Dwie historie wigilijne

Roman Zygmunt Brodowski

Puste krzesło

Czy pamiętam moją najpiękniejszą wigilię? – Oczywiście.

Był grudzień roku 1981 – pamiętny miesiąc rozpoczęcia stanu wojennego.
O, ironio, ten tragiczny dla naszego narodu okres, dla mnie stał się lekcją prawdziwej pokory, miłości i wiary.
W tym czasie mieszkałem w kopalnianym domu górnika, wybudowanym przy nowo powstałej kopalni w Żorach. Właśnie w Żorach znalazłem miejsce schronienia, po tym jak opuściłem Bytom, ostrzeżony przez personalnego kopalni „Dymitrow” przed sankcjami, jakie mnie czekały za niesubordynację, czyli nie podjęcie pracy podczas strajku generalnego.

Kiedy 13 grudnia internowano mojego brata, a moja mama ukryła się przed SB u swojej koleżanki, z dala od domu, wiedziałem, że w tym roku nie spotkamy się wszyscy przy naszym rodzinnym, wigilijnym stole.

Nie wiedziałem natomiast tego, co miało nastąpić krótko przed planowanym wyjazdem do domu. Okazało się bowiem, że nie dostałem przepustki na wyjazd, co równało się temu, że święta spędzę wraz ze współmieszkańcami „wólca”, jak Ślązacy zwykli nazywać hotel robotniczy.

24 grudnia kopalnia przygotowała dla nas na terenie hotelowej stołówki tradycyjną kolację wigilijną.
Właściwie nie wiem, czy można to było nazwać kolacją. Wieczerza rozpoczęła się bowiem o godzinie piętnastej.
Do stołu zasiadło nas dziesięciu, może dwunastu „samców” i dwie kucharki. Nie było ani opłatka ani choinki. Jedynym świątecznym elementem był stroik z wielką bombką leżący pośrodku stołu, na którym pokazały się typowe polskie potrawy, czyli barszcz z uszkami, wigilijny karp i zupa grzybowa.
Mimo przytłaczającej atmosfery staraliśmy się jak najbardziej podtrzymywać sztuczny klimat rodzinnej sielanki.

Po godzinie wspólnego posiłku rozeszliśmy się, jedni do swoich pokoi, inni do świetlicy, jeszcze inni na dwór
Ja postanowiłem wybrać się na spacer. Wieczór był wyjątkowo mroźny i pogodny. Księżyc jaskrawo oświetlał zaśnieżone pola.

W zamyśleniu podążałem w kierunku Świerklan. W oświetlonych oknach nielicznych domów widniały wystrojone choinki. Ich mieszkańcy odziani w odświętne stroje krzątali się po izbach, śpiewali kolędy, rozpakowywali prezenty. Widok ten wyciskał mi łzy z oczu.

Tęsknota za najbliższymi, strach o nich, wywoływały we mnie huśtawkę nastrojów, od zwykłego żalu aż po frustrację.

Właśnie mijałem kolejny dom, gdy nagle nie wiadomo skąd, naprzeciwko mnie stanął starszy mężczyzna, a obok niego kilkuletnia dziewczynka.

– Wesołych Świąt – powiedział
– Wesołych – odpowiedziałem starając się go wyminąć.
– Niech pan zoczeka panoczku – zagadnął nieznajomy, delikatnie chwytając mnie za ramię. – Pan chyba nietutejszy – kontynuował.
– Nie, nie tutejszy – potwierdziłem jego przypuszczenia. Mieszkam w domu górnika – wskazałem widniejący na tle szybu oświetlony blok.

Mężczyzna pokiwał głową i począł wypytywać skąd pochodzę, ile mam lat, jak liczną rodzinę, jakie plany na świąteczne dni i tak dalej.
Natomiast dziewczynka obserwując mnie z ukosa, co jakiś czas mnie zaczepiała, szturchając rubasznie w bok. Nawet nie wiem, jak to się stało, ale im dłużej ze sobą rozmawialiśmy, tym większa była tajemnicza nić sympatii, przybliżająca nas ku sobie.

W końcu starszy pan zaproponował, abym spędził u niego wigilię. Oczywiście na początku odmówiłem, tłumacząc się, przeziębieniem i bólem głowy. Dziewczynka nie dała za wygraną i chwyciwszy mnie za rękę zaczęła prosić, żebym się zgodził.
– Piknie was prosza ponocku, pódź z nami. Bydymy wos radzi – powtarzała.

W końcu zgodziłem się. Chociaż szczerze mówiąc było mi bardzo głupio.

Po kilku minutach stanęliśmy w progu dużego jednorodzinnego domu.
Przy drzwiach stała starsza kobieta w ludowym stroju, a obok niej trzy dziewczynki.
– Kaj ze sie smykoł chopecku – zapytała – i nie czekając na odpowiedź, kazała prosić gościa, czyli mnie do chałupy.

W wielkiej izbie krzątały się cztery dorosłe osoby. Kobiety nakrywały do stołu, a mężczyźni ustawiali krzesła. Dziwił mnie fakt, że oprócz otaczającej mnie gromadki dzieciaków, nikt nie zwracał na mnie uwagi, nikt o nic mnie nie pytał.
Dopiero gdy wszystko już było gotowe do rozpoczęcia wieczerzy, dorośli zaczęli podchodzić do mnie i witając przedstawiali się po kolei. Następnie spokojnie zajmowali miejsca koło stołu.

Stałem obok drzwi, nie wiedząc jak się zachować. Dopiero gdy senior rodu, pan który mnie przyprowadził, postawił talerzyk z opłatkiem na stole, jego syn zapalił świece, a seniorka rodu położyła na pustym krześle białą haftowaną serwetkę, zrozumiałem o co chodzi.
Oboje staruszkowie podeszli do mnie i wziąwszy pod ramię zaprowadzili do tego pustego krzesła. Wszyscy wstali i modlitwą wypowiedzianą ustami seniora rozpoczęli wigilijną kolację.
Nikt nie może sobie wyobrazić wzruszenia, jakiego doznałem, gdy podczas modlitwy usłyszałem następujące słowa.

„Dziękujemy Tobie Panie Boże za łaskę, jakiej doznajemy i za przybysza jakiego nam posłałeś, byśmy się mogli dzielić naszą radością z innymi”.

Po wigili poszliśmy na pasterkę. A i święta spędziłem z tą wielopokoleniową rodziną.

Co było potem? – Potem przez kilka wspaniałych lat mieszkałem u nich. Najpierw jako lokator wynajmujący stancję, później przyjaciel domu, aż w końcu niepisany członek rodziny moich niezapomnianych Nieszporków i Dworoków.

Minęło wiele lat, a ja wciąż pamiętam, wciąż czuję wobec nich dług wdzięczności za ich chrześcijańską dobroć.

Jak dobrze, że znów nadchodzą święta. Jak zawsze postawię puste krzesło, z nadzieją, że ktoś obcy, ktoś smutny, sponiewierany przez los, zapuka do mych drzwi. A może w tym roku poszukam go sam. Przecież jestem chrześcijaninem.

Berlin grudzień 1996 – zmodyfikowane grudzień 2015

Spotkanie

Jadąc berlińskim metrem na tradycyjne comiesięczne spotkanie z
„Kresowianami” spotkałem niezwykłych ludzi. Była to para staruszków dostojnie odzianych w czarne sukienne palta. Usiedli vis-a vis. Trzymając się za ręce, patrzyli na mnie uśmiechając się. Cicho, o czymś rozmawiali Nieco poirytowany ich spojrzeniami i ja zacząłem ich obserwować. Na początku wydawało mi się, że jest to jakieś bardziej europejsko cywilizowane małżeństwo tureckie. Na posiwiałej głowie jegomościa leżała czapeczka z ciemnoniebieskiej włóczki, podobna do tych jakie zazwyczaj noszą Turcy, kształtem przypominająca nieco głębszą żydowską „jarmułkę”. A i zadbana siwa broda, śniada cera, ciemne brwi i oczy klasyfikowały go jako obywatela Turcji. Kobieta także pasowała wyglądem do tej nacji. Tyle tylko, że na głowie brakowało stałego elementu ubioru kobiet w tym wieku czyli zakrywającej włosy chusty.
Dopiero mowa jaką się porozumiewali, kazała mi zastanowić się nad tym, skąd pochodzili. Była niepodobna ani do tureckiej, ani arabskiej, ani do żadnej znanej mi fonetycznie odmiany języków południowych, czy też bliskowschodnich.

Zaciekawiony, delikatnie zapytałem mężczyznę o pochodzenie jego języka. Niestety on mnie nie zrozumiał. Powtórzyłem pytanie posługując się wątpliwie mi znanym angielskim. Odpowiedział, że jest to język syryjski. Zdziwiłem się, bo syryjski to jednak arabski, ale oni oboje mówili tak łagodnie, że ich mowa zabrzmiała mi całkiem tajemniczo.
Obawiając się, że po angielsku mogę sobie nie poradzić, zadałem mu jeszcze pytanie, a mianowicie, czy oprócz syryjskiego i angielskiego, zna jeszcze inne języki. Okazało się, że zna rosyjski i pobieżnie francuski. Odetchnąłem z ulgą, bo i jeden i drugi jest mi znany.
Rozmawialiśmy o wielu sprawach. Dowiedziałem się, że mój rozmówca był znanym lekarzem w Damaszku. Pracował jako onkolog w szpitalu, prowadził wykłady na uniwersytecie medycznym. Rosyjski zna dobrze, bo w młodości studiował w Moskwie, a po studiach pięć lat odbywał staż w jednym z moskiewskich szpitali.
Opowiadał o ojczyźnie , o tęsknocie do niej, o tym ile musiał przejść, by dzisiaj spokojnie być tu, w Berlinie.

O tym, co mi powiedział, nie napiszę, bo i tak 90% polskiego społeczeństwa wie lepiej, jak tam w Syrii jest, kto doprowadził do dramatu narodu syryjskiego i kto ich zdaniem ponosi winę za to co się dzisiaj dzieje na bliskim wschodzie. Nie będę
burzył wewnętrznego spokoju i przekonania o własnej nieomylności moich rodaków, bo nie widzę w tym sensu.
A i polscy intelektualiści? – (mówiąc o tych dla których „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”) także wiedzą swoje – ze słyszenia.

Zresztą – o powolnej zmianie kulturowej i religijnej, jaka zachodzi w Europie i na świecie, a czego jesteśmy świadkami, pisałem już w 2007 roku.
I tak jak wówczas również dzisiaj moje zdanie dla naszych decydentów jest bez znaczenia, a listy tzw. otwarte jakie w związku z moim zaniepokojeniem od czasu do czasu wysyłam, trafiają zapewne do kosza lub w przysłowiową próżnię.
Powiem tylko tyle, że pomyliłem się, bo proces przemian kulturowych, a przede wszystkim religijnych zachodzi o wiele szybciej, niż myślałem. Wówczas twierdziłem, (w oparciu o badania socjologiczne, jakie zostały wykonane przez holenderskich naukowców w 2007 roku) że nieunikniona zmiana dominacji tak zwanej kultury zachodniej na rzecz cywilizacji islamskiej, zwłaszcza w obszarze religii i kultury, może w Europie nastąpić już w roku 2050. Proces ten (jak pisałem) miałby przebiegać w sposób pokojowy, poprzez tak zwaną wojnę przyrostu naturalnego. Kryzys demograficzny po stronie społeczeństwa rozwiniętego, starzejące się narody oraz brak zainteresowania tworzeniem wspólnot rodzinnych, przy pełnej akceptacji dominantu komercji nad podstawowymi wartościami chrześcijaństwa na bazie których powstaliśmy, z jednej strony, i ekspansywna polityka zwiększenia populacji w przestrzeni państw kultury wschodniej (islamskiej) zwłaszcza na terenie Europy (na koszt Europejczyków – pomoc socjalna) z drugiej, prostą drogą prowadzą do wyparcia na naszych terenach trwającego ponad dwa tysiące lat chrześcijaństwa. Nietety dzisiaj zarówno tempo jak i sam proces tych przemian coraz bardziej nabiera cech konfrontacji siłowej.

Wracając do spotkania oko w oko z syryjskimi uchodżcami, to w momencie gdy stwierdziłem (wyrażając solidarność z ich narodem), że mam nadzieję, iż winien tylu zbrodni Assad, poniesie w końcu zasłużoną karę , usłyszałem, że nie od Assada naród syryjski ucieka, a od fanatyków islamskiego państwa oraz wspierających ich sojuszników. Przyznam, że nie mam pojęcia o kim mówił mój rozmówca, a może i lepiej nie wiedzieć.
Po co ma mnie ktoś posądzać o wrogą naszej polskiej racji stanu propagandę. Przecież polskie środki przekazu są jak ksiądz na ambonie, czyste i zawsze prawdomówne.
Dojeżdżając do celu postanowiłem godnie pożegnać moich współtowarzyszy podróży. Dopiero gdy wstali zauważyłem w klapie palta Pana Syryjczyka maleńki złoty krzyżyk.
– A to co? – zapytałem.
– To pamiątka mojego chrztu – uśmiechnął się dobrodusznie. – Od pokoleń moja rodzina i ja jesteśmy członkami chrześcijańskiej wspólnoty i od pokoleń modlimy się do Pana Jezusa. Uścisnąłem mu dłoń i wysiadłem z metra.

– Jak dobrze, że znów nadchodzą święta – pomyśałem. – Jak zawsze postawię puste krzesło, z nadzieją, że ktoś obcy, ktoś smutny, sponiewierany przez los, zapuka do mich drzwi. A może w tym roku poszukam go sam. Przecież jestem chrześcijaninem.

Opowiadanie oparte jest na faktach
Berlin 29.11. 2015

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Ryszard Dąbrowski i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Dwie historie wigilijne

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s