Festiwal piosenki natrętnej IV

Tomasz Fetzki

Cavatina, czyli nieodwołalnie utracona beztroska

Dziś piosenka nietypowa. Właściwie: w ogóle nie piosenka, tylko miniaturka instrumentalna. Wszelako natrętna. I to bardzo.

Gdy słuchamy utworu tekstowo-muzycznego, sprawa jest jasna, a treści oczywiste. Jednak go braknie słów… Mówią, że muzyka to najbardziej czysta, abstrakcyjna spośród sztuk wszelakich. Niczego nie przedstawia, niczego nie oznacza, po prostu wyraża ukrytą harmonię kosmosu. Skoro mówią, pewnie tak jest!

Jednak, od czasu do czasu, ktoś melodiom usiłuje nadać znaczenie; bywa, że z dobrym skutkiem. Gdyby Rudy Ksiądz z Wenecji nie opatrzył swego koncertu skrzypcowego E-dur dodatkowym tytułem, czy ta muzyka przywodziłaby nam na myśl powiew zefirka, trzepotanie motylich i pszczelich skrzydełek oraz taniec promyków młodego słoneczka? Może tak, może nie. Ale skoro kompozytor nazwał utwór Wiosną, to już się nam tak ona nieodparcie będzie kojarzyć. Podobne przykłady można mnożyć, ale to by było przeładowanie tekstu ornamentyką, a przecież ostatnio podnosiły się na blogu głosy sprzeciwu wobec barokizowania. Niechże przeto za cały barok Vivaldi wystarczy!

Albo taka, panie dziejaszku, muzyka filmowa. Siłą rzeczy, zwłaszcza, jeśli mamy do czynienia z dziełem wybitnym (a przecież jednym z elementów dobrego filmu jest sugestywna ścieżka dźwiękowa), melodia, choć sama w sobie nic nie znaczy, już na zawsze kojarzyć się będzie z treścią obrazu. Pozostaje tylko kwestia tego, jaką kto treść z jakiego filmu wysnuł dla siebie. Bo można różne.

Łowca jeleni. Budzi skrajne oceny. Dla niektórych synonim dłużyzny i nudy. Dla innych arcydzieło pod każdym względem. Wiadomo, de gustibus… Viator nikogo przekonywać nie ma zamiaru, ale chce zadeklarować: on należy do owych innych. Jego osobisty ranking od wielu lat niezmiennie plasuje ten film w pierwszej trójce najlepszych. Bo to dzieło znacznie głębsze, niżby się na pozór wydawało.

Można, rzecz jasna, skupić się na najbardziej zewnętrznej, publicystycznej warstwie, i potraktować go jako rozliczenie Amerykanów z wojną w Wietnamie. I będzie to oczywiście prawda. Ale jakże powierzchowna! Kontakt naskórkowy. Bo przecież nie przeżycia potomków łemkowskich imigrantów z Pensylwanii, wysłanych nad Mekong, są tu najistotniejsze. Gdyby zamiast nich ukazać młodzieniaszków z Karlsruhe zamarzających pod Stalingradem? Albo chłopców z Irkucka, walczących w Kabulu? Czy też dandysików z Bordeaux tonących w lodowatych nurtach Berezyny? Lub dziewczyny spod Tarnopola, które po latach poniewierki wstąpiły do Platerówek? Czy to byłoby coś innego? Łowca jeleni jest filmem o tym, jak wojna nieodwracalnie niszczy osobowość. Tylko wojna? Wojna to symbol zaledwie! Chodzi o zło. Nie takie zło zwykłe, codzienne, ale to stężone, dotkliwe i, co najistotniejsze, niezawinione. W miejsce wojny wstawcie sobie gwałt, zdradę (zwłaszcza doznaną od tych, od których najmniej się jej spodziewało), długotrwały mobbing, czy co tam jeszcze chcecie. Zło rani wszystkich, nawet odpornych. Co cię nie zabije, to cię wzmocni? Wolne żarty! Oto najsilniejszy z gromady przyjaciół: Michael. Wrócił z Wietnamu lepszy? Co najwyżej – nie gorszy. A na pewno bardziej cierpiący. O tym jest ten obraz.

Powiadają ludziska, że początkowe sceny Łowcy jeleni – wizyta na sali bilardowej, wesele, polowanie – są zdecydowanie za długie i właściwie w ogóle niepotrzebne. Viator pozwala sobie zaprotestować: oto mamy do czynienia z najbardziej przejmującymi fragmentami filmu. To, co się wtedy rozgrywa między bohaterami (a co oddano subtelnie ukradkowymi spojrzeniami, znaczeniem ukrytym pomiędzy zdawkowymi dialogami, zatrzymanymi wpół gestami): lęk przed przyszłością, przeczucie nieuchronnego końca młodości – to istota Łowcy jeleni. Najlepiej widać ów strach w zachowaniu Stevena, tego spośród przyjaciół, który charakteryzował się najsłabszą konstrukcją psychiczną. Inna sprawa, że i spadło się na niego najwięcej. Nie tylko powołanie do wojska. Wszak to jego ślub i jego wesele. Których właściwie w ogóle być nie powinno. I teraz sami powiedzcie: jakiż to z Łowcy jeleni film wojenny?!

Takie treści wysnuł z niego Viator. Dlaczego właśnie te? Może dlatego, że, gdy oglądał go pierwszy raz, sam był w chwili przełomu, właśnie zdał maturę i musiał decydować, co dalej? Swoją drogą: słusznie ktoś już zauważył, że paradoksem, ironią losu i piekącą niesprawiedliwością jest fakt, że kluczowe decyzje, które na długo i głęboko zaważą na naszym życiu, musimy podejmować w momencie, gdy to życie i samych siebie, póki co jeszcze, exusez le mot, gówno znamy. No naprawdę – rosyjska ruletka!

Takie treści przemieszały się w umyśle Viatora z muzyką ilustrującą film. Żal za kończącą się młodością. Ściślej – za odchodzącą w przeszłość beztroską.

Może, gdyby Wędrowiec był wyznawcą cyklicznej teorii czasu, byłoby mu łatwiej. Tkwi jednakże po czubek głowy w teorii linearnej, czuje wyraźnie, iż nic dwa razy się nie zdarza i nie zdarzy; z tej przyczyny utrata beztroski jest tak dotkliwa.

Kilka miesięcy temu jadł Viator jabłka maczane w miodzie, celebrując Rosz ha-Szana. Kilka dni temu pił szampana, świętując imieniny Sylwestra. To wszystko daty wybrane arbitralnie, jest pewnie jeszcze kilkanaście innych potencjalnych początków nowego roku, które można sobie obejść. Ale każdy z nich przypomina niestety, że czas nieubłagalnie płynie, a czarodziejska epoka beztroski odpływa coraz dalej. I w takich chwilach natrętnie brzmi Pielgrzymowi w uszach Cavatina.

Nie chciałby jednak Viator kończyć swej opowiastki zbyt pesymistycznie. Przemijanie, utrata – zgoda. Ale ta muzyka ma w sobie coś jeszcze, choć ciężko to coś określić. Nadzieja? Może raczej pogodna zgoda na nieuchronne. Przyjmij spokojnie, co ci lata doradzają, z wdziękiem wyrzekając się spraw młodości. Tak, chyba o to właśnie idzie. To się w tej melodii natrętnej ukrywa.

Nic się nie ukrywa! Niczego tam nie ma, poza dźwięków cudowną harmonią. I Tobie może zupełnie inne natrętne myśli przyniesie ze sobą Cavatina? Przekonaj się.

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Tomasz Fetzki i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Festiwal piosenki natrętnej IV

  1. ewamaria2013 pisze:

    dla mnie Cavatina istniała przede wszystkim w wykonaniu „The Shadows”. Posłuchajmy i tej wersji:

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s