Ze wspomnień Zofii Grabińskiej 3

Poprzednie odcinki opowieści Romana o przeprowadzce małej Zosi na Wołyń ukazały się w listopadzie i w grudniu ubiegłego roku. Dziś kolejny fragment, a zarazem ostatni. Resztę poznamy dopiero, gdy ukaże się książka. 

Roman Brodowski

Podróż wozami

Kiedy się obudziłam, słońce wisiało już wysoko nad otaczającym mnie światem, a dorośli krzątali się wokół, przygotowując tabor do wymarszu.

Obok mnie, na talerzyku leżała kromka razowego chleba, posmarowana moimi ulubionymi powidłami, obok w kubeczku – babciny sok.

Zeskoczyłam w pośpiechu z wozu, przywitałam się grzecznie ze wszystkimi, umyłam się w ciepłej wodzie czekającej na mnie w emaliowanej misce, i szybko spałaszowałam przygotowane śniadanie.

Ruszyliśmy w drogę, mijając wsie, majątki ziemskie i pojedyncze zagrody chłopskie. Czasami zatrzymywaliśmy się w takich miejscach, by uzupełnić wodę i paszę dla koni. Gospodarze ochoczo proponowali nam wytwory własnej produkcji – świeże masło, chleb wypieczony przed świtaniem, mleko, jajka. Rodzice chętnie korzystali z takich okazji, twierdząc, że gospodarskie to świeże, tanie, no i od serca.

Pierwsze trzy dni nie sprawiły ani nam ani koniom większego problemu. Codziennie skoro świt wyruszaliśmy z nocnego postoju, by powoli zbliżać się do obranego celu, wciąż dalej i dalej na wschód od Parzymiechów. Wieczorem zaś, po zachodzie słońca zatrzymywaliśmy się na odpoczynek, zazwyczaj w pobliżu gościnnych, wiejskich zabudowań.

Dopiero na wyżynnych terenach kieleczczyzny, poczuliśmy prawdziwe zmęczenie.

Kamieniste pełne przeszkód drogi, pnące się serpentyną w dół i w górę, oddalały nas od kresu naszej podróży. Często tacie i mamie przychodziło pomagać zwierzakom, popychali to jeden, to drugi wóz, co jakiś czas podkładając kamienie pod koła, by wóz się nie stoczył.

Największą przeszkodą z jaką przyszło nam się zmierzyć było pokonanie rzeczki, nawet niezbyt szerokiej, niedaleko Sandomierza. Podczas wiosennych roztopów kra uszkodziła wiekową konstrukcję starego, drewnianego mostu, który, pod jej naporem upadł do wody, a przez rzeczkę przerzucono prowizoryczną kładkę.

Oczywiście nasze wozy nie był w stanie przejechać na drugi brzeg, zwłaszcza że woda była tu na ponad metr głęboka. Na szczęście mieszkający w pobliżu ludzie wskazali nam miejsce możliwe dla łagodnego przeprawienia naszego taboru w bród, dzięki czemu udało nam się zaoszczędzić kilkanaście zbędnych kilometrów.

Dopiero za Tomaszowem Lubelskim mogliśmy nieco odetchnąć. Skończyły się pagórki a zaczęły równinne nieco piaszczyste tereny. Droga była mniej uciążliwa, mniej wyboista, koniom było o wiele lżej, no i mama była spokojniejsza o los naszej zastawy stołowej oraz innych szklanych przedmiotów znajdujących się na wozach.

Piątego dnia podróży, około południa, na horyzoncie pojawiły się kontury jakiegoś większego miasta. Strzeliste wieże kościołów i dymiące kominy fabryk prawie niczym nie różniły się od tych, jakie wcześniej mijaliśmy podczas naszej podróży. Prawie – bo obok kościoła drewnianego kościółka stała jakaś wielka budowla z okrągłą, pomalowaną na niebieski kolor kopułą, na której widniał krzyż. Nie był to jednak taki normalny jak w naszym katolickim kościele, krzyż, chociaż bardzo do niego podobny.

Przed rogatkami miasta tato zatrzymał tabór, podszedł do do wozu, na którym siedziałam z mamą, popatrzył na nas i powiedział, wskazując zabudowania:
– Dotarliśmy do celu. Tam jest nasze nowe miasto – Kilkaset metrów za tą cerkwią znajdują się budynki magistratu kolejowego, a w jednym z nich czeka na nas się nasze nowe gniazdko – zażartował.
– Cerkiew? – a co to jest cerkiew? – zapytałam.
– Cerkiew, kochanie, to taki prawosławny kościół, do którego chodzą ludzie, co tak jak my wierzą w Pana Jezusa, tylko inaczej się do niego modlą – wytłumaczył tato.
– To tu mieszkają też innowiercy – zaniepokoiła się mama.
– Oczywiście – potwierdził tata. – Przecież jesteśmy na kresach, tu mieszkają i Ukraińcy, i Polacy, i Żydzi, a można też spotkać Niemca i Rosjanina. To jest taka prawdziwa Arka Noego. Wszyscy tu żyją jak jedna wielka rodzina – dodał. – I od pokoleń tworzą wspólną historię. Razem z nami żyli w ciężkich dla nas chwilach pod jednym i tym samym zaborem. Więc nie masz się czego obawiać, kochanie – zakończył.
Przytulił nas do siebie, pocałował i wrócił do swojego wozu.

Konie wolno ruszyły w kierunku miasta. Im bardziej się do niego przybliżaliśmy, tym większe emocje mną targały. Ogarnęła mnie tęsknota za przyjaciółmi, za babcią , za Parzymiechami.

W końcu dotarliśmy do pierwszych zabudowań. Przed małym domkiem, z jeszcze mniejszym ogródkiem, siedział jakiś staruszek i palił fajkę.

– Przepraszam – zagadnął go nasz woźnica. – Jak mamy dojechać do ulicy Kolejowej?
Staruszek nie reagował.
– Jak dojechać do Kolejowej. – Tato powtórzył nieco głośniej pytanie przyjaciela. Dopiero teraz staruszek leniwie wstał z ławeczki i podszedł do naszych wozów.

– A wy z daljeka? – zapytał. – Z daleka, z daleka – odpowiedział woźnica i ponownie poprosił go o wskazanie drogi.
– Do Kolejowej to wam nada jechać prosto i … – wyjaśniał gestykulując rękoma. Nie to co, ale jak mówił, zwróciło moją uwagę. Mowa jego była przyjemnie melodyjna z dziwnie miękkim, nieznanym mi dotychczas akcentem, przy czym niektóre słowa słyszałam po raz pierwszy. Po chwili ruszyliśmy dalej.

– Miły był ten dziadunio, rozmowny i wesoły – stwierdziła mama.
– To prawda – potwierdził tato. – Po głosie poznać było, że Ukrainiec.

Po kilkunastu minutach jazdy wąskimi uliczkami dotarliśmy pod wskazany przez tatę adres. Dom jak dom, z czerwonej cegły, dwupiętrowy. Obok stały jeszcze cztery identyczne, a za nimi nieco większy, w którym – jak powiedział tato – mieściły się biura dyrekcji kolei, gdzie ma podjąć pracę.

Pod domem na małym trawniku bawią się dzieci, w oknach siedzą kobiety, obserwując nowych.

Tato poszedł do biura kolei po klucze, a ja wysiadłam z wozu i obserwowałam zabawę moich rówieśników , którzy nie zwracając na mnie uwagi rzucali do siebie szmacianą piłką. Nagle, niespodziewanie dziewczynka o długich, jasnych włosach, pozostawiła swoich przyjaciół, podeszła do mnie i podała rękę. – Jestem Natalka – przedstawiła się. – A wy chyba będziecie naszymi nowymi sąsiadami. Mama mówiła, że dzisiaj lub jutro mają przyjechać Polacy i że będą mieszkali w mieszkaniu po Żarnowskich.

– Tak, to prawda, będziemy tu mieszkali. Mój tatuś otrzymał pracę na kolei… Nie dokończyłam, bo tata właśnie wrócił z jakimś panem i zawołał mnie do siebie. – Ja mam na imię Zosia – zdążyłam jeszcze na odchodnym przedstawić się nowo poznanej koleżance.

Tato wziął mnie i mamę pod ramię i weszliśmy do domu. Mieszkanie mieściło się na parterze.

Pan, który przyszedł z tatą, otworzył drzwi, oddał tacie pęk kluczy i odszedł. My staliśmy w milczeniu w naszym nowym, pustym jeszcze mieszkaniu, jakbyśmy czekali na jakiś znak, na jakieś niewidoczne zaproszenie. Niespodziewanie tato wziął mamę na ręce i przekroczył próg. Weszłam i ja.

Mieszkanie było świeżo wybielone kredą. Dwie duże izby, kuchnia i prawdziwa łazienka. Nie jakiś tam wychodek na półpiętrze, ale prawdziwa łazienka, z wanną, toaletą i wodą w kranie.

Podeszłam do okna, popatrzyłam na podwórko, gdzie wesoła gromadka moich przyszłych towarzyszy zabaw, nadal grała w piłkę.

Nieznajomi jeszcze nam ludzie zdejmowali nasze meble z wozów i wnosili do pokoi, do kuchni, do korytarza. Witali się. To byli nasi nowi sąsiedzi. Podawali imiona, zadawali pytania, gotowi do niesienia pomocy…

Tak się rozpoczęła moja wielka, wieloletnia przygoda na wołyńskiej ziemi, dwa nowe rozdziały mojego życia: późne dzieciństwo i młodość.

Drogi czytelniku, tak kończy się pierwszy rozdział opowiadania „Wołyńskie echa”, które zostanie opublikowane w książce „Bicie wschodniego serca”. Jest to opowieść o losach dwóch kobiet, jednej z Wołynia, drugiej z dalekiej Syberii. Książka ukaże się w drugiej połowie tego roku, o czym poinformuję na blogu Ewy Marii. O losach „Sybiraczki” też już tu pisałem.

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Roman Brodowski. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s