W Kaliningradzie czyli Królewcu

Jednak są dżentelmeni na świecie! Gdy napisłam, że autorzy blogowi mi się porozjeżdżali na urlopy albo nawet – popadli w lenistwo, odwrotną wręcz pocztą z Monachium i z Australii przybyły dwa wpisy, od Zbycha i od Lecha.  W kolejności w jakiej nadchodziły wpisy, zostaną natychmiast wchłonięte przez adminkę. Zbych dziś, Lech – jutro! A przy okazji – jakie świetne teksty. Dziękuję, Panowie!

Zbigniew Milewicz

Cztery dni śledzia

W więziennej grypserze śledź to policjant prowadzący przesłuchanie, a w mojej – osobistej także reporter, który za czymś chodzi, nawet jeżeli dokładnie nie wie za czym. Zaczął mój pies, tak długo szczekał, warczał, a później dla odmiany skomlał i przymilnie łasił się do mnie, że wreszcie mu uległem. Była to ruska sobaka, która mi od dawna w duszy siedzi i kiedy jej nie nakarmię, przynajmniej od czasu do czasu, wyje, jak głupia.

W Kaliningradzie nigdy jeszcze nie byłem, choć on blisko, za miedzą. Z Berlina, w linii powietrznej to 527 kilometrów, a z Gdańska, drogą S22 tylko 163. Jadę ze Śląska, na polski, świeżo wydany paszport, z wizą, która zezwala mi na dwutygodniowy pobyt w Rosyjskiej Federacji. Dzięki szybkiemu pociągowi Pendolino droga na Wybrzeże zajmuje zaledwie 5,5 godziny, stamtąd do celu podróży pojadę dłużej, choć odległość będzie prawie trzykrotnie mniejsza. Gdański dworzec PKS jest komfortowo zlokalizowany na tyłach kolejowego, mam godzinę do odjazdu autobusu, starczy jej na odnalezienie salonu Orange i na zarejestrowanie mojej starej karty telefonicznej prepaid. Słowem wychodzę z cienia anonimowych abonentów i w duchu obowiązującej od 25 lipca ustawy antyterrorystycznej włączam  się do walki z międzynarodowym złem.

Kupuję kanapki na drogę i Wyborczą, w której na temat tej rejestracji czytam, że jeżeli mimo wszystko chcemy zachować anonimowość, wystarczy wejść na jeden z serwisów ogłoszeniowych i wyszukać zarejestrowane karty SIM. Ceny zaczynają się od 20 zł. za sztukę. Przepisy nie wprowadzają żadnego ograniczenia w ilości kart, które mogą być zarejestrowane na jedną osobę (…) Czy legalne jest sprzedawanie zarejestrowanych kart? Urząd Komunikacji Elektronicznej wyjaśnia, że przepisy nie regulują tej kwestii, podobnie, jak dalszego ich anonimowego zakupu, a więc delikatnie mówiąc nowa ustawa nie ma merytorycznie większego znaczenia. Obowiązek rejestrowania wszystkich abonentów sieci telefonicznych istnieje m.in. we Francji, Niemczech, Hiszpanii, Danii i Indiach, ale szereg krajów nie zdecydowało się na jego wprowadzenie, albo z niego zrezygnowało, ponieważ doprowadził on do upowszechnienia kradzieży numerów oraz tożsamości, przez co niewinne osoby miały później problemy z wymiarem sprawiedliwości. Inaczej mówiąc, rejestracja stała się raczej mirażem, niż gwarantem bezpieczeństwa.

Ruch autobusowy między Gdańskiem i Kaliningradem obsługują wyłącznie rosyjscy przewoźnicy, w sezonie letnim mają po trzy kursy dziennie i bilet kosztuje 50 złotych w kasie PKS, albo czterysta kilkadziesiąt rubli u kierowcy, ale on bierze zwyczajowo pięćset od łebka. Parze młodych Niemców, którzy widocznie nie po raz pierwszy podróżują tą linią, nie podoba się ten zwyczaj, próbują coś wynegocjować u wąsacza za kierownicą, ale ten gotów jest tylko ich wysadzić za najbliższym skrzyżowaniem. Przed odjazdem jeszcze raz sprawdza bilety wszystkim pasażerom i interesuje go, czy są w autobusie Ukraińcy. Jakaś blondynka w średnim wieku podnosi niepewnie rękę, wąsacz zatrzymuje na niej wzrok. Pyta o innych innostrancow, melduje się para drobiazgowych Niemców, jakiś Litwin i ja, jeden Polak. Reszta pasażerów to Rosjanie, pracujący w Polsce, w przygranicznej strefie, albo jeżdżący tam w interesach. W Elblągu wsiada polski biznessman w koszuli od Bossa, bermudach i oryginalnych adidasach, z dwoma smartfonami  i kilkoma puszkami piwa, który przez całą dalszą drogę  będzie prowadził głośno i wyraźnie  ważne rozmowy handlowe z branży motoryzacyjnej. Głownie po polsku, ale i – trzeba mu przyznać – całkiem poprawnie po rosyjsku.

Przez przebudowę drogi między Gdańskiem i Elblągiem, na granicę polsko-rosyjską w Gronowie-Mamonowie docieramy z dwugodzinnym opóźnieniem. Na przejściu pusto, mały ruch graniczny dalej zawieszony z woli polskich władz,  wyłącznie na Ukrainę można po staremu jeździć. Polscy pogranicznicy sprawdzają  dokumenty podróżne, bagaże zainteresują dopiero Rosjan, po  odprawie paszportowej. Są profesjonalnie skrupulatni, ale uprzejmi, nie widzę tej typowej dla poprzedniego systemu, ostentacyjnej demonstracji władzy, której doświadczyłem jeszcze dziewięć lat temu w podróży do Moskwy i na Daleki Wschód. Kilku pasażerów, w tym polski handlowiec, musi otworzyć swoje walizy, parę z nich dodatkowo obwącha owczarek z ekipy antynarkotykowej, jest w porządku, możemy jechać dalej.

W hotelu Berlin, położonym wygodnie blisko dworca autobusowego, pojawiam się późnym wieczorem. Moja rezerwacja tutaj stoi pod znakiem zapytania, bo właściwie jej nie mam. Aby uzyskać wizę, katowickie biuro pośrednictwa drogą elektroniczną zapewniło mi w Berlinie pobyt, ale kiedy dostałem stempel, anulowało voucher. Tak zwyczajowo postępujemy, na pewno znajdzie Pan sobie sam coś lepszego, tańszego – powiedziała miła pani z biura przy odbiorze zawizowanego paszportu. Kiedy stwierdziłem, że na pięć minut przed podróżą na pewno już niczego nie znajdę, solennie obiecała mi przesłać smsem parę dobrych adresów noclegowych w Kaliningradzie, ale się tego nie doczekałem. Świecę więc oczami przed hotelową recepcjonistką, tłumaczę całą historię i okazuje się, że kobieta doskonale wszystko rozumie i nie muszę się denerwować. Rezerwacja online była dla mnie po 25 Euro za noc, czyli niezbyt drogo, za tyle nie może mi niestety teraz sprzedać pokoju, ale ze zniżką dla seniora, za 31 Euro się da. I jak tu takich dziewczyn nie lubić. Pokój jest dwuosobowy do mojej dyspozycji, z telewizorem, lodówką, klimatyzacją i węzłem sanitarnym, czyściutki, przestronny. Tylko pobliska, hałaśliwa jak się niebawem okaże, stacja części zamiennych do transportu miejskiego działa do późna w nocy i wcześnie rano zaczyna pracę, ale nie ma róży bez kolców.

Nazajutrz rano pogoda się już psuje, zamiast słońca, które towarzyszyło mi w drodze, leje. Przygotowany i na taką opcję, ruszam w miasto, autobusem za 18 rubli, które kasuje, jak za dawnych, dobrych czasów w Polsce, konduktorka. W metrze i autobusie charakterystyczny zapach pochmielija – pisał w jednej ze swoich reporterskich opowieści o Rosji Mariusz Wilk. Niestety nic nie czuję, może się coś zmieniło w mentalności Rosjan, a może to przez tych parę wódek, które wczoraj sam łyknąłem wieczorem przy kolacji, w hotelowym barze. Na mieście wiszą jeszcze plakaty z jubileuszu siedemdziesięcioleciolecia kaliningradskoj oblasti, który świętowano zasadniczo w lipcu tego roku. Obchody zaczęły się jednak już w lutym, od Święta Długiej Kiełbasy, najsmaczniejszej, zimowej zabawy, kiedy to oprócz poczęstunku na gości czekały m.in. wystawy lalkarzy i konkursy karnawałowych przebierańców, uliczni artyści i ludowi twórcy. W kwietniu odbył się Dzień Śledzia (jednak jestem w kursie) w Muzeum Światowego Oceanu, kulinarna orgia i zarazem degustacja wszelkich możliwych rybnych smaków. W maju –  Międzynarodowy Festiwal Sztuki „Bałtyckie Sezony“ i Międzynarodowa Wystawa Turystyczna „Pro Turyzm 2016“, później m.in. Dzień Rybaka i Ogólnorosyjskie Młodzieżowe Forum Oświatowe „Bałtycki Artek – 2016” oraz liczne zawody sportowe i festiwale piosenki. Organizatorzy obchodów adresowali je w równym stopniu dla miejscowych mieszkańców, jak i dla turystów z zewnątrz, którzy zjechali nie tylko z całej Rosji, ale i z Zachodu, głównie z Niemiec, i zasilili zawsze głodny, miejski budżet.

Niemcy odbywają swoje sentymentalne podróże na ziemie, które zamieszkiwali niegdyś ich przodkowie, od upadku Związku Radzieckiego w 1991 r., kiedy to obszar Królewca przestał być strefą militarną, całkowicie zamkniętą. Kurt z Wuppertalu, któremu pomagam kupić piwo w hotelowym barze, już po wieczornym zamknięciu, ma wizę rosyjską tylko na trzy dni. Dziarski 77-latek zaplanował sobie, że w tym czasie dotrze swoim terenowym samochodem na koniec rosyjskiej części Mierzei Kurońskiej, na granicę z Litwą, gdzie się urodził. Popatrzy, zrobi zdjęcia, weźmie do auta trochę tamtej ziemi, pooddycha znowu tamtym powietrzem, którego nie zapomniał od dzieciństwa i wróci do Niemiec. To jest jego pierwszy przyjazd do Königsberg i chyba ostatni. Nie chce opowiadać o gehennie wypędzenia, musi zachować siły na podróż, powie mi tylko, że wtedy, w drodze na Zachód, którą odbywali pieszo, zmarła mu mama i młodsza siostrzyczka. Jak znajdzie swój rodzinny dom? Ma wszystko zapisane i w pamięci, samego domu już pewnie nie ma, może ta wieś też już nie istnieje, ale musi to miejsce jeszcze raz w swoim życiu zobaczyć. Najważniesze, żeby mu pozwolili tam dojechać, to jest strefa nadgraniczna. Życzę mu tego z serca.

Starej, wojskowej twierdzy Königsberg praktycznie już nie ma. Powstała w XIII w., na ziemi, należącej do pogańskich Prusów, których wyciął w pień Zakon Krzyżacki (przypomnijmy, że jego pełna nazwa brzmiała Zakon Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie), po tym jak książę Konrad I mazowiecki podarował im łaskawie ziemię chełmińską. Siedem wieków później lotnictwo brytyjskie bombami fosforowymi spaliło centrum miasta. To, co ocalało, zniszczyła Armia Czerwona wiosną 1945 roku, w czasie szturmu na Królewiec. Na mocy postanowień Konferencji Poczdamskiej miasto wraz otaczającym je rejonem zostało przekazane Związkowi Radzieckiemu i otrzymało nazwę Kaliningrad, na cześć nieżyjącego, bliskiego współpracownika Stalina. Ruiny centrum zostały rozebrane na cegły, które wykorzystano do odbudowy radzieckich miast, zniszczonych w czasie wojny. Nowym gospodarzom brakowało pomysłu na to miasto, w latach 50 rozważano nawet koncepcję, czy nie przekazać go zaprzyjaźnionej NRD, ale zostało. W latach 60 powstały pierwsze, kilkupiętrowe budynki z prefabrykatów, według typowych projektów, co upodobniło Kaliningrad do wielu innych miast ZSRR. Nie do końca wszakże, bo zostały tam liczne pamiątki przeszłości.

Z pożogi wojennej ocalały m.in. dawny główny dworzec kolejowy, siedem miejskich bram Królewca i neogotycki kościół Świętej Rodziny, którego osobliwością było, że odprawiano w nim ceremonie ślubów i chrzcin, ale nigdy pogrzebów. Ostały się: część z siedmiu mostów nad królewiecką rzeką Pregołą, Königsberger Dom w Kneiphof i wreszcie grób najsłynniejszego mieszkańca miasta, uznawanego za ojca filozofii klasycznej, Emanuela Kanta. W roku 2005 jego imię otrzymał Kaliningradzki Uniwersytet Państwowy, mieszczący się na dawnym Placu Paradnym, w odbudowanym z wojennych zniszczeń gmachu nowej Albertiny, najstarszego, XVI wiecznego uniwersytetu Prus, w którym Kant nauczał.

W Królewcu pełno jest miejsc z cytatami wybitnego myśliciela, głównie po rosyjsku, jeden, umieszczony na ławeczce, przed wejściem do ZOO, zwrócił moją szczególną uwagę.

kantklein

„Postępujcie tak, aby każdy wasz uczynek mógł być potraktowany, jak obowiązująca wszystkich reguła”. Immanuel Kant

Ale będę szczery, nie dla Kanta przyjechałem nad Pregołę, a może właśnie na odwrót, właśnie dla jego Krytyki czystego rozumu.

kant2kleinZ Saszą, która mieszka w niedalekim Czerniachowsku, znamy się z internetu i przyjaźnie korespondujemy już ładnych parę lat, więc pora poznać się osobiście. Ma parę godzin wolnego czasu, przyjedzie do Kaliningradu. Wiekowo mogłaby być moją córką, ale przecież nie jest, występuje w jednym z lepszych zespołów folklorystycznych kaliningradskoj obłasti, ma rozpiętość głosu od altu poprzez mezzosopran do sopranu i w związku z tym często śpiewa partie solowe. Łączą nas więc między innymi pasje muzyczne. Z wykształcenia jest pedagogiem, pracuje w handlu, prywatnie – matka dwóch dorastających chłopców. Zapraszam ją na obiad do stylowej restauracji niedaleko centralnego Placu Zwycięstwa, pod nazwą Sało i borschch. Karmią znakomicie, głównie po ukraińsku, na odchodnym słyszymy do pobachenija, a więc rosyjski wróg publiczny nr 1 jest wszechobecny i nie zamierza się ukrywać w jakichś zakamarkach.

Mam ochotę skoczyć na dzień-dwa do St. Petersburga, to przecież zaraz za rogiem. Niestety, z Kaliningradu odchodzi tam tylko jeden pociąg na dzień, a podróż trwa (trzymajcie się) 25 godzin i na najbliższy tydzień biletów wolnych brak. Na dworcu kolejowym działa agencja lotnicza, jest jeszcze jedno wolne miejsce na jutrzejszy lot nad Newę, ale kosztuje on… 41 tysięcy rubli, przy dalszych przelotach np. do Moskwy, za które płaci się tylko 4 tysiące. Umom Rossii nie ponjat`… przypomina mi się wiersz poety Tiutczewa. W czwartym dniu kończę więc pobyt w mieście nad Pregołą i autobusem, trzymając cały czas paszport w zębach (bo bez niego nie sprzedadzą ci w Rosji biletu do autobusu, a kierowca nie wpuści do środka ) dojeżdżam do Gdańska, gdzie kończy się akurat Jarmark Dominikański. Docieramy tam niestety także z kilkugodzinnym opóźnieniem, przez rosyjską turystkę, przyłapaną na próbie przemycenia przez polską granicę trzech kartonów papierosów. Nie miała czym zapłacić kary i gdyby nie przyszedł jej z pomocą jakiś jej młody zjemjlak, który w ciemno zgodził się założyć kasę, pewnie do dzisiaj tkwiłbym w Gronowie.

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Zbigniew Milewicz i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „W Kaliningradzie czyli Królewcu

  1. pharlap pisze:

    Wypędzenie Niemców z Królewca…
    Teściowie mojej córki, oboje pochodzą z Królewca. Ciekawe, że ich rodziny nigdy się tam ze sobą nie spotkały, poznali się dużo później w Hannowerze.
    Są w podobnym wieku jak wspomniany we wpisie Kurt. Teść nie pamięta niczego z tamtych lat, teściowa pamięta, że zostali ewakuowani i długo wędrowali na zachód, głównie furmanką. Pamięta też, że gdzieś zatrzymali się na 2 tygodnie na odpoczynek.
    Kuzynka mojej żony mieszkała wtedy właśnie w tym „gdzieś” czyli w Gdyni. Ona z kolei pamięta, że Niemcy wypedzili na kilka tygodni wszystkich mieszkańców budynku, którym mieszkała, żeby zrobić miejsce dla tych ewakuowanych.
    To była zima 1944/45.
    Osobna sprawa to przymusowe wysiedlenie na podstawie ustaleń konferencji w Poczdamie – wiecej informacji tutaj – http://canitz.org/ethic-cleansing-after-ww2

  2. Krysia pisze:

    Brawo!! Posiadasz niesamowity dar pisania, taką lekkość. Czytam i mam niedosyt, proszę o więcej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s