O wyższości świąt Bożego Narodzenia…

Myślałby kto, że to był taki sobie żarcik profesora mniemanologii stosowanej, a tu proszę, przed Wielkanocą – w sklepach są już pisanki, kurczaczki i zające – nasza niestrudzona wędrowniczka, Joanna, przysyła wpis o Sylwestrze i Nowym Roku. Ale to w końcu antypody, ludzie chodzą na głowach, a lato jest zimą…

Joanna Trümner

Podróż

Czas nigdy nie mija wolniej, niż wtedy, kiedy na coś czekamy – cztery godziny czekania w Zurychu, trzy w Hongkongu i godziny spędzone w locie dłużą się niemiłosiernie. Czekając na samolot do Sydney słyszę na lotnisku w Hong Kongu tak absurdalne zapowiedzi, że gdybym nie śmiała się z nich razem z innymi pasażerami, to wzięłabym je za omamy słuchowe: „Podróżni wracający z krajów dotkniętych ebolą lub pasażerowie, którzy mieli kontakt z wielbłądem i nie czują się dobrze, proszeni są o natychmiastowy kontakt z lekarzem”. Na lotnisku są punkty mierzenia temperatury, myślę nawet przez chwilę o skorzystaniu z ich usług dla zabicia czasu, ale przeraża mnie powaga, z jaką urzędnicy w gumowych rękawiczkach i z maskami na twarzy wykonują swoją pracę – „A co będzie, jeżeli ze względu na podniesioną temperaturę zostanę w Hongkongu?” – odpuszczam.

Rekompensatą za tę podróż-odyseję jest ciepła, letnia noc, którą wita nas Sydney.

Sylwester i Nowy Rok

Dzień spędzamy na zwiedzaniu Sydney, nie bardzo do mnie dociera, że jest to ostatni dzień starego roku, przy 30-stopniowym upale śmiesznie wyglądają sztuczne choinki, przypominające o niedawnych świętach Bożego Narodzenia. Od godzin popołudniowych tłumy mieszkańców i turystów zbierają się w otaczających zatokę parkach. Oglądamy to eleganckie, bardzo brytyjskie i zielone miasto z pokładu statku. W słynnej na cały świat Operze zaczynają się schodzić na Bal Sylwestrowy elegancko poubierani ludzie – zapewne elita Sydney, a po drugiej stronie zatoki zbiera się młodzież – w szortach i T-shirtach, przy dobrej muzyce i kąpieli w morzu spędzają ostatnie godziny Starego Roku.

sydney-nowyrok

Najchętniej dołączyłabym do nich, ale nie wiem, jak tam się dostać środkami transportu publicznego, decydujemy się na czekanie na północ niedaleko Opery. Około 21.00 docieramy do miejsca, z którego o północy mamy świetny widok na ten niesamowity spektakl, fajerwerki są wspaniałe – pirotechnicy umieścili je w siedmiu punktach zatoki . Dookoła słyszę języki z różnych zakątków świata. Wzrusza mnie widok starszych ludzi, przywiezionych na wózkach inwalidzkich przez opiekunów i spędzających być może ostatniego Sylwestra swojego życia wśród tysięcy młodych ludzi.

Brakuje mi jedynie muzyki. O tę zadbała, niestety, grupa stojących obok nas kompletnie pijanych Francuzów, wyjących „No, je ne regrette rien” (Nie, niczego nie żałuję) Edith Piaf.

Nowy Rok zaczyna się spotkaniem z przyjacielem z Polski, który od ponad trzydziestu lat mieszka w Sydney, i jego żoną. Spędzamy razem cały dzień na chodzeniu po mieście i gadaniu i, mimo dzielących nas lat i języka (ze względu na naszych partnerów posługujemy się angielskim), mam wrażenie, że widzieliśmy się po raz ostatni wczoraj.

Kangoroo Island

Czyli „Wyspa Kangurów”, na której jedyne napotkane przeze mnie kangury mieszkały w małym prywatnym zoo i były tak przekarmione przez turystów, że nawet nie chciały spojrzeć w kierunku zakupionego przez nas pokarmu. Nie, nie jestem rozczarowana tą największą turystyczną atrakcją Południowej Australii. Warto było kupić najdroższy chyba na świecie bilet na prom, chociażby po to, aby płynąć nim przez ponad godzinę na Wyspę Kangurów w towarzystwie delfinów i oglądać piękne, dzikie plaże, na których wylegiwały się foki.

Great Ocean Road

Wyobrażałam sobie ten ocean zupełnie inaczej. Spokojną, błękitną wodę i piaszczyste zakola, gdzie woda jest prawie tak samo ciepła jak powietrze. A tu – piękne kamienne formacje, dzikie i niedostępne zatoki i pieniące się fale. Mamy szczęście, bo jeszcze tydzień przed naszym przyjazdem droga była częściowo zamknięta ze względu na pożary lasów. Zapach spalenizny wisi jeszcze w powietrzu, a już gdzieniegdzie na czarnych kikutach drzew zaczynają pojawiać się zielone liście.

Grampions

Po wielogodzinnej podróży przez kompletnie płaski teren, przypominający raczej sawannę niż pustynię, dosyć monotonny i prawie niezamieszkały, zaczynają się nagle pojawiać pagórki, a potem góry. Po przebyciu jeszcze kilku kilometrów znajdujemy się w pięknej, zielonej dolinie. Jesteśmy w parku narodowym Grampions w Victorii. Mieszkamy w bardzo ładnym hotelu, składającym się z postawionych na podestach bungalowów. A pod tymi podestami drzemią chroniące się przed upałem kangury. Następnego ranka wychodzę z filiżanką kawy na zewnątrz, patrzę na otaczające mnie góry oraz unoszącą się mgłę i z zaskoczeniem widzę, że nasz „domowy kangur” podniósł głowę, patrzymy na siebie z ciekawością, myślę o tym, że tak może wyglądać raj.

sydney-kangur

Rzeczywistość sprowadza mnie na na ziemię podczas wizyty w centrum informacyjnym Aborygenów. Piękne, multimedialne centrum opowiada historię mieszkających na tym terenie Aborygenów, szczególnie wiele miejsca poświęcone jest historii tzw. lost generation, czyli tysiącom dzieci Aboriginów, które w latach 60 i 70 odebrane zostały rodzicom i przekazane na wychowanie do białych rodzin, aby nauczyć się życia „w cywilizowanym świecie”. Na jednej z tablic informacyjnych zapisana jest historia 8-letniego chłopca, po którego w dniu jego urodzin przyjechał samochód policyjny i pani z opieki społecznej. Chłopiec cieszył się przywiezionymi przez nich balonami i słodyczami, myśląc że przyjechali, aby obchodzić z nim ten szczególny dzień. Następnych 10 lat swojego życia spędził w angielskiej rodzinie w Adelajdzie.

Spotkania

Głównym powodem mojej podróży do Australii była chęć poznania rodziny Lachlana, chłopaka mojej córki. Jego dziadkowie przyjechali do Australii w latach 70 z Anglii w ramach akcji dla rodzin, za 10 funtów można było się wtedy przenieść się z cała rodziną do Australii, której brakowało mieszkańców. Pierwszy rok w Adelajdzie spędzili w domu dla przybyszów z Anglii – ta sześcioosobowa rodzina dosyć szybko znalazła swoje miejsce w nowym państwie, dorośli poszli do pracy, dzieci – do szkoły a potem na studia. Z ciekawością słucham ich opowiadań o początkach pobytu w Australii, wymieniamy doświadczenia o życiu za granicami swojej ojczyzny. Uczę ich właściwej wymowy Mount Kościuszko (najwyższa góra w Australii) i opowiadam o Polsce, odnosząc nie po raz pierwszy podczas tej podróży wrażenie, że jest dla nich tak samo obca i odległa jak Mars. Z drugiej strony czy dla wielu moich rodaków liczy się na świecie cokolwiek innego, niż odwieczne polskie wewnętrzne podziały na „ich” i „nas”?

Na pożegnanie Lachlan organizuje na dzień przed naszym odlotem do Hong Kongu party dla 24 osób. Jest tak sympatycznie, że robi mi smutno na myśl o tym, że nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek się spotkamy, oddzieleni od siebie tyloma oceanami i kilometrami. Smutek zmienia się w zażenowanie, kiedy na lotnisku w Adelajdzie stwierdzamy, że pomieszały nam się daty i dalsza podróż czeka nas dopiero jutro.

Nie widzę prawie w ogóle palaczy na ulicach i szybko przestaję się temu dziwić – moje ulubione „Marlboro” kosztują 30 dolarów australijskich (mniej więcej 25€). Wino, które Australia produkuje w wielkich ilościach i które kupić można w Niemczech za 4€ kosztuje tu minimum 10€. Owoce i warzywa są również zdecydowanie droższe niż w Niemczech. Australia ma minimalną pensję w wysokości 20 dolarów (około 17€) za godzinę, a rząd wprowadza na pewne produkty ceny minimalne, bo „każdemu musi się jego praca opłacać”.

Podczas lotu do Hong Kongu siedzę obok energicznej, starszej Angielki i szybko nawiązujemy rozmowę. Opowiada, że wraca z corocznej wizyty u rodziny w Nowej Zelandii. W tym roku musiała skrócić podróż o tydzień, bo czekają na nią pacjenci w Calais. Moja rozmówczyni jest lekarką i od miesięcy pracuje społecznie w obozie dla uciekinierów w Calais, bo Francuzi nie przejmują się warunkami, w jakich mieszkają uchodźcy, a Anglicy są szczęśliwi, że mają ten problem poza granicami swego państwa. „Nie chcę się dłużej wstydzić za moje państwo”– mówi na zakończenie rozmowy.

Hong Kong

Miasto byłoby piękne – położone wśród wbijających się w zatokę gór, gdyby nie było tak przeludnione i zabudowane tysiącami wieżowców. Metropolia wielkości dwóch Berlinów ma 7,5 miliona mieszkańców i pęka w szwach. Od oprowadzającej nas po mieście przewodniczki dowiadujemy się, że własnościowe mieszkanie o powierzchni 30 metrów kwadratowych kosztuje… milion dolarów. Ona mieszka z mamą i tatą na 40 metrach kwadratowych w mieszkaniu wynajętym od miasta za 600 dolarów miesięcznie. Przestaję się dziwić ilości ludzi chodzących po ulicach, uciekających zapewne od ciasnoty swoich mieszkań, podobnie jak nie dziwi paniczny strach przed epidemią, która przy tej ilości mieszkańców mogłaby mieć niewyobrażalne konsekwencje. Niewiele zostało z brytyjskiego Hong Kongu, jest to bardzo chińskie miasto z bardzo egzotycznymi dzielnicami. Mimo tej egzotyki po czterech dniach pobytu z radością wsiadam do samolotu do naszej Europy, ciesząc się, że niedługo nie będę musiała chodzić po ulicy osaczona tłumem mniejszych ode mnie o głowę Chińczyków.

sydney-hongkong

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Joanna Trümner i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s