Złoto Lassetera (2)

Lech Milewski

W poprzednim odcinku ekspedycja ruszyła w drogę i przejechała 30 mil.

Zapowiadadało się dobrze. Thornycroft przedzierał się przez rzadki busz jak lodołamacz, torując drogę lżejszym samochodom.

Thornycroft

Po południu dotarli do dobrze zaopatrzonej w wodę stacji bydła, gdzie przenocowali. Pełni optymizmu ruszyli dalej. Na kolejnej stacji zbiorniki były prawie puste. Zabrali tylko 40 galonów cuchnącej wody do uzupełniania wody w chłodnicy samochodu. Dla wszystkich stało się oczywiste, że Blakeley popełnił karygodny błąd, nie ładując zbiorników do pełna na pierwszym postoju. Nie pozostało nic innego, tylko jechać do następnej studni.
Tym razem konwój natrafił na bardzo sypki piach, z którym Thornycroft nie mógł sobie poradzić. Wyprawa była wyposażona w maty, które rozkładało się przed kołami samochodu. Było to bardzo żmudne zajęcie, a poza tym Thornycroft tracił kontrolę i kilka razy wpadł w piach i trzeba było go wykopywać.
Woda w chłodnicy gotowała się i trzeba było ją ciągle uzupełniać, z wodą do picia też było kiepsko. Cała nadzieja w aborygeńskiej stacji Archie Giles. Tam z kolei okazało się, że wody jest niewiele i jest zanieczyszczona przez bydło.

Blakeley posiadał urzędowe pismo zobowiązujące Aborygenów do zapewnienia mu przewodnika. Jednak wszyscy zdolni do pracy byli daleko, z bydłem. Jedyna dostępna osoba to 45-letni Aborygen Mickey cierpiący na jaglicę.

Następny dzień był makabryczny. Wyprawa natrafiła na teren gęsto zarośnięty młodymi drzewami mulga.

Wprawdzie Thornycroft potrafił swoją masą łamać drzewa i torować drogę dla konwoju, ale drzewa łamały się w bardzo złośliwy sposób, tuż przy ziemi, pozostawiając bardzo ostry kikut, który bezbłędnie przebijał detkę samochodu. Wymiana koła w Thornycroft to osobna historia – postawienie podnośnika na sypkim piachu i zdjęcie koła, które ważyło prawie 80 kg.

Aborygen Mickey, który towarzyszył wyprawie na wielbłądzie, musiał wielokrotnie długo czekać.

Następnego dnia dotarli do skalistej odkrywki ze źródłem wody. Też nie było łatwo. Do źródła trzeba było dojść 300 m i nosić wodę w dziewięciogalonowych bębnach.

Blakeley dobrze pamiętał umowę – 50 mil za Alice Springs Lasseter poinformuje ekipę o zapamiętanych cechach terenu. Jednak z każdą chwilą Lasseter stawał się coraz bardziej zamknięty w sobie i niechętny do współpracy.
Przyciśniety do muru zaczął nagle rozpoznawać – ta skała 200 metrów wyżej, tam rozbiłem obóz, te dwa drzewa – między nimi powiesiłem hamak.
Członkowie ekspedycji reagowali sceptycznie – obóz pod tą skałą? Trzeba chyba być orłem, żeby tam się dostać. Miedzy TYMI drzewami? 30 lat temu?
Chciałem powiedzieć – między takimi drzewami – mitygował się Lasseter.

Kierowali się do Dashwood Creek, gdzie spodziewali się znaleźć wodę. Znaleźli tylko suchy, sypki jak talk, piach, kolejnę przeszkodę dla Thornycrtofta.
Na szczęście Colson, doświadczony buszman, zaczął kopać we właściwym miejscu. Wkrótce w piasku pokazała się wilgoć, jeszcze trochę i polały się strumienie czystej wody. To była kieszeń z wodą, ktora zachowała się pod skałą. Wreszcie mogli pić bez ograniczeń. Zagrzali wodę i urządzili sobie pierwszą od wielu dni gruntowną kąpiel.

Dobra okazja uruchomienia radionadajnika i wysłania depeszy do centrali w Sydney. Było to prawie 90-kilogramowe monstrum zasilane bateriami wielkości cegieł. Jeszcze w Sydney wyznaczono Lassetera na operatora i miał on trzy tygodnie czasu na zaznajomienie się z aparaturą.
Mickey wdrapał się na drzewo i zamocował antenę. Okazało się, że w aparacie brakuje kilku lamp, Lasseter nie wiedział jak połączyć przewody. Byli więc całkiem odcięci od świata.

Lasseter coraz bardziej izolował się od towarzyszy. Nie brał udziału w pogawędkach przy ognisku, na noc zamykał się w kabinie Thornycrofta z naładowaną strzelbą i pudłem z amunicją pod bokiem.
Wyjaśnił, że to na wypadek napaści Aborygenów, z czego wywnioskowano, że nigdy w życiu się z nimi nie spotkał i nie zna ich obyczajów.
Podczas przygotowywania posiłków zorientowano się, że nie wiedział jak upiec damper – rodzaj chleba pieczonego przez wędrowców na ognisku. Gdy ustrzelili kangura, widać było, że nigdy dotąd nie próbował kangurzego mięsa, mimo że podobno żywił się nim przez wiele dni podczas samotnej wędrówki.
Cała ekipa miała już go mocno dość.

Przy okazji warto było ustalić pozycję geograficzną. Mieli ze sobą sekstant i zabytkowy podręcznik nawigacji, który przed laty dotarł na biegun południowy z tragicznie zakończoną ekspedycją Scotta – własność kapitana Blakiston-Houstona.
Pomiarów podjął się Lasseter – dyplomowany geodeta. Najpierw spędził wiele czasu studiując książkę, wreszcie dokonał pomiarów. Według Blakiston-Houstona były one błędne.

Atmosfera zrobiła się napięta, Blakeley starał się łagodzić konflikty, obawiając się, iż Lasseter gromadzi argumenty, że ekspedycja nie udała się z powodu złej organizacji i wrogości jej członków.
W takim nastroju dotarli do pasma gór. Tu zdarzyła się poważna awaria – złamała się przekładnia stożkowa w dyferencjale ciężarówki.
Zdecydowano, że Colson i Coote pojadą osobowym chevroletem do Alice Springs i wrócą samolotem z nowym dyferencjałem.
Blakiston-Houston zdecydował zakończyć udział w wyprawie i pojechać z nimi. Poprosił Lassetera o zwrot zabytkowego podręcznika nawigacji. Lasseter odmówił i oświadczył, że jeśli zabiora mu tę książkę, to wycofuje się z wyprawy.
Blakeley znowu załagodził sprawę, dając słowo honoru, że książkę odzyska.

Po trzech dniach Colson i jego pasażerowie dotarli do celu. Wrócili samolotem z naprawionym dyferencjałem. Wymienili części w ciężarówce.

Blakeley zaproponował misję zwiadowczą samolotem, mając nadzieję, że może Lasseter rozpozna lokalizację rafy. Coote obawiał się, że lądowisko może być za krótkie, szczególnie z pasażerem na pokładzie. Zaryzykował próbny lot solo. Samolot z trudem zdołał wznieść się na tyle, żeby nie zawadzić o czubki drzew. Silnik ryknął i nagle samolot ostro zapikował w dół. Coote poderwał go w górę niecały metr nad ziemią, wykonał kilka kółek, żeby uspokoić nerwy i z trudem wylądował na zbyt krótkim lądowisku.

Postanowili powędrować 100 mil do Ilpbilla, gdzie znajdowało się lądowisko samolotów, przygotowane przed laty dla misji geodezyjnej. Było to niezbyt po drodze, ale było to dobre miejsce na skład paliwa i zapasów. Wędrówka trwała pięć dni.
Mickey stawał sie coraz bardziej zdenerwowany, poinformował Blakeleya, że tych terenów nie zna, obawia się duchów starych bogów obcego plemienia.

Przed nimi otwarty teren zarośnięty twardą trawą spinifex…

Spinifex

Pierwsze wrażenie było dobre – Thornycroft radził sobie niezgorzej na utwardzonej przez trawę ziemi. Wkrótce jednak zaczęły się kłopoty. Nisko zawieszony wał napędowy wyrywał trawę, okręcała się ona wokół wału i osi i często trzeba było się zatrzymywać i czyścić spód pojazdu. Nie było to bezpieczne ze względu na bardzo jadowite węże – spinifex snakes.
Jeszcze bardziej niebezpieczny był pożar – zapaliła się trawa zaczepiona wokół rury wydechowej. Udało się szybko ugasić, ale to było poważne niebezpieczeństwo – spinifex jest łatwopalny, potrafi osiągnąć temperaturę 900° C. Trzeba było często oczyszczać podwozie i trzymać gaśnicę pod ręką.

7 sierpnia, po dwóch tygodniach w drodze – dotarli do Ilpbilla. To było dobre miejsce – spore ladowisko, szopy, ścieżka wielbłądzia prowadziła do wody. Mogli się wykąpać, zmagazynować część ładunku.

Postanowili zatrzymać się tu kilka dni. Colson i Coote pojadą do miejsca, gdzie pozostawili samolot. Coote przyleci nim do Ilpbilla, natomiast Colson pojedzie dalej, do Alice Springs, wyśle raporty, odbierze pocztę, paliwo i wróci.

Niepodziewanie Lasseter powiadomił, że radio działa i że od pół godziny wysyła próbne sygnały SOS. Blakaley wpadł w furię. To może spowodować spadek akcji kompanii i wysłanie misji ratunkowej. Na szczęście okazało się, że radio nie działało, ale Blakeley miał uzasadnione obawy, że Lasseter użyje go bez zezwolenia. Zażądał zwrotu radia, Lasseter odmówił. Blakeley musiał zagrozić mu siekierą.

Minęły trzy dni, samolotu nie było.
Lasseter i Mickey zostali w Ilpbilla, reszta grupy, Blakeley, Taylor, Sutherland, pojechała do miejsca, gdzie pozostawili samolot. Na miejscu zastali rozbity samolot, ślady krwi i notatkę Colsona, że podczas startu nastąpił wypadek. Coote został poważnie poraniony, Colson zabrał go więc do Alice Springs. Po umieszczeniu Coote w szpitalu wróci.

Wrócił już następnego dnia.
Relacjonował, że samolot po starcie z trudem minął drzewa, wtedy silnik wydał dziwny odgłos, jakby strzał, samolot stracił równowagę i trafił skrzydłem w drzewo. Coote uderzył głową w pulpit, stracił czucie w nodze – miał głęboką ranę uda. Colson jechał z nim bez przerwy 22 godziny i dowiózł do szpitala.
Przywiózł listy z kompanii pełne nieaktualnych informacji i wskazówek, prócz tego list od Coote, informujący Blakeleya, że zwrócił się do kompanii, by zamówiła nowy samolot. To była ostatnia rzecz, jakiej Blakeley potrzebował.

Zapakowali rozbity samolot na ciężarówkę i Colson znowu pojechał do Alice Springs, grupa zaś wróciła do Ilpbilla.
Lasseter nagle zrobił się rozmowny. Wydaje mu się, że złota rafa jest w pobliżu, chyba rozpoznał pewne formacje terenu. W pobliżu rafy powinno być słone jezioro i góra. Czyżby to była znajdująca się w pobliżu Mt Marjorie?
Niepokojące było, że z jego opowieści wynikało, że rozważa zakołkowanie części rafy dla siebie.

24 sierpnia – miesiąc w drodze. Mt Marjorie nie było daleko, Blakeley i Lasseter wybrali się tam na piechotę. Wspinaczka była trudna. W południe Lasseter wykonał pomiary sekstantem – to są te same dane jakie zostawiłem w sejfie w Sydney – oświadczył.
Blakeley był zdumiony – więc złota rafa jest tutaj? Gdzie? Zażądał od Lassetera deklaracji co mają teraz zrobić.
– Pójść 150 mil na południe żebym mógł potwierdzić swoje pomiary.
– To po co żeśmy tu w ogóle wchodzili?
– Żebym mógł się upewnić, że trzeba iść 150 mil na południe – odpowiedział.

150 mil na południe były Peterman Rahges sprawdzone przez wiele ekspedycji, nie było tam żadnych minerałów. Blakeley miał dosyć. Zażądał pełnych informacji w celu przedłożenia ich dyrekcji i uzgodnienia z nią celowości dalszych poszukiwań.

Lasseter wyznał, że wiedząc o braku zaufania ze strony Blakeleya, trochę zataił, trochę przekręcił. Prosi o odrobinę zaufania. Wyciągnął mapę – tu jest coś czego dotąd nie pokazałem – widzisz tę górę – Three Sisters – jak tam dojdę, to znajdę trop.

Wrócili do obozu. Czy zakończyć wyprawę?
Blakeley uznał, że jeśli wrócą do Sydney, to Lasseter powie, że kręcił bo uważał, że Blakeley i Colson zamierzają oszukać kompanię. Obawiał się, że Coote może potwierdzić te podejrzenia, a dyrektor – John Bailey – może mu uwierzyć.
Zdecydował iść na południe i zbierać punkty przeciw Lasseterowi.

Szykowali się w Ilpbilla do następnego etapu. Sytuacja nie była dobra. Łożyska wału korbowego Thornycrofta stukały.
Wokół było widać sygnały dymne wysyłane przez Aborygenów. Kilka razy odwiedziły ich niewielkie ich grupki. Nie byli wrogo nastawieni, zadowolili się drobnym poczęstunkiem. Nie można było się z nimi porozumieć.
Któregoś dnia Lasseter oddalił się od obozu, zostawiając po raz pierwszy niezamkniętą walizkę.
Blakeley przeszukał ją. Znalazł próbki złota – prawdopodobnie sprzed 30 lat, ze złotej rafy. Zaznaczył je na wypadek, gdyby Lasseter twierdził, że to złoto znalezione podczas wyprawy. Znalazł też amerykański paszport Lassetera wydany na inne nazwisko.

31 sierpnia na horyzoncie pojawiła się niewielka karawana – młody biały mówiący z dziwnym akcentem, dwóch Aborygenów i pięć wiełbłądów, bardzo skromnie wyposażeni. Przybyli tu z misji luterańskiej w Hermannsburgu – KLIK.

Biały nazywał się Paul Johns, Niemiec, 22 lata, od trzech lat w Australii. Zajmuje się odławianiem psów dingo. To było dość dziwne gdyż w tych okolicach psy dingo nie występowały.

Łowcy psów – doggers – to byli zawodowi zabójcy. Za każdego zabitego psa rząd wypłacał nagrodę. Dowodem wykonania zadania był skalp. W tym przypadku skalp musiał obejmować czubek łba wraz z uszami i nieprzerwany pas skóry razem z ogonem.
Hodowcy bydła i górnicy traktowali ich z pogardą.

W obozie zapchniało śmiercią.

Dokończenie w następnym odcinku

Źródła:
Lasseteria – encyklopedia wiedzy o Lasseterze i jego złocie – KLIK.
Warren Brown – Lasseter’s Gold.
Fred Blakeley – Dream Millions.
Errol Coote – Hells’s Airport.
Harold Lasseter – Diary.
Luke Walker – film – Lasseter’s Bones.

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Lech Milewski i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Złoto Lassetera (2)

  1. pharlap pisze:

    Przyznam się, że zmroziło mnie gdy czytałem i pisałem o skalpowaniu psów dingo.
    Od razu przyszła refleksja… przecież w dzieciństwie czytałem tyle książek o Indianach i o tym, że skalpowali białych. Zaraz, zaraz… a tak realnie – kto kogo tam skalpował?
    Tak jest, wprawdzie skalpowanie wymyślono juz w dawnych czasach i było one prattykowane przez Indian, to przecież biali, którzy byli bardziej biegli w rachunkach, docenili jego praktyczną użyteczność – więcej tutaj:
    https://en.wikipedia.org/wiki/Scalping

    • ewamaria2013 pisze:

      No tak, a obcinanie głów smokom, uszu wilkom, liczenie trucheł zabitych szczurów i ustrzelonych wron, każda za dwa grosze… Skalpowanie psów dingo jest równie okropne jak wszystko inne, czego się człowiek potrafi dopuścić i kolor skóry albo stan rozwoju cywilizacji ma tu niestety niewiele do rzeczy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s