Merry Christmas

Były święta. Jeśli zdążyliście już zapomnieć, to Zbychu przypomina.
Piękna opowieść, chciałoby się samemu też tam dotrzeć na ten
merrychristmasandahappynewyear

Zbigniew Milewicz

NY z głowy

Znowu poniosło mnie za ocean, drugi wnuk mi się tam urodził, więc poleciałem zobaczyć, czy podobny do dziadka. Pierwszy – Kanadyjczyk, drugi – obywatel USA, może kiedyś i Chińczyka będę miał w rodzinie. Familia mieszka teraz w Nowym Jorku, na południowym Brooklynie, kilkadziesiąt metrów od nabrzeża cieśniny East River. Z okien mieszkania widać Statuę Wolności, po drugiej stronie wody Dolny Manhattan z jego słynnymi drapaczami chmur, za nimi Hudson, który opływa wyspę od zachodu. To miasto w dużej mierze jest wyspiarskie, co ma znaczący wpływ na jego gęstość zaludnienia (10636 osób na km. kw.), poza Manhattanem ma jeszcze Staten Island i Long Island. Na długiej wyspie leży Brooklyn, Williamsburg, Green Point i Queens.

NY2015-2016 (1)

Samoloty rosyjskiego Aeroflotu odprawia się na amerykańskim lotnisku jak nabardziej „nierestrykcyjnie”

Przylatuję na lotnisko J.F. Kennedy`ego dzień przed Wigilią Bożego Narodzenia. W hali odpraw paszportowych tłum pasażerów w ślimaczym tempie drepcze w stronę bramek, przy których służby graniczne bez pośpiechu sprawdzają dokumenty, odciski palców, fotografują ludziom źrenice i zadają standardowe pytania, w stylu: po co, do kogo i na jak dugo przyjechali? Wyruszyłem w tę podróż ze Stuttgartu, w Paryżu była przesiadka, nieco zamieszania (przez roztargnienie jednego z porządkowych dostałem się do niewłaściwego terminalu, ale przecież zdążyłem na czas na swój boarding) i ze względów bezpieczeństwa, szczególnie skrupulatna odprawa pasażerów. Skutkiem tego wystartowaliśmy do NY z godzinnym opóźnieniem. Urocze stewardessy Air France wykąpały nas za to później w znakomitym bordeaux i taaaką miały klasę, że znowu bym poleciał ich liniami. Po trzech godzinach czekania na odprawę paszportową w hali nowojorskiego lotniska, pozbawionej najprostszych wynalazków cywilizacji, takich, jak sanitariaty i wentylacja, usłyszałem wreszcie: welcome.

Nowy Jork powitał mnie parnym oddechem, 16 stopniami C i butelką wody mineralnej, którą starszy syn wręczył mi na powitanie. Do jego domu mieliśmy teoretycznie około 40 minut jazdy samochodem, ale wielu nowojorczyków właśnie kończyło pracę i przyszło nam przemieszczać się w korkach, co miało ten plus, że dotarliśmy w sam raz na kolację.

NY2015-2016 (4)No i co, nie podobny do dziadka?

Dom był pełen ludzi, poza gospodarzami z dwójką synów, gościli już teściowie oraz szwagier syna i nazajutrz, do wigilijnego stołu zasiedliśmy w ósemkę, choć najmłodszy Leo nie dosłownie. Polskiej tradycji stało się zadość i w czytaniu Pisma, i w łamaniu opłatkiem, i w potrawach. Kto chciał i mógł, pojechał później na Pasterkę do pobliskiego, polskiego kościoła, p.w. św. Kazimierza. Wyszedłem z niej trochę rozczarowany słabą oprawą muzyczną i apatycznością wiernych. Później świętowaliśmy suto, nadmiar kalorii tracąc w spacerach ze starszym wnukiem Gabrielem wzdłuż East River, w stronę Mostu Brooklyńskiego. W poświąteczną niedzielę odwiedziłem w Queens przyjaciela z lat studenckich, Adasia Sówkę.

Ostatni raz widzieliśmy się dwa lata temu i teraz jakby trochę zmarniał. Ula, jego żona trzyma dalej dzielnie fason, po dawnemu pracuje w branży hotelowej, gdzie odpowiada za serwis pokojowych, a Adaś już dwudziesty piąty rok na azbestach. Walczy o odszkodowanie za World Trade Center, gdzie porządkował gruzowiska, ale ciężko to idzie. Schorzeń ortopedycznych nie uznają, podobnie, jak kardiologicznych, a płuca ma, o dziwo, czyste. Stwierdzono tylko, że w 50 procentach obarczony jest depresją, co może mieć związek z wydarzeniami 11 września. W związku z tym posłano go na badania psychologiczne, które zdał na piątkę z plusem. Pani psycholog pogratulowała mu wyników i retorycznie zapytała, jak by one wypadły, gdyby nie cierpiał na depresję? Wtedy może okazałoby się, że jestem drugim Einsteinem – odparł pogodnie Adaś. Za to poczucie humoru go lubię.

W domu syna wiele rozprawia się o interesach, o giełdzie, na czym kompletnie się nie znam. Dlatego wolę sobie jeździć metrem po Nowym Jorku, zwiedzać znane mi już miejsca, które lubię, na przykład Małą Odessę na Brighton Beach oraz te nowe, znane słabo, lub tylko ze słyszenia. Pomaga mi w tym stronka internetowa, pt. Free Tours by Foot, oferująca piesze zwiedzanie miasta i jego osobliwości, w zamian za wolne datki dla przewodników. Jest ona aktywna w wielu miejscach USA a także Europy, m.in. w Berlinie. Wystarczy wysłać maila, potwierdzić uczestnictwo i dotrzeć pod wskazany adres.

NY2015-2016(7)

Mar ze swoją grupą w Bushwick

Zaczynam od Bushwicku na Brooklynie, dzielnicy znanej z fantazyjnych graffiti, murali, street artu. Malowidła zdobią ściany miejscowych kamienic, opuszczonych lub nadal czynnych fabryk, barów i kafejek, ożywiając cokolwiek surowe oblicze tej dzielnicy. To najwspanialsze miejsce na świecie – przekonuje Mar, nasz przewodnik – niekonwencjonalne, trochę zwariowane. Grupa liczy około dwudziestu turystów, z Europy, Japonii, Ameryki Łacińskiej, Chicago i Nowego Jorku. Niestety mój angielski nie pozwala wszystkiego zrozumieć z tego, co mówi Mar. Pocieszam się, że jestem tutaj głównie dla sztuki, a tej nie trzeba definiować, wystarczy, że się podoba, że się ją przeżywa. Autorami graffiti są znani, ale i początkujący artyści, w większości bardzo młodzi. Ich prace świadczą przede wszystkim o kreatywności, jest w nich bunt przeciw społecznym i politycznym stereotypom, liryka, ironia, nie dostrzegam rażących obsceniczności. Przypomina mi się berliński Prenzlauer Berg i dzielnica Mitte z ich muralami i sztuką uliczną. Bushwick zasiedlają głównie latynosi, dumni ze swoich korzeni, pod domami powiewają ich narodowe flagi. Od pewnego czasu dzielnica jest modna także w zamożnych kręgach, bogatą klientelę przyciągają coraz to nowe galerie, bary i restauracje ze smaczną, latynoską kuchnią. Później kupują sobie np. poddasze w którejś z kamienic, odpowiednio je urządzają i zamieszkują. Dzielnica na tym oczywiście tylko zyskuje.

NY2015-2016 (6)

Williamsburg, w drodze do synagogi

Skład etniczny pobliskiego Williamsburga jest mieszany, ma on trochę mieszkańców z niemieckimi korzeniami, latynosów, Włochów, Polaków, Afroamerykanów, ale najwyraźniej widać ortodoksyjnych Żydów, zwłaszcza w Szabas. Drugi dzień świąt wypada akurat w sobotę, więc jedziemy wraz z synem i jego teściem na wycieczkę do Williamsburga. Jest pewnie pora nabożeństwa w synagodze, gdyż na ulicach widać odświętnie ubranych mężczyzn, w czarnych chałatach i kapeluszach, albo okazałych, futrzanych czapkach. Niektórzy zakrywają kark tałesem, którym w czasie modlitwy odzieją głowy, białe koszule i pończochy dopełniają stroju. Kobiet mniej, ubrane są skromnie, na czarno, niektóre w perukach, które uważane są za nakrycie głowy. Oczywiście robię zdjęcia, miejsce mam dobre, obok syna – kierowcy, który prowadzi volwo, no i w pewnym momencie dochodzi między nami do sprzeczki. Dowiaduję się, że jestem tani papparazzi, że w każdej chwili mogę wyjść z samochodu i fotografować sobie kogo chcę na własną odpowiedzialność. Bronię się wolnością mediów, ale syn nie odpuszcza, więc dla świętego spokoju daję za wygraną. Ciekawi mnie, czy chodzi mu o bezinteresowną ochronę danych osobowych naszych starszych braci po wierze, albo też raczej o banalny fakt, że poruszamy się jego służbowym samochodem i ktoś mógłby zapamiętać numery rejestracyjne. Myślę, że ta druga opcja wchodzi w grę, więc nawet go nie pytam.

Green Village, SoHo, Little Italy, Chinatown i Harlem zwiedzam z przewodnikami Free Tours by Foot. Każda dzielnica ma swoją historię i odrębny charakter, w różnym stylu pracują przewodnicy, ale wszyscy z zapałem i sporą dozą humoru. Energiczna, starsza pani, która oprowadza grupę po chińskiej i włoskiej dzielnicy ma po swoich dziadkach polsko-rosyjskie korzenie, spod Białegostoku. Czasami specjalnie dla mnie wtrąca jakieś pojedyncze, polskie słowa. Na jednej z uliczek Chinatown ktoś wskazuje na chodnik, zalecając ostrożność przed psią miną przeciwpiechotną; pani przewodnik zwraca się do mnie i mówi: gówno, tak? Sure – potwierdzam.

Na każdej wędrówce są Australijczycy, czasami stanowią nawet połowę składu grupy. Na ogół sympatyczni, kontaktowi, skorzy do śmiechu. Wiekowo przeważa młodzież. Harlem jest nie tylko z buta, główna atrakcja to koncert muzyki Gospel, w National Black Theatre. Jest to arcyciekawe, bardzo energetyczne przeżycie artystyczne, które ekstra odpowiednio honorujemy. Przewodnicy nie mają z góry ustalonych stawek, wynagradzamy ich trud indywidualnie, na zasadzie co łaska, ale dać poniżej dziesięciu dolarów nie wypada.

NY2015-2016 (5)

25 Grudnia 2015, grillowanie nad East River

Podobnie, jak w Europie, w dzień na nowojorskich ulicach szaro. Po Nowym Roku temperatura spada do 4-5 stopni, w nocy lekki przymrozek, ale na śnieg się nie zanosi. Można go zobaczyć na kolorowych reklamach w dzień i w nocy rozświetlonego Times Square, pod napisem Happy Holiday. Amerykańskie Boże Narodzenie w przestrzeni publicznej jest zdecydowanie świeckie i komercyjne, Merry Christmas funkcjonuje tylko w kościołach i prywatnie, w niektórych, chrześcijańskich domach. Na ulicy obcy sobie ludzie życzą sobie więc zwyczajnie wesołych świąt, bez akcentowania, z jakiego powodu znajdują się one w kalendarzu. W amerykańskiej tradycji świątecznej nie istnieje coś takiego, jak polska Wigilia. Kolację poprzedzającą Boże Narodzenie spożywa się najczęściej w restauracji. Popularnym napitkiem w tym dniu jest tzw. eggnog, czyli napój z rumu, mleka, cukru i ubitych jaj – czytam w Camp America. Boże Narodzenie trwa w USA tylko jeden dzień, 25 grudnia, następnego dnia idzie się już do pracy. Dlatego ludzie śpieszą się ze świątecznym fetowaniem, ma ono bardzo rodzinny charakter, przemierza się wiele mil, żeby spotkać najbliższych, dać im prezenty, zjeść szynkę, lub indyka i wieczorem ruszyć w powrotną drogę.

NY2015-2016 (2)

Świąteczne Rockefeller Center

Jadę metrem na Rockefeller Center, żeby zobaczyć słynną ślizgawkę i choinkę, tego olbrzyma, pod którym stał Kevin, sam w Nowym Jorku… I rozczarowanie, w Monachium, na Marienplatz, stawiają na Boże Narodzenie dwa razy większe jodły, ale czego nie może kamera; w reklamie i kinematografii Amerykanie są przecież mistrzami.

Sylwestra spędzam z Adasiem na Green Point, w niegdysiejszej, bardzo polskiej dzielnicy. Ulka, jego żona pracuje, więc we dwójkę przemierzamy pryncypialną Bedford Street, która od paru lat jest bardzo modna, za przyczyną świetnie urządzonych barów, jazzowych klubów i dyskotek, do których lgnie klientela. W jednym z lokali pijemy dobrze schłodzony brooklyn beer o smaku jałowca, niewinnie flirtujemy z panienkami przy barze, które mogłyby być naszymi wnuczkami, po czym idziemy na swojski bal.

Parafia Matki Bożej Pocieszenia, przy Metropolitan Avenue od pewnego czasu cienko przędzie, bo ubywa polskich wiernych, więc trzeba ją wesprzeć. Wstęp 120 dolarów od osoby, ruscy na Brighton Beach biorą tyle samo, ale nasza chata z kraja… Adaś pokazuje amerykańską klasę, zapłać połowę, ja dołożę resztę – mówi. I wchodzimy do usytuowanej w podziemiach kościoła sali zabaw. Jest polonez na rozpoczęcie, kapela, która uznaje wyłącznie polskie przeboje, polska szynka, flaki i dobra wódeczka na stole, kumple Adasia od azbestów wraz z żonami, więc szafa gra. Średnia wieku 50-60 lat, my z Adasiem ją trochę zawyżamy, ale cicho sza, dinozaury potrafią się bawić. Księża i rada parafialna siedzą oddzielnie, w takim miejscu, z którego widać całą salę. Są usatysfakcjonowani, sylwestrowy bal przebiega bez większych zakłóceń, dyskretnie nie widzą tych paru gości, którzy zasnęli, z twarzą wtuloną w kotlet schabowy panierowany…

Na zakończenie pobytu w Nowym Jorku funduję sobie nocny rajd przez knajpki, bary i dyskoteki East Village, dzielnicy wyspecjalizowanej w bawieniu gości. Syn uprzedza mnie, że będę pewnie najstarszy w grupie, ale to mi nie przeszkadza. Chcę tylko zobaczyć, jak bawi się światowa młodzież i… jestem pod wrażeniem. Robi to w dobrym stylu, choć wali wódę chyba mocniej, niż moje pokolenie ileś tam lat temu. Chapeaux bas!

NY2015-2016 (3)

Idę z życzeniami do swojego starego kumpla, Donalda…

P.S. W Amsterdamie, przez który wracałem z NY do Monachium, przez roztargnienie zostawiłem notatki z podróży, więc relacja została spisana z głowy, czyli jak to mówią, z niczego.

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Zbigniew Milewicz i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „Merry Christmas

  1. Wolves On Road pisze:

    Świetny post! Nowy Jork to jedno z moich marzeń🙂

  2. Krysia D pisze:

    Świetne, czytam i myślę sobie, że powinieneś pisać częściej. Częściej, ponieważ ja tęsknię za Twoim pisaniem. Proszę o napisanie książki. Pozdrawiam

  3. Zbyszek pisze:

    Bóg zapłać za dobre słowa🙂

  4. Z pisze:

    Po przeczytaniu cóś jak bym tam był,tak trzymaj pozdrawiam.Z

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s