Listy z wanny

r.d. pisuje u nas mniej więcej raz na rok, czasem dwa razy, nieodmiennie budząc oburzenie osób dobrze wychowanych, bo słownictwo ma, no… ma, jakie ma. ale jak się wczytać, a nie obruszać, to pod spodem… no, to pod spodem szczera prawda. ostatnio został dziadkiem i podpisuje się z niemiecka opa r., ale to on.

hallo,

po przyjeździe ze szczecina z pogrzebu mojego starego kumpla (40 lat znajomości), rozchorowałem się na dobre.
katar, kaszel, gorączka (w szczecinie w obu kościołach było strasznie zimno, a na cmentarzu szalał wiatr).
ponadto na stypie tak się upiłem, że do berlina wróciłem prawie na czworaka. szczęście, kurwa, że mnie w pociągu nie okradli. miałem przy sobie fajny „elepstryczny” aparat fotograficzny ze zdjęciami z tego tragicznego dnia.
moja muza g. opierdoliła mnie dopiero następnego dnia. pierwszego i tak by do mnie nic nie dotarło.
ale wracając do przeziębienia. dzisiaj wlazłem do wanny i walnąłem cztery stakanki czeskiej beherovki. mam nadzieje, że już wyjdę na prostą.
(jeżeli chcecie obrazić czecha, to pochwalcie słowacką demänovkę jako lepszą od becherovki, a jeżeli chcecie mieć wroga w słowaku, to powiedzcie, że becherovka jest lepsza od demänovki. ja nigdy tego błędu nie popełniam i zawsze mam serce czecha/słowaka w kieszeni.)

w wannie czytałem sobie (po polsku) analizę twórczości tadeusza kantora. dowiedziałem się trzech rzeczy, które może i kiedyś już wiedziałem, ale zapomniałem:
– teatr „cricot” to pisany „z francuska” anagram od „to cyrk”
– o żydowskim pochodzeniu kantora, napisane było „od początku lat 40 mieszkał w krakowskim getcie” (pisane przez jedno „t”). kurwa, taki idiotyzm, „mieszkał” i „geto”, może napisać ktoś głupi, albo bardzo mody. w gettcie się nie mieszkało. tam człowieka zsyłano, osiedlano, zakwaterowywano lub zmuszono do pobytu.
– autorka napisała, z czym się zgadzam, że kantor w swoich działaniach (plastycznych i teatralnych) „ciosał, szlifował i studiował swoje wnętrze”.
zacząłem przemyśliwać tę analizę i wykrzyknąłem jak jakiś archimedes z wanny: „heureka!!!”
toż to za socjalizmu, zdążającego do komunizmu, za najbardziej szalejącej cenzury, w PRL, tworzono teatry na miarę światową, które coś do niego (światowego teatru) wniosły a niekiedy nawet i zrewolucjonizowały (kantor, szajna, grotowski). a teraz?

później przerzuciłem się na najnowszy numer miesięcznika „jazz forum”. czytam/prenumeruje go już 50 lat. kurwa, jak ten czas leci. niesamowicie szybko. niezadługo pójdę/pójdziemy w ślady mojego kumpla. tak nawiasem to jego żonę znam dłużej. pod koniec lat 60, jako student, miałem ćwiczenia z metaloznawstwa w zakładzie odlewnictwa, gdzie właśnie alina, kobieta o oryginalnej i fascynującej urodzie (i dlatego wszyscy studenci ją na wsze czasy zapamiętali), była asystentką.

pod koniec stycznia byliśmy (g. i ja) 8 dni na nartach w austrii. (30 raz w tej samej wiosce i 30 raz w tym samym pensjonacie).
ja, jako profesor mniemanologii stosowanej oraz socjolog amator, prowokowałem z naszymi znajomymi rozmowy na temat „uciekinierów”. nie spotkałem nikogo, kto byłby pozytywnie nastawiony do tej problematyki. syn naszej znajomej jest oficerem w armii austriackiej, która została teraz odkomenderowana na granicę niemiecką do regulacji tego „przepływu” (gdyż służby graniczne i celne zostały już dawno zlikwidowane). żaliła się nam, iż z przerażeniem obserwuje, jak jej syn się teraz radykalizuje. te „uciekiniery” traktują austriackie urzędniczki poniżej kozy i aby wzmocnić swe arabskie argumenty, ponieważ nie znają niemieckiego, plują na nie. niekiedy zdarza się, że taki uciekinier zwraca się (po angielsku) z pytaniem: „a gdzie są klucze?”, „jakie klucze?”, „no do tego domu, który mamy otrzymać!”

3-tu-bylemnajlepszy numer udało mi się „wykręcić” w tamtejszej cukierni/piekarni/kawiarni. raz się żyje i grażyna poszła kupić ciastka. towarzyszyłem jej i po wejściu do cukierni powiedziałem „grüß gott… niech będzie pochwalony, my jesteśmy uciekinierzy z syrii i przyszliśmy spytać, co można u państwa otrzymać za darmo”. mieliśmy szczęście, była nowa sprzedawczyni, która nas nie znała. i ona, i siedząca przy stoliku para, popatrzyli na nas z takim obrzydzeniem, jakbyśmy byli gównem pływającym na powierzchni wody wypełniającej wannę, w której zaraz będą zmuszeni się wykąpać. w tym momencie usiłowałem wszystko zamienić w żart, co tylko jeszcze wzmogło podejrzliwość obecnych, którzy nie potrafili ocenić, co jest żartem.
następnego dnia g. poszła znowu kupić ciastka, raz się żyje, i wtedy była już nasza stara znajoma, gdy jej opowiedziałem epizod z dnia poprzedniego, śmiała się do rozpuku.

2-jazda-na-dol
no nic, idę spać.

opa r.

p.s. jak tak sobie niekiedy popatrzę, poczytam, posłucham w „internetowniku” tego, z czym się teraz w prl-bis produkują niejakie kukizy, ziobry czy maciarewicze, to dostaje odruchów wymiotnych.

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Ewa Maria Slaska i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s