Stuart

Joanna Trümner

Gitara

Patrzył na stojącego przed nim w kolejce do odprawy młodego człowieka, kurczowo trzymającego w rękach gitarę, tak jakby bał się o to, że ktoś zniszczy lub ukradnie ten najważniejszy dla niego przedmiot. Jak dużo musiała dla niego znaczyć…

Uśmiechnął się do mężczyzny, przypominając sobie swoją pierwszą gitarę, na której przy pomocy pożyczonego w bibliotece samouczka uczył się chwytów i akordów. Przypomniały mu się prywatne lekcje nauki gry na tym instrumencie, pożerające całe kieszonkowe i „pożyczane” z torebki matki funty. Kościół i grupa muzyczna, prowadzona przez organistę i znienawidzone „Oh happy day” rozpoczynające każdą mszę. Godziny spędzone na plaży na ćwiczeniu gry i komponowaniu pierwszych własnych piosenek, szum morza, który w jego uszach brzmiał jak oklaski publiczności.

Narzucił sobie żelazną dyscyplinę, godzinami grał na gitarze na plaży, którą poza sezonem miał prawie tylko dla siebie. Tylko tam nikomu nie przeszkadzały nieraz fałszywie zagrane, powtarzane kilkanaście razy pod rząd melodie. Swoją pierwszą gitarę, sprezentowaną mu na 10 urodziny przez wujka Stuarta zostawił potem na plaży w Walton. Wujkowi Stuartowi, bratu matki i „czarnej owcy” w rodzinie, dzielącemu życie z innym mężczyzną, o którym w tamtych latach nikt nie odważyłby się powiedzieć „partner” albo „mąż”, zawdzięczał zresztą nie tylko imię i gitarę, Stuart-senior był przez całe życie jego dobrym duchem, aniołem stróżem.

Patrząc na nieznajomego, oddającego gitarę jako „bagaż specjalny” w ręce obsługi lotniska, myślał o tym, że mężczyzna może mieć dwadzieścia parę lat, czyli jest w wieku, w którym on zdecydował się na opuszczenie Anglii i rozpoczęcie nowego życia w Australii. Gdyby jego życie potoczyło się inaczej, może byliby dziadkiem i wnukiem, wybierającymi się wspólnie w odwiedziny do Europy. Czego wszyscy ci młodzi ludzie z różnych zakątków świata z wielkimi plecakami na plecach, od których roi się Sydney, szukają w kraju, który nigdy nie pojawia się na pierwszych stronach gazet innych kontynentów? Kraju, który jest tak daleko oddalony od problemów reszty świata, że może się wręcz wydawać, że nie istnieje na mapie?

A kim ja dla niego jestem – dobrodusznym dziadkiem, który za chwilę wyjmie portfel ze zdjęciami dzieci i wnuków i zacznie opowiadać mu swoje rodzinne historie? Samotnym, bogatym staruszkiem, który z nudów zwiedza świat? Biznesmenem, który zarezerwował miejsce w klasie biznesowej, bo go stać na zapłacenie wielokrotnie wyższej ceny za bilet i chce się w miarę wygodnie wyspać podczas tej wielogodzinnej podróży, przeliczając w głowie kolejne tysiące dolarów, które zarobiła jego firma? Depresyjnym wdowcem, który rusza w długą podróż, żeby zapomnieć o śmierci żony? W której z szufladek znalazłoby się dla mnie miejsce? Gdybym powiedział mu, że lecę przez prawie cały świat, żeby rozpocząć życie z moją dziewczyną, wpadłbym do szufladki „demencja”. Popatrzyłby na mnie z zażenowaniem, konstatując w duchu, że zgubiłem się w czasie i pamięć płata mi figle. Ze współczuciem myślałby zapewne o pokonanym przeze mnie morzu samotnych, pozbawionych sensu i wydarzeń dni i ucieczce w fikcyjny świat nieistniejących lub nieżyjących już ludzi. Choć może nie, może ktoś, kto nie potrafi się na dłużej rozstać ze swoją gitarą, nie zakończyłby rozmowy, nie odwróciłby się i nie odszedłby na drugi koniec poczekalni na lotnisku, pukając się w czoło.

Dlaczego młodym wydaje się, że mają monopol na pewne słowa, a ludzie w moim wieku powinni po przekroczeniu swojego „terminu ważności” żyć już tylko życiem swoich dzieci i wnuków, chorobami i wspomnieniami?

W głowie znowu pojawiła się stara, niemal zapomniana melodia „Long and winding road” Beatlesów – „długa i pełna zakrętów droga, która prowadzi do ciebie, do domu” – „to przecież o mnie, nie ma na świecie historii, której nie dałoby się opowiedzieć piosenką – pomyślał, zajmując miejsce w samolocie.

Dom

Jak wszystkie dzieci na świecie zastanawiał się często nad tym, czy nie został podmieniony w szpitalu i czy na pewno jest dzieckiem swoich rodziców. A może po prostu miał innego ojca? Patrząc po twarzach mężczyzn, spotykających się wieczorami w pubie rodziców zastanawiał się, który z nich mógłby przekazać mu geny, które tak bardzo różniły go od reszty rodziny. Od unoszącego się przez cały dzień w powietrzu zapachu smażonych ryb, zamienianego wieczorami na odór piwa i pomruk podniesionych, męskich głosów, od małego mieszkanka nad pubem, w którym dzielił pokój z dwoma siostrami i od włączonego przez cały dzień telewizora, zastępującego rozmowy z nieobecnymi, zajętymi budowaniem swojego imperium rodzicami. Dziełem i sensem ich życia był jedyny w okolicy pub, który w ciągu dnia oferował „fish and chips”, a od szóstej do jedenastej wieczorem zmieniał się w punkt spotkań mieszkańców Walton.

Pub był zamknięty w poniedziałki, które rodzice przeznaczali na próby wychowania dzieci i przekazania im swoich wartości. Z czasem pogodził się z tym, że nosi w sobie geny matki, która z latami stała się echem ojca i prawie każde zdanie zaczynała od „zdaniem Johna…”. Pogodził się też z genami Johna, a właściwie dwóch Johnów – roześmianego dwudziestolatka w stroju marynarza, uśmiechającego się do niego z fotografii wiszącej nad telewizorem i tego drugiego, małomównego, srogiego i wiecznie zmęczonego Johna, do którego nie odważyłby się przyjść z problemami czy wątpliwościami. Johna, który każdą prośbę o pieniądze kończył zdaniem „nie wiecie, jak ciężko jest zarobić na utrzymanie rodziny!”.

W ciągu sezonu letniego lokal był oblegany przez turystów i przynosił dochody, które starczały na przeżycie długich zimowych miesięcy, ale prawdziwą żyłą złota stał się dopiero po śmierci obojga. Wielki amerykański koncern odkupił dzieło rodziców i zapach ryb zmienił się w zapach hamburgerów. Razem z przybyciem wielkiego koncernu w Walton zaszły zmiany, dzisiaj to miejsce jest jednym z prawie identycznych na całym świecie miasteczek nad morzem, które podczas lata tętnią życiem, proponując turystom dania, pochodzące z wszystkich kuchni świata, stoiska z piwem, dyskoteki i inne atrakcje. Nawet podczas „zimowego snu”, w który zapadają wszystkie nadomorskie miasteczka, Walton oferuje mieszkańcom więcej niż jeden jedyny „fish and chips”, będący równocześnie pubem.

Londyn

Stuart-senior zjawiał się w Walton kilka razy do roku i zostawał tam na tyle długo, aby nie zdążyły paść niedyskretne pytania o jego życie z Brianem. Po wielu rozmowach w pubie udało mu się przekonać rodziców do pozwolenia dzieciom na odwiedzenie go w Londynie: „Ale tylko pod warunkiem, że nie będzie tam w tym czasie tego pana”. Brian przeprowadzał się więc na tydzień pobytu dzieci do zaprzyjaźnionego małżeństwa, torując w ten sposób drogę do corocznych odwiedzin w Londynie.

Stuart senior pokazał im w ciągu tego tygodnia główne zabytki miasta, zaprowadził je do kina i teatru, nauczył korzystać z biblioteki – nigdy nie miał własnych dzieci i przejął rolę ojca i nauczyciela – spędzał z nimi godziny na zwiedzaniu galerii i muzeów, na wspólnym gotowaniu posiłków i rozmowach. Dla całej trójki ten tydzień, spędzany co roku u wujka Stuarta, stał się najważniejszym wydarzeniem w kalendarzu. Świat pokazywany przez Stuarta, był tak różny od Walton, że chyba by się w nim zgubili bez przewodnika. „W tym mieście można być tym, kim się chce być. A jeżeli zechcesz być kim innym, to wystarczy pojechać do innej dzielnicy” – powtarzał, namawiając bratanka do ubiegania się o stypendium na studia matematyki na renomowanej londyńskiej uczelni.

Dzięki corocznym wizytom w Londynie Stuart-junior zrozumiał, jak niewiele wspólnego ma pub w Walton z jego marzeniami. Londyn, to miasto-moloch tak bardzo zachwyciło go swoją różnorodnością, kolorami, muzyką graną w letnie wieczory we wszystkich parkach, kulturami, o których nawet nie słyszał, że miał już w głowie tylko jedno – zdobyć stypendium i przyjechać na studia do Londynu.

Szczęście uśmiechnęło się do niego i dostał stypendium na uczelni, o studiowaniu na której nikt w Walton do tej pory nawet nie marzył. Przez pierwszych kilka miesięcy zamieszkał u swojego anioła-stróża i jego przyjaciela-Briana.

Cdn.

 

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Joanna Trümner i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s