Reblog: Czterdziestolatek

Szymon Hołownia przedwczoraj na Facebooku

W ubiegłym tygodniu miałem osiem spotkań autorskich w środkowej Polsce, na Podlasiu i na Śląsku. W sumie tysiąc – dwa tysiące ludzi. Gdy w debacie pojawiały się wątki bieżące, mówiłem (oczywiście machając rękami) o tym, jak zmęczeni chyba jesteśmy polityką. A mimo to wciąż o niej gadamy, bo jest ona jak wrzód na wiadomo czym, o którym człowiek sobie przypomina zawsze, gdy tylko siada. Z jednej strony nas to wyniszcza, z drugiej – jesteśmy jak alkoholik, który nie umie nie pić, bo jeszcze nie zaliczył dna, więc powtarza sobie że da sobie jeszcze z tym radę.

Znaczna część publiczności potakiwała, powtarzała: „dokładnie!”. Robiła to z takim entuzjazmem, że nawet mnie, spotkaniowego wyjadacza, musiało to zastanowić. Kurde, żyjemy w wolnym państwoe, nie ma wojny, a ludzie sprawiali wrażenie śmiertelnie swoim krajem zmęczonych. Jakby nie było już obywateli, a poborowi przymusowo wcieleni do wojska (kilku plemiennych wojsk), tęskniący za odebraną im podmiotowością.

Co daliśmy z sobą zrobić, że już nawet o pogodzie nie można porozmawiać spokojnie. Że jest jak w czasach mojej zamierzchłej młodości, gdzie wszystko było pretekstem do tego, by dowalić komuchom. Tyle że dziś komuchy od dawna są w muzeum, a od paru lat śmiertelną wojnę toczą w Polsce dwie frakcje wywodzące się z „Solidarności”, dzięki którym z tego pojęcia nie zostały nawet strzępy.

Coraz częściej spotykam ludzi, którzy wycofują się za swój płot, budują prywatne szczęście, odpuszczając sobie kontekst wspólnoty. Są zmęczeni widokiem szalejących tam egotyków, szczerze przekonanych że władza to nie służba a majestat. Ci co mieli zapewnić wodę w kranach uznali w końcu państwo za swój akwapark, ci co mieli posklejać Polaków, rozpętali nowe wojny i samomianowali się mesjaszami.

Jedni mają program: „Precz z tamtymi”. Drudzy: „Precz z tymi, co mówią: precz z tamtymi”. Nic nie zmienią kolejne audyty ani marsze. Polska – to moje zdanie – nie potrzebuje Zbawcy ani Obrońcy Przed Zbawcą. Polska potrzebuje SOLIDARNOŚCI.

Przez ostatnie ćwierć wieku wypracowaliśmy tylu nowych Piłsudskich i Che Guevarów, Robin Hoodów i Adamów Smithów, Bolków oraz Lolków, że moglibyśy ich eksportować. Nam teraz przydałby się ktoś, kto realnie umiałby zlepić Polaków wokół jedynej wspólnej idei, jaka nam jeszcze w genach została. Nie wokół historii, narodu, wiary, Europy czy portfela, a wokół solidarności.

Skąd wiem, że jeszcze ją tam mamy? Bo w realu widzę jak zachowują się rodacy, nie gdy każe im się wziąć udział w dyskusji o pomocy innym, ale gdy stają twarzą w twarz z człowiekiem, który znalazł się opałach. Zwykle kończy się jałowe pitolenie na fejsbuniu czy heheszki na twitterkach, ktoś idzie po bandaż, ktoś inny po herbatę, ktoś dzwoni do syna, żeby natychmiast leciał z kocem.

Ten oddolny instynktowny odruch należy na maksa rozdmuchać i przenieść wyżej, jak najwyżej. My się już nigdy nie dogadamy przy użyciu obecnie używanych w debacie publicznej narzędzi. To co sobie nimi możemy zrobić to wyłącznie wzajemna okupacja. Powinniśmy więc cofnąć się o krok i sięgnąć po te, których jako ostatnich umieliśmy używać wspólnie. Właśnie po solidarność. Tę, o której w swoim eseju pisał ks. Tischner – a la Miłosierny Samarytanin, który gdy ktoś krwawi, nie wygłasza przemówień, nie leci tropić winnych, tylko pochyla się i jak umie, tak bandażuje. Tę, o której pisał Karol Wojtyła w „Osobie i czynie” a później w encyklikach: solidarności społecznej, kiedy to ludzie razem biorą odpowiedzialność za to, co mają razem i w ten sposób powstaje coś, czego wcześniej nie było – dobro wspólne. Bo przecież nie wszystko trzeba koniecznie mieć na własność, żeby się tym cieszyć (patrz Tatry albo Półwysep Helski), a jak ja ze swojej dychy oddam złotówkę i sąsiad też odda, to każdy z nas ma odtąd siłę nabywczą jedenastu zeta, tylko się trzeba dogadać.

Czy to się da zrobić, gdy ludzie mają różne poglądy? Jasne, że się da. Żeby zmienić żarówkę nie trzeba się zgadzać w sprawie in vitro. A my mamy w Polsce naprawdę sporo spraw do załatwienia zanim dojdziemy do tych, co do których nigdy się nie zgadzaliśmy i zawsze nie będziemy się zgadzać.

Do tego potrzeba by jednak było kogoś, kto umie zrobić coś więcej niż odbijać kraj, założyć kolejną partię buntu, albo powtarzać, że wszystko jakoś samo sie ułoży, byleby był hajs. Trzeba by było znaleźć gdzieś polityków, o których wierze będziemy się przekonywać nie podczas transmisji wielkich celebracji (wierzący urzędnik z pewnością znajdzie czas na codzienną Eucharystię przed pracą, a nie w ramach pracy), a po tym czy realnie dają ludziom nadzieję (uwaga: kasa to nie to samo co nadzieja), a nie powiększają ich lęki. Trzeba by było znaleźć takich, dla których jedynym pomysłem na europejskość i humanizm nie jest straszenie Ciemnogrodem i powtarzanie banałów o orgazmie jaki zapewnią każdemu pieszczoty św. Postępu oraz niewidzialnych czułych dłoni rynku.

Producenci kos (na sztorc), męczennicy, pasterze owiec, wesołe Romki i posępni Janusze – już byli. Teraz popękanemu krajowi potrzebny jest ktoś, kto oprócz polityki gospodarczej, międzynarodowej oraz historycznej, przede wszystkim umiałby robić klej. Kogo ludzie nie będą wyznawać albo podziwiać, ale zwyczajnie lubić. Kto przypomni, że człowiek najpierw jest człowiekiem, a później wyborcą. Kto umiałby pokazać szacunek, zanim pokaże, że ma rację. I kto oprócz spraw zasadniczych i wielkich, byłby też specem od nie mniej ważnych drobiazgów. Np. organizowałby comiesięczne spotkania liderów partii, Kościołów i (reprezentatywnych) stowarzyszeń przy winie i grillu. Wprowadziłby dla urzędników „erki” obowiązkowy coroczny wolontariat w świetlicy środowiskowej lub w hospicjum. A do bezdomnych nie jeździł opancerzoną kolumną na Wigilię, ale organizował ją w rządowych pałacach, pokazując w ten sposób wszystkim innym, że nie tylko ci co płacą PIT albo mają siłę dźwigać jakiś sztandar, są obywatelami.

Ja – choć jestem obecnie w fazie zbrzydzenia polityką do poziomu zwracania treści – dałbym takiemu komuś wszystko, co może dać szary obywatel, któremu wystarczy, że ma prawo czynne, a nie kręci go bierne. Czyli głos.

I tak sobie w tym ostatnim tygodniu jeżdżąc po kraju pomyślałem, że kurka wodna dość półśrodków i wydawania kasy na znachorów – teraz to ja wytrzymam tak długo, aż przyjedzie LEKARZ. Przez całe dorosłe życie głosowałem nie za kimś, ale przeciw komuś. A dziś mam 40 lat i chyba dorosłem do tego, żeby serdecznie olać „panów mniejsze zło”, i poczekać na kogoś, kto wreszcie zrozumie, że pokoju nie osiąga się wywołując wojnę.

Solidarność o muerte! Że zacytuję klasyka.🙂

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Redakcja i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Reblog: Czterdziestolatek

  1. pharlap pisze:

    Przyjdzie LEKARZ i wszystko skieruje na właściwą drogę.
    Było kilka takich przypadków w historii ludzkości, do głowy przychodzi mi na przykład Lee Kuan Yew – przywódca Singapuru.
    Problem w tym, że wszystkie znane mi przypadki to jednak jakaś forma dyktatury.
    Nawet podany przykład Solidarności lat 80-tych też odnosi się do okresu dyktatury.

  2. Anonim pisze:

    A jednak giniemy jako naród, i wcale nie bohatersko, tylko giniemy ze wstydem za twarz (polityczną) naszego państwa. Dlatego czekam na takiego lekarza, który nie będzie gadał, tylko zrobi klej i coś w nas sklei, nim to coś rozpadnie się z kretesem i bezpowrotnie. I żadnych sztandarów, proszę, a jeśli już, to – słowo Poety.

  3. Kasia Krenz pisze:

    Przepraszam, to nie anonim, podpisuję się pod powyższym, tylko technika nawaliła!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s