Nowych narracji ciąg dalszy

Ewa Maria Slaska

Na przykład Siemens lub na przykład Cegielski (wpomnienie o Poznaniu 1956)

Narracje, opisujące na nowo naszą historię, nie są tylko dziełem „dobrej zmiany”,  to jak słusznie zauważa komentator pod dzisiejszym wpisem – sprawa stara jak świat.  Nową narrację tworzą państwa, politycy, ale też instytucje, konsorcja i korporacje. I nie tylko w Polsce. Ja pierwszy raz świadomie zetknęłam się z tym w Niemczech. Oczywiście w PRL wszystko było własną nową interpretacją, ale przecież PRL nikt nie traktował poważnie. No i nie był nam wzorem!

W roku 1987 Berlin obchodził 750-lecie istnienia. Miasto prezentowało się wówczas publicznie za pomocą hasła „Berlin 750 lat tolerancji”. Zapytałam jednego z ważnych urzędników (w Berlinie Zachodnim rzecz jasna), jak ten slogan ma się do okresu nazizmu? To było tylko 12 lat, odpowiedział ów pan.

Wiele lat temu młody historyk niemiecki opowiadał mi, że pracuje w archiwum Szpitala w Hadamarze. Zaciekawiło mnie, jak radzi sobie z okresem II wojny światowej, bo wtedy było to miejsce, gdzie dokonywano przymusowej eutanazji chorych fizycznie i psychicznie. Powiedział, że wcale, bo ten okres kazano mu pominąć. A jak kazano, to pominął.

***

Kiedyś jednak takie akcje i reakcje zniknęły, nowocześnie było umieć spojrzeć krytycznie na własną historię.

***
Kilka lat temu przekonałam się jednak, że zmiana paradygmatu objęła tylko okres II wojny, a reszta pozostaje po staremu. Szukałam wtedy informacji o obecności Polaków w armii niemieckiej podczas I wojny światowej i nic mi się nie udało znaleźć. Zaczęłam od archiwów cmentarnych, gdzie udało mi się stwierdzić, że dla biurokraty Polak z zaboru pruskiego wcielony do armii był Niemcem i jeśli poległ na polu bitwy, był Niemcem, który oddał życie w obronie niemieckiej ojczyzny, nieważne czy Schmidt i Schulz, czy  Kaczmarek, Słotwiński i Pietruszewski. Dzwoniłam i pisałam do archiwum wojskowego, krajowego i państwowego w Berlinie, gdzie nikt nawet nie raczył ze mną rozmawiać (nie jestem historykiem i nie pracuję na etacie!), aż wreszcie dokołatałam się do archiwów firmy Siemens, gdzie potraktowano mnie bardzo przyjemnie. Mogła to być rzecz jasna jakakolwiek inna wielka firma, która powstała w okresie industrializacji Berlina czyli od połowy XIX wieku do roku 1914. Wtedy bowiem to spokojne, niewielkie miasto-rezydencja książąt brandenburskich, a potem królów pruskich, przekształciło się w ogromną stolicę wielkiego imperium, a przemysł był jednym z filarów rodzącej się metropolii.

Tak wyglądały tereny przemysłowe wokół dzisiejszej Friedrichstrasse, od wielkich pieców przemysłowych nazywane Ziemią Ognistą.

Zakłady Budowy Maszyn Borsiga – obraz Karla Eduarda Biermanna z roku 1847.

W tym samym roku powstał w berlińskiej dzielnicy Friedrichstadt Telegraphen Bau-Anstalt von Siemens & Halske, nazywany potem po prostu Siemens.

Gdy rozpoczęła się I wojna światowa robotnicy, technicy i inżynierowie z berlińskich fabryk zostali wcieleni do armii i wysłani na front, gdzie wielu z nich padło i pozostało na zawsze z dala od ojczyzny, rzadko bowiem rodziny miały dość pieniędzy (a i szczęścia), by odnaleźć ciało zmarłego syna, ojca czy męża i na własny koszt sprowadzić je do domu.  Nie było grobów i dlatego wiele instytucji budowało w Berlinie miejsca pamięci poległych, miejsca, gdzie można pójść i złożyć kwiaty. Tzw. Pole Chwały (Feld der Ehre) wzniesione przez firmę Siemens jest jednym z najbardziej okazałych pomników przypominających ofiary I wojny.

siemensgedenkstätte1-kl

I jest tam mnóstwo polskich nazwisk. Na konferencję historyków w Kuala Lumpur postanowiłam napisać referat na temat tego, co można powiedzieć o obecności Polaków w Armii Niemieckiej na podstawie grobów, cenotafów i tablic upamiętniających śmierć żołnierzy poległych podczas I Wojny.

krzykowski-kurowski

pierdzwiol-kl pieczynski-piotrowicz-kl

Niestety, okazało się, że nic. Pogawędziliśmy o tym z kierownikiem Archiwów Siemensa w Monachium. Gdy zasugerowałam, że można by sprawdzić akta robotników przyjmowanych do pracy, a potem podczas wojny zmustrowanych, bo gdyby tam były metryki urodzenia czy karty poboru, to już by można było coś wnioskować i o narodowości, i o kolejności powoływania do armii Polaków z zaboru pruskiego… Chciałabym sprawdzić, powiedziałam, czy to byli Polacy, czy podawali może, że są Polakami… Bo wie Pan, intuicja mówi mi dwie rzeczy, że byli Polakami, i że szli na front jako pierwsi – najpierw Kuklinowscy a dopiero poten Puppensteinerowie.

No, ale dowiedziałam się, że archiwa zostały zniszczone.

Zostały zniszczone… Takie neutralne określenie…

A to, co tu napisałam, to taka mała narracja o małym problemiku.

***

Wiosną miałam znowu napisać referat na konferencję, tym razem na temat roku 1956, w Polsce i na Węgrzech. Z podziału zadań przypadło mi napisanie o Czerwcu 56 w Poznaniu. Oprócz mnie wszyscy wykładowcy byli historykami. Pomyślałam, że nie mogę konkurować z naukowcami i że jako pisarkę bardziej niż fakty interesują mnie zmiany narracji. Zaczęłam więc szukać różnych informacji na temat recepcji i reakcji społecznej na Wypadki Czerwcowe, od roku 1956 do dziś.

Uderzyło mnie kilka spraw. Po pierwsze, że nikt nigdy nie ukarał żadnej osoby odpowiedzialnej za krwawe stłumienie rozruchów robotniczych. Nikt nigdy nikogo. Nawet symbolicznie nie.

Po drugie, że niemal przez cały czas pamięć o Czerwcu 56, jeśli w ogóle była, funkcjonowała rocznicowo, w odstępach co pięć lub dziesięć lat. I to nie tylko w Polsce, ale i na Zachodzie. Na przykład pierwsza publikacja książkowa o Czerwcu ukazała się w Paryskiej Kulturze w roku 1976. O pamięci rocznicowej mówił Adam Michnik podczas tegorocznej wizyty w Berlinie, a pisał o tym już dwa lata temu Krzysztof Ruchniewicz. Nawet nie wiedziałam, że istnieje takie pojęcie – pamięć rocznicowa, myślałam, że to ja je odkryłam😦.

I natychmiast uświadomiłam sobie, że w razie potrzeby, nie ma żadnej pamięci, nie tylko rocznicowej, po prostu żadnej.

Zajścia czerwcowe w Poznaniu rozpoczęły się w Zakładach im. Hipolita Cegielskiego. Pisałam już o Siemensie i Borsigu, twórcach nowoczesnego przemysłu europejskiego. Cegielski był jednym z nich, nawet stworzył swoje zakłady (Handel żelaza) w tym samym roku 1847, w którym oni powoływali do życia swoje fabryczki i warsztaciki. Przedtem jednak studiował w Berlinie, napisał pracę doktorską z filozofii: De negatione. Pracował w Poznaniu jako nauczyciel greki i łaciny. Podczas niepokojów w 1846 odmówił władzom szkoły przeprowadzania kontroli mieszkań swoich uczniów, co zakończyło jego karierę nauczyciela. To sprawiło, że założył ów sklepik…

Sklepik przekształcił się w warsztat, warsztat w odlewnię, odlewnia w fabrykę maszyn… Fabryka się rozrasta, staje się zespołem fabryk i spółką akcyjną. W roku 1939 zakłady zostaną przejęte przez Deutsche Waffen und Munitionfabriken. W 1945 roku fabryka przechodzi na własność państwa polskiego, w roku 1956 przeżywa zryw robotniczy, pierwszy w burzliwej historii peerelowskich rozruchów i zamieszek, w roku 1995 staje się znowu spółką a potem zespołem spółek. Dotarliśmy do współczesności.

I wtedy jakiś nowy narrator pisze nową narrację Zakładów imienia Hipolita Cegielskiego i publikuje ją na stronie internetowej. Obejrzałam ją wiele miesięcy temu, pisząc ów referat, ale dla potrzeb dzisiejszego wpisu weszłam tam kilka godzin temu i krótko przed północą zrobiłam ten oto zrzut ekranu:

 historia cegielski

Tak nie myli Was wzrok, w miejscu gdzie jest czerwona strzałka nie ma mowy o Czerwcu 1956 roku! Proszę bardzo, oto powiększenie:

historia cegielski-detal

 No comments…

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Ewa Maria Slaska i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

10 odpowiedzi na „Nowych narracji ciąg dalszy

  1. pharlap pisze:

    Trafiłaś mnie EwoMario , jak to się po boksersku mówi, w punkt. W zeszłym roku spędziłem sporo czasu na spisywaniu w formie blogu moich wspomnień. Przy okazji szukałem informacji o kilku zakładach przemysłowych, z którymi miałem powiązania zawodowe – FSO, Star Starachowice, ZELMOT – czasy PRL zostały „słusznie zapomniane”.
    Trzy dni temu, na tym blogu, ukazała się relacja z rodzinnych wspomnień – bardzo biedna rodzina w bardzo biednej wsi. Znalazłem tam znamienne zdanie – „… sprawy bytowe w okresie okupacji poprawiły nam się”.
    To zgadza się z wspomieniami Jana Karskiego zawartymi w jego książce Państwo podziemne. Jego wrażenia z kampanii wrześniowej – byliśmy zadufani w sobie i oszukiwani, Podczas rozmów na temat politycznego kształtu Polski po wojnie, Jan Karski nie miał wątpliwości, że znaczącą siła powinni być socjaliści , wśród których wiodoąca postacie był wtedy Józef Cyrankiewicz.
    Podobne wrażenia odniosłem z książki Jana Nowaka – Kurier z Warszawy.
    Nawet władze PRL nie krytykowały Polski międzywojennej tak ostro.
    Teraz w wiadomościach z Polski obserwuję coś podobnego. I obie strony konfliktu są siebie warte.

  2. Viator pisze:

    NIHIL NOVI, Ewo Mario, SUB SOLE! Nihil novi…
    „To, co było, jest tym, co będzie,
    a to, co się stało, jest tym, co znowu się stanie:
    więc nic zgoła nowego nie ma pod słońcem.
    Jeśli jest coś, o czym by się rzekło:
    «Patrz, to coś nowego» –
    to już to było w czasach,
    które były przed nami”
    rzecze Kohelet i, jak widać, wie o czym mówi.
    Tutanchamon skuwał (znasz to świetnie, Archeolożko!) inskrypcje poświęcone Echnatonowi, Stalin kazał retuszować zdjęcia, usuwając ze wspólnych fotografii już to Trockiego, już to Jeżowa.
    Dopiero co dowiedzieliśmy się w Radomiu, że KOR założył tylko i wyłącznie pan Macierewicz.
    Ostatnio któryś z naszych regionalnych żarskich brukowców w pewnym artykule wykadrował zdjęcie, usuwając z niego jednego z najwspanialszych ludzi, jakich znam, bo nie pasował do koncepcji składu Prawdziwych Przyjaciół Zmarłego Księdza Kanonika (nie idzie o szczegóły sprawy, tylko o fakt – instrumentalne wykorzystanie zmarłych do niezbyt chwalebnych czynów żyjących). Ta sama żenada, ten sam poziom, nic się od początków ludzkości nie zmienia.
    Jedyna pociecha, że jednak każdy kto chce, może się o Echnatonie dowiedzieć, a retusze Dżugaszwilego budzą do dziś rozbawienie. Bohaterstwo WSZYSTKICH „korowców” nie odejdzie w zapomnienie. Może i mój dobry znajomy doczeka chwili, gdy oszczercy zostaną napiętnowani. Wierzę w to. Inaczej po co żyć?

    • ewamaria2013 pisze:

      Oczywiście, Viatorze, masz rację. Zawsze ktoś kogoś może wykasować. Ale często daje się przynajmniej zrozumieć intencję polityczną, ideologiczną czy personalną. Stalin wykasował Berię, PiS Wałęsę, Maciarewicz Kuronia, a islamiści Hilary Clinton ze zdjęcia, na którym widać prezydenta Baracka Obamę, jak w towarzystwie doradców politycznych ogląda relację z aresztowania Osamy bin Ladena.
      Tak było, jest i zapewne będzie. Winston Smith w „1984” tylko tym się zajmował – kasowaniem informacji aktualnie niepoprawnych politycznie.
      Ale czy to znaczy, że skoro tak jest, to nie możemy się dziwować innym takim wypadkom? I zastanawiać się nad intencjami kasowania?
      Bo o ile mogę jeszcze zrozumieć, dlaczego Simens „nie ma” archiwów z czasów I wojny światowej, w każdym razie nie ma ich dla badacza, który mógłby im wytknąć jakąś niepoprawność, dziś uważaną za paskudną, a wówczas przecież za normalną, o tyle doprawdy nie wiem, dlaczego spółka akcyjna Cegielski nie wspomina o Czerwcu, skoro jest to w dzisiejszych czasach jednak powód do chwały?
      Po prostu się zastanawiam…

      • Viator pisze:

        Ależ oczywiście! Wszyscy Smithowie-kasowacze właśnie na to liczą, że nikt się nie będzie nad tym zastanawiał! Bądźmy więc dla nich z naszą dociekliwością jak drzazga w… palcu.

  3. Katarzyna Krenz pisze:

    A skoro mowa o Smithach-kasowaczach, to poproszę może o komentarz do sytuacji odwrotnej, kiedy to zamiast kasować, próbuje się na siłę dopisywać nowe postaci, które w danym wydarzeniu historycznym żadną miarą swego udziału mieć nie mogły. Oto wiadomość z ostatniej chwili: „Prezydent Miasta Poznania nie otrzymał odpowiedzi z Ministerstwa Obrony Narodowej na pismo z dnia 9 czerwca br., w którym prosił o odstąpienie od apelu pamięci, zawierającego wspomnienie ofiar katastrofy smoleńskiej. Dlatego dzisiaj, tj. w piątek 24 czerwca, Prezydent Miasta Poznania wysłał pismo do Ministra Obrony Narodowej z informacją o tym, że rezygnuje z obecności wojska podczas obchodów 60. rocznicy Powstania Poznańskiego Czerwca 1956 roku. W czasie oficjalnych uroczystości wspomnienie poległych zostanie odczytane przez osobę cywilną.” Więcej tu: http://www.miastopoznaj.pl/polityka/3970-na-obchodach-poznanskiego-czerwca-bedzie-prezydent-lech-walesa-a-prezydent-poznania-rezygnuje-z-obecnosci-wojska
    Czy ktoś wie, jaki związek miały/mają Zakłady im. Cegielskiego i wydarzenia Poznańskiego Czerwca ze Smoleńskiem?

    • ewamaria2013 pisze:

      I nie odstąpili. W Poznaniu odczytano również listę poległych w katastrofie smoleńskiej.
      Tak, to straszne nadużycie… Słów brakuje… Dużo myślę o Ani Walentynowicz, którą bardzo dobrze znałam, o Aramie Rybickim, ale bardzo mi się nie podoba, że wspominano ich podczas obchodów rocznicy Czerwca, bo uważam, że narzucanie takich aktów pseudopamięci, obraża naszą pamięć o nich…

  4. Katarzyna Krenz pisze:

    Dziś nasza pamięć i nasz szacunek należały się komu innemu.

  5. Ela Kargol pisze:

    Dziękuję tobie za wspomnienie o moim mieście Poznaniu i o Powstaniu Czerwcowym, bo tak o poznańskim czerwcu w Poznaniu mówiliśmy.
    Urodziłam się dwa lata później i nie pamiętam kiedy dowiedziałam się o czerwcu. Mama nie mieszkała jeszcze w Poznaniu, ale w ten właśnie dzień wybrała się ze swoim przyszłym mężem, moim tatą do Poznania w poszukiwaniu materiału na suknię ślubną. Pamięta wojsko, milicję i szybki powrót do położonego o 70 km od Poznania Nowego Tomyśla.
    Kupili materiał spadochronowy, bo taki tylko był.

    Ja pamiętam dość nieprzyjemne dla mnie zdarzenie, poniekąd zwiazane z czerwcem.
    Była zima 1982 roku, uniwersytet wznowił już zajęcia. Wracaliśmy grupą z wykładów przez Plac Adama Mickiewicza, koło poznańskich Krzyży (Pomnik Ofiar Czerwca 1956).
    Zatrzymało nas ZOMO, zaczęło się przeszukiwanie plecaków, torebek, płaszczy. Ponieważ książeczka zdrowia mojej wówczas trzyletniej córki owinięta była kartką z zachodnioniemieckiego czasopisma prawdopodobnie Spiegla, od razu posądzona byłam o sianie wrogiej propagandy.
    Nieprzyjemna wymiana zdań trwała kilkanaście minut. W zasadzie był to potok obraźliwych pytań i uwag, na które nie wolno było nam udzielać odpowiedzi. Po odnotowaniu naszych nazwisk, adresów i innych detalii z naszego życia „puszczono na wolno“. Spojrzałam wtedy na Poznańskie Krzyże i na kilkanaście płonących pod nimi zniczy.

    Dziękuję ci również za wspomnienie o moim dziadku ze strony mamy, Ludwiku, Wielkopolaninie wcielonym do armii pruskiej. W czasie pierwszej wojny walczył pod Verdun. Odznaczony żelaznym krzyżem, trafił do niewoli francuskiej i z Armią Hallera wrócił do Polski. Jego brat z kolei zginał w Powstaniu Wielkopolskim, gdzieś pod Gnieznem. Mój dziadek „Hallerczyk“ długo pielęgnował jego gròb w Gnieźnie, niestety po jego śmierci jakoś nikt nie znalazł czasu i chęci zachować w pamięci i dbać o rodzinne historie.
    A ja, cóż, rocznicowo, między swiętami Bożego Narodzenia a Nowym Rokiem (27 grudnia wybuchło powstanie wielkopolskie) przypominam sobie, że już dawno chciałam coś w tej sprawie zrobić.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s