Festiwal piosenki natrętnej II

Tomasz Fetzki

Piosenki

Pojawiają się nie wiadomo skąd. Przybywają, kiedy same zechcą: czasem przy okazji ważnej rocznicy, niekiedy sprowokowane jakimś wydarzeniem. Natrętne piosenki. Niegdyś usłyszane, raz po raz wracają.

Balast to czy bogactwo? Viator skłania się osobiście ku pierwszej opcji; z biegiem lat coraz mocniej dochodzi do przekonania, że im kto głupszy, tym szczęśliwszy. Ale to obojętne – w każdym z przypadków warto się z tych wizyt natrętnych zwierzyć Czytelnikom. Jeśli są ciężarem, łatwiej go będzie wspólnie nieść. Jeżeli zaś  to skarb – niechże się mnoży przez podział!

Ogłasza przeto Wędrowiec inaugurację festiwalu piosenki natrętnej. Ściślej, zaczęła się ta gala nieco wcześniej – stąd dwójka w tytule dzisiejszego tekstu – refleksją wysnutą na rocznicę wrześniowej inwazji Sowietów. Bo już piosenka Grechuty, zamieszczona przy okazji rozważań o destrukcyjnej naturze władzy, to nie pomysł Viatora, lecz Samej Szefowej Bloga. Rzecz nie w tym, jakoby była to inicjatywa nietrafiona (bo jest wprost przeciwnie), lecz w tym, że Wędrowiec czuje głęboką niechęć do przypisywania sobie cudzych inicjatyw.

Ale teraz zaczynamy na serio. Co nie znaczy bynajmniej – systematycznie. Natręctwo to natręctwo, pulsuje własnym rytmem, za którym podążać będziemy.

Jutro 11 listopada. U nas, co zrozumiałe, to dzień refleksji nad odzyskaną niepodległością. Tak jest i tak być powinno. Ale gdzieś niesłusznie umyka nam to, co stało się treścią tego święta we wszystkich innych krajach świata: koniec Wielkiej Wojny. Koniec koszmaru. Koniec rzeźni. Niesłusznie i niepotrzebnie nam umyka, bo warto się czasem – a teraz wszak czas najlepszy – zastanowić nad skutkami, jakie ten konflikt zbrojny wywarł, i wywiera właściwie do dziś, na nasze życie. Ale o tym, że Wielka Wojna, choć tak ważna, pozostaje z niezrozumiałych względów zapoznana i pomijana, snuł już Viator refleksje w stulecie jej wybuchu (i kto zechce, może je sobie przeczytać). Teraz nie zamierza się ponownie nad tematem nadmiernie pochylać. Teraz czas na piosenkę natrętną. Poznał ją Wędrowiec wiele lat temu, gdy zdarzyło mu się zamieszkać na dłużej w Słodkiej Francji, więcej nawet – zrządzeniem przewrotnego losu usłyszał ją po raz pierwszy w Compiègne, miejscu podpisania zawieszenia broni 11 listopada 1918 roku. Ma owa piosenka już 25 lat, ale może ktoś jej dotąd nie poznał? Może jednak będzie Viator oryginalny?

Jej treść dotyczy tematu zakończenia I Wojny Światowej choć wyraziście, to jedynie pośrednio. Ale i tak co roku, w tych właśnie dniach, utwór natarczywie powraca. Dlaczego? Trudno orzec: natręctwo to natręctwo, rządzi się własną logiką.

Nie powie Wędrowiec niczego odkrywczego jeśli stwierdzi, że istnieją piosenki, które są autonomiczne wobec swych wykonawców i wielu może je zaśpiewać z doskonałym skutkiem. Oraz że stworzono takie, które, z różnych skądinąd względów, są przypisane do konkretnego artysty, zrośnięte z nim na zawsze. Nic odkrywczego, po co więc Viator o tym mówi? Ano dlatego, że może się zdarzyć sytuacja, gdy ktoś spośród Czytelników nie miał dotąd okazji spotkać się z wykonawcami dzisiejszej piosenki natrętnej. A ich postacie są tutaj kluczowe: trzeba znać pewne szczegóły, aby wyczuć wszystkie smaczki, wyłapać wszelkie konteksty, słowem – aby utwór w pełni odebrać. Voila, Messieurs-Dames: trio Fredericks Goldman Jones, działające w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku!

Założyciel, główny kompozytor i autor grupy to Jean-Jacques Goldman, poniekąd jeden ze znaków firmowych współczesnej francuskiej muzyki rozrywkowej. Francuz, a jakże! Syn żydowskich imigrantów – ojciec przybył nad Sekwanę z Polski, matka z Niemiec. Swoją drogą – jaka byłaby francuska piosenka bez tych wszystkich mniej rdzennych – bez Nany Mouskouri, Yvesa Montanda, Dalidy, Jacquesa Brela, Georgesa Moustaki czy Charlesa Aznavoura. No, jaka? Francja dla Francuzów? Powodzenia, chłopaki!

Carole Fredericks, najmłodsza z trójki, spadkobierczyni dziedzictwa afrykańskich niewolników, urodziła się w wolnym, północnym stanie Massachusetts; ona też najwcześniej odeszła. Trochę symbolicznie, bo na afrykańskiej ziemi, podczas tournée w Senegalu, mając zaledwie 49 lat.

No i Michael Jones – rudawy (w młodości, rzecz jasna, bo dziś raczej mocno szpakowaty), zadziorny, chciałoby się rzec: typowy Irish! I niewiele byśmy się pomylili. Nie Irlandczyk co prawda, ale jednak Celt. Tyle, że łaskawy los dał mu ojczyznę na drugim brzegu Morza Irlandzkiego, w Walii.

Viatorka twierdzi, że taki zestaw wykonawców jest zbyt łopatologicznie oczywisty, zaś muzyka na kilometr pachnie Eurowizją. Ale to chyba przesada: biografie artystów przydają piosence autentyzmu, a muzyka brzmi po prostu przestrzennie, pomaga gładko przemierzać bezkresy czasu i obszarów, po których prowadzą nas wykonawcy. Zaś aranż jest perfekcyjny!

Tekst? Nie oczekujcie wyrafinowanej poezji. Zamiast niej otrzymacie słowa bezpretensjonalne i proste, ale szczere. I chyba dlatego właśnie przekonujące. Mocne.

Dla słuchacza wersji oryginalnej, tak jak dla Polaka, niemieckie słowo Leidenstadt, jest obce i nic nie znaczy. Dlatego Viator nie zdecydował się na jego przetłumaczenie. Choć być może warto by tak uczynić. Bo nie ma takiego miasta – to nazwa symboliczna, stworzona przez autora. Tylko jak ją przełożyć? Bolesty? Cierpiętopol? Zostawmy to germanistom. I słuchajmy.

A jeślibym się urodził w roku 17 w Leidenstadt
Na ruinach, na polu bitwy
Stałbym się lepszy czy gorszy niż oni
Gdybym był Niemcem?

Wykołysany upokorzeniem, nienawiścią i niewiedzą
Wykarmiony marzeniami o zemście
Czy miałbym tę niemożliwą świadomość
Kropli w potoku?

A gdybym dorastał pośród doków Belfastu:
Bojownik wiary i klanu
Czy miałbym na przekór wszystkiemu siłę,
By stanąć przeciwko swoim
I zdradzić – uściskiem dłoni?

A gdybym przyszła na świat biała i bogata
W Johannesburgu, między władzą i strachem
Czy słyszałabym te skargi niesione przez wiatr?
Nic już nie będzie takie, jak dawniej.

Nie dowiemy się nigdy, co czai się w naszych wnętrzach
Ukryte pod płaszczykiem pozorów:
Duch bohatera czy wspólnik kata
To, co najgorsze, czy to, co najpiękniejsze.
A gdyby wymagano od nas czegoś więcej, niż słowa
Stawilibyśmy opór, czy poszli, jak barany w stadzie?

Jeślibym się urodził w roku 17 w Leidenstadt
Na ruinach, na polu bitwy
Stałbym się lepszy czy gorszy niż oni
Gdybym był Niemcem?

I niech nam będzie zaoszczędzona
Tak długo, jak możliwe
Konieczność stanięcia przed tym wyborem.

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Tomasz Fetzki i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „Festiwal piosenki natrętnej II

  1. Karolina pisze:

    Bardzo podobają mi się Twoje wpisy, dają wiele do myślenia. Kolejny blog do listy obserwowanych🙂

  2. pharlap pisze:

    Miasta Leidenstadt nie ma, ale gdyby, zgodnie z treścią 3. zwrotki, ktos urodził się w Johannesburgu to znałby takie miasto, którego nazwa znaczy to samo – Lydenburg.

    • Viator pisze:

      Oczywiście zaraz sprawdziłem na Wikipedii te informacje (za które serdecznie dziękuję) z Antypodów. Faktycznie – jest. I ma bardzo ładną świątynię kalwińską, jak to u Afrykanerów!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s