Stuart 8

Doesn’t anybody stay in one place anymore
It will be so fine to see your face at my door
And it doesn’t help to know you’re so far away

Czy nikt nie zostaje w tym samym miejscu?
Tak dobrze byłoby zobaczyć cię w drzwiach
To, że wiem, że jesteś daleko, wcale mi nie pomaga

Rod Stuart „So far away”

Joanna Trümner

Pożegnanie

Ian odprowadził przyjaciela na lotnisko. Na pożegnanie pokazał mu znak zwycięstwa. Nie mógł opanować smutku na myśl o tym, że nie zobaczą się co najmniej przez kilka następnych miesięcy. Oczami wyobraźni widział Stuarta w samolocie do Wellington – z głową pełną muzyki i radości z niespodziewanej szansy w życiu. Ian nie zdawał sobie do teraz sprawy z tego, jak mocno zazdrości przyjacielowi talentu i nowego wyzwania. „Jaki ze mnie przyjaciel? Zżera mnie złość i zazdrość, a powinienem się cieszyć razem z nim. A jaki ja mam talent? Dlaczego nie mam w sobie żadnej pasji, niczego, co by mnie naprawdę interesowało? Ja się nawet nie potrafię zakochać, tylko zbieram jakieś głupie wpisy w notesie, imiona kobiet, których twarzy już nawet nie pamiętam”. W głowie kotłowało mu się od pytań i wątpliwości. Przypomniały mu się słowa Matta, który po kilku tygodniach wspólnego mieszkania w Sydney wystawił jego walizki za drzwi i napisał mu na kartce adres najbliższego schroniska młodzieżowego oraz zdanie: „Weź w końcu odpowiedzialność za swoje życie”.

Ian, który nigdy jeszcze nie zadał sobie pytania „co dalej?”, nie był przygotowany na ten moment prawdy o sobie samym, o pustce życia, które do tej pory prowadził i braku jakiegokolwiek dalszego planu. Kiedy dotarł do domu, był tak zmęczony walką ze złymi myślami i tak bardzo potrzebował towarzystwa innej osoby, że ucieszył się na widok Changa, krzątającego się po sklepiku w schronisku.

Rodzina Changów przyjechała do Sydney z Hong Kongu przed dwudziestoma laty. Changowie prowadzili sklepik, w którym przez całą dobę można było kupić niezbędne w podróży przedmioty – grzebienie, szczoteczki do zębów, filmy do aparatów fotograficznych, pocztówki, baterie oraz papierosy, jedzenie i alkohol. Przy plastikowym stoliku z dwoma krzesłami Chang częstował swoich klientów tanimi, domowym jedzeniem. Ian ze Stuartem nieraz żartowali sobie, że znaleźli w nim brata Rasheeda z Londynu i bywali w sklepiku tak często, że zdążyli poznać wszystkich członków rodziny – nie znających prawie angielskiego, wiecznie uśmiechających się do klientów rodziców Changa, małżeństwo Changów i ich dzieci – ośmioletniego Liu i starszą o kilka lat Pi. Ian i Stuart pomagali nieraz dzieciom przy odrabianiu lekcji z matematyki, w zamian za co Chang częstował ich smacznymi domowymi daniami.

W chwili, kiedy Ian wszedł do sklepiku, Chang przerwał na chwilę układanie towarów na półkach i wnikliwie spojrzał na swojego stałego klienta. Nie pytał o powody wypisanego na jego twarzy smutku. „Chodź ze mną na zaplecze, mam coś, co ci na pewno pomoże”. W ciasnym, zastawionym towarem pokoiku na zapleczu Chang poczęstował go grubo i nierówno skręconym papierosem z marihuaną. Pierwszy joint w życiu był dla Iana olśnieniem i natychmiast rozjaśnił mu nastrój. Wszystkie smutki i wątpliwości, które w drodze z lotniska do domu rozgościły mu się w głowie, nagle zaczęły się oddalać, odpływać w nieznanym kierunku. Im dłużej palił Changowego skręta, tym bardziej się uspakajał, a plan działania na najbliższe miesiące stawał się bardziej wyrazisty. „Jutro zacznę szukać mieszkania i pracy. Skoncentruję się na robieniu pieniądzy”.

Na myśl o tym, że w tym pięćdziesięciokilkuletnim imigrancie, w starym, znoszonym i źle skrojonym czarnym garniturze znalazł swojego dostawcę szczęścia, nie mógł pohamować głośnego śmiechu. Wrócił do pokoju na pierwszym piętrze schroniska i położył się najpierw na dolnym łóżku, na którym jeszcze do wczoraj spał Stuart, następnie wdrapał się na swoją pryczę, która nagle stała się tak szeroka i wygodna, że zasnął od razu z uśmiechem na twarzy.

Następnego dnia Ian ruszył w poszukiwanie pracy, w dwa tygodnie później udało mu się znaleźć posadę w Banku Australijskim. Pokój w schronisku zastąpiło dwupokojowe mieszkanie w północnej części Sydney.

Premiera

Grupa wystawiająca musical „Jesus Christ Superstar” składała się z trzydziestu osób z różnych zakątków świata. Już podczas pierwszego spotkania w teatrze, kiedy członkowie zespołu opowiadali o sobie i swej dotychczasowej karierze muzycznej, Stuart zorientował się, że znalazł się w grupie zróżnicowanych, a ciekawych ludzi, wśród których na pewno uda mu się znaleźć nowych przyjaciół.

Najlepszym piosenkarzem w zespole był Louis z Nowego Orleanu z głosem o pięknym brzmieniu i potężnej sile. Ten trzydziestoletni mężczyzna miał tak perfekcyjną prezencję sceniczną, że Stuart długo nie potrafił zrozumieć, dlaczego jego dotychczasowa kariera muzyczna oganiczała się do kilku tras koncertowych po Stanach. Podczas długich rozmów z nowym przyjacielem, kiedy opowiadał o zadymionych, małych knajpach w prowincjonalnych miasteczkach na południu Stanów i długach, w które wpadł w pogoni za uznaniem, Stuart znalazł odpowiedź na pytanie, dlaczego. Jego zdaniem to właśnie Louis powinien zagrać główną rolę w musicalu – rolę Jezusa, a nie niewdzięczną rolę Judasza. „Czarnego Jezusa nikt nie chciałby słuchać” – skomentował Louis podczas jednej z ich rozmów.

Kartka pocztowa z nowym adresem Iana i zamaszystym podpisem – „reprezentant Banku Australijskiego” – dotarła do Wellington w kilka tygodni po rozpoczęciu prób do musicalu. Stuart ucieszyła ta wiadomość, bo przy rozstaniu z przyjacielem na lotnisku bał się, że Ian niczego w swoim życiu nie zmieni i że nigdy nie skończy się jego niezbyt wygodne, ale nie zobowiązujące, przypominające wieczne wakacje życie w schronisku. Stuart wyobrażał sobie Iana w nowym, ciemnym garniturze, w koszuli z granatowym krawatem, który ze swoim rozbrajającym uśmiechem namawia klientów do inwestycji, przekonując ich o tym, że właśnie robią interes swojego życia.

Kolejne miesiące w Wellington minęły na przygotowywaniu spektaklu. Kiedy na ulicach miasta pojawiły się plakaty zapowiadające premierę „Jesus Christ Superstar”, zespół miał za sobą dziesiątki prób i godziny nauki wokalu. Dyrekcja teatru zrobiła wszystko, żeby to prowincjonalne miasto po raz pierwszy w swojej historii przeżyło wydarzenie kulturalne na światowym poziomie. W programie przygotowania spektaklu nie zabrakło rozmów członków zespołu z psychologami – rozmów, które pomagały w opanowaniu strachu przed wejściem na scenę i pokonaniu tremy. Stuart był coraz bardziej wdzięczny losowi za szansę, jaką był pobyt w Wellington i za profesjonalną pomoc, dzięki której nauczył się bezbłędnie posługiwać się głosem. Na plakatach zapowiadających premierę musicalu 21 maja 1972 roku, obok ról i nazwisk odtwórców pojawiły się miasta, z których przybyli, wśród trzydziestu nazwisk pierwszą pozycją było nazwisko Stuarta z dodatkiem Walton/London – Wielka Brytania.

Premiera musicalu była wielkim sukcesem, a Stuart szybko stał się jednym z najbardziej znanych mieszkańców miasta.

Uczucie monotonii, które odczuwał podczas występów w Sydney, zniknęło. Jezus w jego wykonaniu był na scenie za każdym razem kimś innym – czasami był to Jezus, nie potrafiący pogodzić się z wolą Ojca, innym razem Jezus wątpiący w sens swojego przeznaczenia, albo też Jezus, który po prostu chciałby prowadzić życie normalnego człowieka. Stuart występował w musicalu cztery razy w tygodniu, pozostały czas poświęcał próbom, nauce śpiewu albo komponowaniu nowych utworów. Utworów, które zgodnie z umową mógł prezentować publiczności w dni wolne od spektakli. Coraz częściej myślał o nauczeniu się dodatkowo gry na jeszcze jakimś instrumencie.

Nowe przyjaźnie pomogły mu zapomnieć o rozgoryczeniu, które czuł w dniu premiery – rozgoryczeniu, że nikt z jego najbliższych nie znalazł się wśród publiczności w dniu jego wielkiego sukcesu. Kontakty z rodziną i Ianem miały miejsce poprzez listy i sporadyczne rozmowy telefoniczne. Najczęściej docierały do niego listy od Kate, która podjęła w międzyczasie pracę nauczycielki angielskiego w Brighton. Kate wybierała się z wizytą do Wellington w lipcu, podczas wakacji szkolnych. Jej długie listy, na które czekał na początku każdego miesiąca, kończyły się zawsze zdaniem: „życzę ci końca celibatu”. To życzenie spełniło się – w kilka tygodni po przyjeździe do Wellington Stuart zaczął spotykać się z jedną z tancerek musicalu.

Cdn.

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Joanna Trümner i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s