krótko ostrzyżonymi włosami, białym fartuchu i równie białych trepach, z dyndającym na szyi stetoskopem. Za nimi, przeczuwając ważne zdarzenie, jakąś sensację, wpadł wariatuńcio. Lekarka sprawdziła puls, odsunęła dziadkowe powieki, sprawdziła reakcję źrenic na światło, sucho stwierdziła „zgon,. godzina…”, i po prostu wyszła. Wariatuńcio zaczął zawodzić „ola Boga, dziadeczek, umarło się dziadeczkowi, umarło”. I tak w kółko przez dobrych kilka minut.

Nie bardzo wiedział, co miałby niby zrobić. Zbliżył się do martwego ciała. Spojrzał na dziadka i zauważył, że odsunięte przez lekarkę powieki zostały w pozycji odsłaniającej gałki oczne. Nachylił się i ruchem podpatrzonym w filmach zamknął dziadkowe oczy. Potem wziął go raz jeszcze, tym razem już ostatni, za za rękę. Wtedy przypomniał sobie, że powinien zawiadomić rodziców o tym, co się stało. Odłożył rękę dziadka i poszedł jeszcze raz do pokoju lekarskiego i zapytał czy może zatelefonować. Lekarka zgodziła się w taki sam obojętny sposób, w jaki stwierdziła, że dziadek umarł.

Wykręcił numer i czekał. Po chwili usłyszał w słuchawce głos matki. „Gdzie jesteś?” spytała. „W szpitalu u dziadka. Czy możesz dać mi na chwilę ojca?” Po chwili ciszy usłyszał warknięcie. „Czego chcesz?” – pokłosie wczorajszej, jeszcze jednej awantury o niewidomo co. Ach, ten jego stary. Miał ochotę odpysknąć, ale powstrzymał się i starając się nie okazywać emocji (przede wszystkim wywoływanych wspomnieniem wczorajszej scysji), powiedział „uspokój się. Jestem w szpitalu”. „No i co z tego?” replikował ojciec w sposób wskazujący na to, że jeszcze mu nie przeszło i że nadal jest w bojowym nastroju. „Dziadek właśnie umarł przed chwilą”.

W słuchawce przez chwilę zaległa cisza, a później usłyszał łkanie ojca. Lekko się zdziwił. Przecież obaj za sobą za nadto nie przepadali, a tu taka rozpacz. Spodziewał się smutku, ale nie aż takiego. Może źle to wszystko oceniał, a może ten płacz to tylko część śmiertelnego obyczaju? Ktoś umiera – muszą być łzy.

Rzecz jasna dalszej rozmowy już nie było. Odłożył słuchawkę i podziękował lekarce, co ta skwitowała ledwo dostrzegalnym skinięciem głowy. Wrócił jeszcze na chwilę do dziadka. Ojciec nie był jedynym, który zapłakał na wieść o śmierci dziadka. Wariatuńcio wciąż jeszcze wycierał oczy mankietem szpitalnego szlafroka. Może w łepetynie nie wszystko miał po kolei poukładane, ale jego żal był z pewnością szczery. Może nawet szczerszy niż łzy ojca. „Czy trzeba być wariatem, by uczciwie i prawdziwie bezsinteresownie rozpaczać?”, zastanowił się przez chwilę.

W międzyczasie ktoś z personelu podszedł do dziadka i nakrył go prześcieradłem. Tym ostatecznym gestem definitywnie wykreślono go z listy żywych, a jednocześnie zasygnalizowano wnukowi, że nie ma już w szpitalu nic do roboty i może zbierać się do domu. Wstał, spojrzał raz jeszcze na okryte bielą ciało i wyszedł na korytarz. Po chwili znalazł się przed budynkiem.

Niebo wciąż było ciężkie od deszczowych chmur, ale nie padało. Postanowił nie wsiadać na pętli, ale przejść się kawałek do jednego z następnych przystanków. Po kilkunastu krokach zatrzymał się, odetchnął głęboko. Dopiero docierało do niego to, co stało się tego wieczora. Poczuł ulgę. Niewiele brakowało – parę kropel deszczu więcej albo odrobinę większe zmęczenie pracą czy, nie czarujmy się, odrobinę większe rozleniwienie – a nie pojechałby do szpitala. Teraz wiedział, że dziadek czekał. Nie wiedział, czy akurat na niego, ale czekał. Możliwe, że nie dałby rady dotrwać do następnego dnia, do chwili gdy ktoś inny z rodziny przyszedłby odwiedzić go w szpitalu.

Zresztą ta cała rodzina… Ojciec z matką mieli już wyraźnie dosyć tych szpitalnych eskapad. Starali się jak najlepiej wywiązać z obowiązku, którym obarczyło ich życie, ale w tym, co dla dziadka robili, było coraz mniej serdeczności, a coraz więcej działania wymuszonego przyzwoitością. Ciotka nie miała takich skrupółów. Szczerze nienawidziła dziadka (który zresztą nie był jej ojcem; rezultat wojennej zawieruchy sprzed wielu dziesiątek lat) za faktyczne i urojone przewiny. Gdyby mogła, w ogóle by go nie odwiedzała. Sedno w tym, że nie mogła, bo podpadłaby bratu, z którym też nie wszystko układało się należycie, ale wciąż ich stosunki można było uznać za co najmniej poprawne. Wuj, jej mąż, trzymał się od całej sprawy z daleka. Nie wykluczone, że głównym powodem był jego wiek. Był tylko o dziewięć lat młodszy od dziadka. Możne się było domyślać, że nie byłoby mu łatwo patrzeć, tak całkiem z bliska, na swoją najprawdopodobniej nieodległą przyszłość.

Chyba więc jednak dziadek czekał właśnie na niego. Prawda, że pewnie i dlatego że wcześniej nie zdążył go jeszcze odwiedzić w szpitalu, ale głównie przecież ze względu na wspomniane, rzec by można, obiektywne powody jego obecność przy dziadkowym odchodzeniu była najmniej dokuczliwa, ba, najbardziej pożądana. Wnuk to wnuk. Ani się z takim nie zdążyło tak naprawdę pokłócić, ani na serio zaleźć mu za skórę (a dziadek to potrafił, o czym najboleśniej przekonywała się przez całe życie babcia, ojca macocha, święta i ciężko doświadczona przez męża kobieta; zmarła przed piętnastu laty w poczuciu bólu, osamotnienia i przeświadczenia, że stała się dla męża nieznośnym ciężarem). Zostały właściwie same lub prawie same dobre wspomnienia, co czyniło z niego oczywistego towarzysza zawsze samotnej drogi w zaświaty.

Przeszedł cztery przystanki. W końcu wsiadł do nadjeżdżającego autobusu. Tym razem pasażerów było jeszcze mniej niż przed kilku godzinami. Dochodziła dziewiąta. Ciemno, jakby był to środek listopadowej nocy. Wciąż jeszcze myślał o dziadku i o tym, jak przypadkowo zrobił to, co powinien był zrobić. Nawet nie próbował się oszukiwać. Wcale nie był taki dobry i szlachetny. Po prostu wyszło jak wyszło, akurat dobrze nie tylko dla dziadka, ale i dla niego… Głupi ma szczęście. Tym razem w nieszczęściu kogoś innego, chociaż… Dziadek ma w końcu święty spokój. Umarł bez zbędnego cierpienia, a w dodatku był wtedy obok ktoś mu życzliwy. Wszystko dobrze się poskładało.

Zgłodniał. Autobus wreszcie dotoczył się jego przystanku. Wysiadł i zaczął zastanawiać się, co właściwie chciałby kupić na kolację. Dziadek dziadkiem, śmierć śmiercią, ale w brzuchu zaczęło burczeć i trzeba było coś z tym zrobić. Nieznośnie wygodna proza życia dała o sobie znać. Wszedł do sklepu spożywczego. Kupił chleb i puszkę sardynek. „No, kolacja będzie jak się patrzy. Muszę trochę odpocząć. Jutro zacznie się ten cały cyrk z pogrzebem, wybieraniem trumny, kupowaniem kwiatów, dogadywaniem sprawy z księdzem, restauracją, wszystkimi chętnymi do wzięcia udziału w uroczystości”.

Wszedł do mieszkania. Całe szczęście, że już jakiś czas temu wyprowadził się od rodziców. Był pewien, że gdyby jeszcze tego wieczora miał ich na głowie, to dołączyłby do wariatuńcia w psychiatryku. Otworzył drzwi do mieszkania. W kuchni położył zakupy na stole. Podszedł do okna i spojrzał w dal. Jednak nie czuł się całkiem dobrze, a dzisiejsza wyprawa do szpitala i wszystko, co wydarzyło się przed niecałymi dwiema godzinami dopiero zaczęło zajmować miejsce w jego pamięci, w jego prywatnym katalogu minionych zdarzeń. Nie, nie chodziło o to, że dotknęła go nieuchronność przemijania czy że, najzwyczajniej w świecie, przestraszył się śmierci. To nie był jego pierwszy raz, kiedy się z nią spotkał, chociaż po raz pierwszy poczuł jej tchnienie z tak bliska. To jednak nie zrobiło na nim wrażenia. Jakoś sie jej po prostu nie bał, przynajmniej póki co. Poczuł raczej żal za czymś, co właśnie utracił. Żal, że już nigdy dziadek nie przyjdzie do rodziców na jeden z tych przeklętych niedzielnych obiadów, że przy okazji nie pokłóci się z ojcem o byle co, że już nigdy nie wystrzeli swoim dzikim zwyczajem z korkowca w sylwestrowy wieczór. Potarł ręką policzek. Spojrzał na nią i ze zdziwieniem stwierdził, że wnętrze dłoni było wilgotne.

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Redakcja i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s