Grube książki

e.m.s.

Długie, grube książki

Jestem wprawioną w bojach czytelniczką długich książek. Lubię czytać długie, grube książki, bo gwarantują człowiekowi wierność, obiecują, że będą z nami przez dłuższy czas i w zależności od tempa czytania, dotrzymują obietnicy przez tydzień, miesiąc albo rok.

Jednak, jak wszystko w życiu, tak i problem grubych książek ma dwie strony medalu.

Bo co tu dużo gadać, upodobanie do grubych książek jest banalne i powszechnie znane. Każde tak zwane „czytadło” jest grube, poza Czytadłem Konwickiego.

Grube książki pojawiły się w XIX wieku, który był złotą epoką powieści. Pisarze tacy jak Sienkiewicz, Flaubert, Galsworthy i Fontane pisali grube książki, bo ich odbiorcami były przede wszystkim kobiety z zamożnej klasy średniej, które miały czas i ochotę na czytanie i pieniądze na kupno książek. To oznaczało również, że pisarz musiał pisać tak, żeby kobiety były zadowolone. Nie musiał to być koniecznie happy end, dramat i melodramat były jak najbardziej dopuszczalne, natomiast charaktery kobiet powinny były być prawdziwe, ich ambicje, cele, marzenia musiały odpowiadać, temu, co naprawdę chciały kobiety, a nie temu, co mężczyźni by chcieli, żeby kobiety chciały. Ale jeśli kobiety polubiły bohaterów i bohaterki powieści, to historie można było ciągnąć latami. Saga rodu Forsythe’ów, Rodzina Whiteoaków, Trylogia, grube opasłe historie. I pisarze jako prawdziwi znawcy kobiet.

Wydaje mi się, że w komunie gruba książka wyszła z mody. Może dlatego, że permanentnie brakowało papieru, może dlatego, że będąc pisarzem trzeba się było raz na rok meldować z nową książką, żeby się utrzymać na rynku pupilków władzy, który był chyba jeszcze surowszy i bardziej kapryśny niż rynek komercjalny. W pewnym momencie, gdy powstał drugi obieg, pisarze musieli pisać krótko, bo w podziemiu nie tylko zawsze brakowało papieru i farby drukarskiej, ale też zwyczajnie nie starczało mocy przerobowych.

Ważna była też opinia kolegów-pisarzy i etos środowiska – szanujący się pisarz nie używał wazeliny i nie stosował tak zwanej „waty”, czyli oportunistycznego pogrubiania książek dla wierszówki. Wodolejstwo uprawiała komuna. Polski intelektualista, chudy, przygarbiony, w okularach w grubych oprawkach, dużo myślał, a pisał powściągliwie i z namysłem. Klak… klak… klak…

Teraz znowu książki muszą być grube. Tak chcą czytelnicy, tak chcą wydawnictwa, a jeśli przypadkiem istnieje jeszcze coś takiego jak wierszówka, to tak chcą też autorzy. Sagi i seriale. Coraz więcej pokoleń, coraz więcej wątków. Trend przyszedł ze Stanów Zjednoczonych. Trzeba pisać długie, grube książki, rozciągać wątki, dodawać coś nowego, budować trzy zdania wokół informacji dających się ująć w dwóch wyrazach. Wata, wata, wata do żucia i do wyplucia.

Zawsze warto przeprowadzić sprawdzian waty. Skrócić zdanie do wyrazu, akapit do zdania, rozdział do akapitu. I co wtedy?

Nie umiem się w tej kwestii jednoznacznie opowiedzieć, bo czy mój ukochany Proust miałby sens, gdyby jego rozważania o zasypianiu w Combray zacieśnić i z połowy tomu zrobić jedno zdanie: Wieczorami z trudem zasypiałem, bo brakowało mi obecności Matki. To mogłaby być nadal niezwykła książka i zjawisko w literaturze europejskiej, ale mogłoby też przepaść bez reszty.

Nie w tym więc rzecz, ile tych słów, a w tym – jakie to słowa i jak zaciążą na naszym życiu. Różne rzeczy okażą się dopiero w drugim czytaniu. Bo ich za pierwszym razem nie zauważyliśmy i bo wymknęły się nam z pamięci. Trzeba więc wracać. To może najlepszy sprawdzian wartości książki – czy się do niej wraca? Czego nie warto przeczytać po raz drugi, nie było warte czytania po raz pierwszy. Pisze o tym Bayard w książce Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało, wiem to zresztą z własnego doświadczenia, zapominamy, zapominamy zdania, sytuacje, postaci, przesłanie. Pamiętamy, że książka była dobra albo zła, ale co było dobre, a co złe – tego już nie wiemy. To spowodowało, że Bayard twierdzi, iż nie ma różnicy pomiędzy rozmową o książkach przeczytanych i nie przeczytanych. O książkach nie przeczytanych coś wiemy z recenzji, z wypowiedzi znajomych, z rzutu oka na okładkę, o przeczytanych – bo coś zachowaliśmy w pamięci. Tak czy owak przedmiotem wymiany myśli o książce w świecie ludzi kulturalnych są strzępki… A skoro je wychwyciliśmy lub zapamiętaliśmy, to znaczy że były ciekawe.

Tymczasem wata nudzi. Grube wartościowe książki też zresztą nudzą i męczą, ale jest to inny rodzaj nudy, cierpliwy, wytrzymały, warty pokonania oporów… Taką książką jest chociażby powieść Rozległe pole Güntera Grassa. Nic z niej nie wynika, ale szkoda by mi było, gdybym jej nigdy nie przeczytała.

Na koniec tych nie wiodących do nikąd rozważań o pokaźnych książkach, chciałam przypomnieć uboczne ich zastosowania.

W naszym wspólnym blogu sprzed kilku lat, Jak udusić kurę czyli…, jedna z autorek zadała zagadkę, co ma wspólnego z literaturą deser, którego podstawowym składnikiem jest wafel? Zagadka była przewrotna. Bo mogło chodzić o dzieła zbiorowe Mickiewicza, czemu nie, ale nie chodziło o tę słynną rybę, co to

… nie krojona,
U głowy przysmażona, we środku pieczona,
A mająca potrawkę z sosem u ogona.

jeno o to, że duże książki są potrzebne do przyciskania piszingera czyli torciku z wafli przełożonych masą – przykrywało się je deską, a następnie jakimś kawałkiem literatury, najlepiej bardzo ciężkim tomem słownika lub encyklopedii. I taki to związek literatury z domowym przekładanym waflem🙂. Ja osobiście podałam wtedy publicznie do wiadomości, że w tymżeż celu używałam listów Joyce’ a, po czym przerzuciłam się na encyklopedię literatury. Co „mnie dzisiejszą” nader zdziwiło, bo o encyklopedii na śmierć zapomniałam, i myślałam, że zaraz po listach Joyce’a zaczęłam stosować dzieła zebrane Szekspira, bo były w praktycznym pudełku. Przez wiele lat używałam ich też do przytrzymywania drzwi balkonowych, żeby nie trzaskały, ale potem przerzuciłam się na statuetkę polsko-niemieckiej nagrody dziennikarzy – była zgrabnie mała i ważyła wtedy, gdy ją dostałam, naprawdę solidnie, wykonano ją bowiem z brązu. Gdy dwa lata temu, po nominacji, nagrody tej nie dostałam po raz wtóry, zobaczyłam, że wersja obecna to marność nad marnościami z ceramiki i żadnych drzwi nie przytrzyma.

nagroda-karol-daniel Nagroda, której nie dostałam

Natomiast długie grube książki nie tylko nadal są ciężkie, ale jakby zrobiły się jeszcze cięższe. Naprawdę ciężka jest na przykład nowa książka z wierszami Stanisława Kubickiego, o której kilkakrotnie w zeszłym roku pisała Lidia Głuchowska. Nie wiem, dlaczego ta książka jest taka ciężka, bo nawet nie jest jakoś strasznie gruba. Tak jakby w niej było więcej papieru w papierze, jeżeli rozumiesz Prosiaczku, co mam na myśli…

POET il 1 Cover

Książka jako przycisk wydaje mi się jednak zjawiskiem dość powszechnym, a tu opowiem o innym, mniej znanym zastosowaniu grubych książek.

Przed laty, gdy mieszkałam w pobliżu wspaniałego berlińskiego parku z wodospadem, czyli Parku Viktorii, w piękne popołudnia letnie, po powrocie z pracy, zabierałam kocyk, książkę i butelkę z piciem, i szłam na łąkę, pod drzewo stuletnie. Berlin jest miastem singli, cała łąka pełna więc była pojedynczych mężczyzn i kobiet, zaopatrzonych w książkę, kocyk i butelkę wody. Z reguły udawało mi się przeczytać trzy strony,  po czym podkładałam książkę pod głowę i zasypiałam. Po pewnym czasie nauczyłam się, że zdecydowanie lepiej się śpi na grubej książce. Z zainteresowaniem zaczęłam się więc przyglądać tym, którzy drzemali, gdy ja już się obudziłam, lub jeszcze nie zasnęłam. Wszyscy mieliśmy grube książki!

I tym letnim wspomnieniem zakończyłabym ten kolejny wpis o głupstwach, gdyby nie fakt, że piszę to już od kilku dni, a wczoraj zaczęłam czytać średnio grubą książkę (ale po co mi gruba, skoro jest wprawdzie ciepło, ale jeszcze jest zima i nie da się spać na łące?) i jest to niezwykła książka o grubej niezwykłej książce, która „znika czytelników” i nic wam więcej nie będę wyjaśniać. Sami ją sobie przeczytajcie.

Niestety, wydaje mi się, że rzecz nie została (jeszcze?) przetłumaczona na polski i że, żeby ją przeczytać, będziecie musieli sięgnąć do oryginału – zdradzę, że autor jest Szwajcarem z Zurychu i naprawdę nazywa się Hans Widmer, używa jednak pisanych z małej litery inicjałów p.m. co należałoby wyłożyć mniej więcej jako każdy,  wszyscy, nikt konkretny, bo podobno p.m. to najczęściej spotykane inicjały w szwajcarskich książkach telefonicznych.

I to by było na tyle

Wasza

e.m.s.

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Ewa Maria Slaska i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s