Akcja „Złoty wagon”

Mieczysław Bonisławski

WERSJA OGŁOSZONA OFICJALNIE

Wagon gospodarczy numer Z-20.
Pod takich hasłem figurował wagon przewieziony do Zielonej Góry w ewidencji PKP S.A. Oddział Gospodarowania Nieruchomościami we Wrocławiu wiosną 2015 r. Przedtem miał numer 41 i był „domkiem campingowym”.
Według Pawła Mierosławskiego, Andrzeja Paszke i Ryszarda Wiśniewskiego, członków komisji Polskiego Stowarzyszenia Miłośników Kolei, dokonujących oględzin wagonów w Ośrodku Wczasów Wagonowych PKP w Szczawnie Zdroju w dniu 12 czerwca 1992 r., wagony pełniły rolę „domków campingowych”.
Jak czytamy dalej w protokole, wagony nie miały już wtedy tabliczek firmowych i inwentarzowych, co uniemożliwiało ustalenie ich pochodzenia lub wytwórcy. „Według twierdzenia pracowników ośrodka” – czytamy dalej – „tabliczki zdjęto i zabrano jakoby na polecenie Muzeum Kolejnictwa na początku lat osiemdziesiątych”.
Jesienią 2015 roku dotarliśmy do jednego z członków komisji.
– Czytałem, że w 1992 podczas sporządzania opracowania, rozmawialiście z pracownikami, którzy wspomnieli, że pewne elementy wagonów zabrało Muzeum Kolejnictwa – zwróciłem się do Pawła Mierosławskiego.
– Nie rozmawialiśmy z żadnymi pracownikami – odpowiedział po ponad 23 latach od powstania wpisu w protokole członek komisji PSMK – O sprawie dowiedzieliśmy się w Muzeum. W gablotce wisiała kartka z informacją, że eksponowane tabliczki pochodzą m.in. ze Szczawna i Jedliny.
– Może Pan przybliżyć mi okres kiedy wisiała ta kartka w gablocie w Muzeum Kolejnictwa w Warszawie i przy okazji jakiej wystawy była ta gablota?
– Jakieś 15-20 lat temu widziałem wystawę tabliczek w Sochaczewie [filia Muzeum Kolejowego w Warszawie].
A oto jak opisano w protokole „domek nr 41”
Wagon towarowy, dwuosiowy, kryty, konstrukcji stalowej z oszalowaniem drewnianym. Konstrukcja francuska – wagon budowany na zamówienie w Kanadzie w okresie I wojny światowej.
Zestawy kołowe: szprychowy składany i oryginalny talerzowy. Maźnice typu „Nord”. Układ cięgłowo-zderzny kompletny. Stalowa konstrukcja pudła zachowana w stanie dobrym poza zastrzałami (jeden przecięty – brak płaskownika, drugi uzupełniony). Oszalowanie łatane. Wagon oryginalnie nie miał zasuw ładunkowych. W oszalowaniu ściany bocznej wycięte okno – przecięty zastrzał. Brak drzwi suwanych.
Producent: National Stell Car & Co Canada
Numer fabryczny: 207
Rok produkcji: 1915
Pochodzenie: kolej Nord
Seria i numer: nieznane
Podobny opis znajdujemy w załączniku do decyzji z dnia 22 marca 1993 roku Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Wałbrzychu, Andrzeja Kubika w sprawie wpisania dobra kultury do rejestru zabytków. Wagon Z-20 [domek nr 41] został doń wpisany decyzją nr 766/487/1-29. Obecnie, dzięki pomocy i zrozumieniu tematu przez wojewódzkiego lubuskiego konserwatora zabytków, Barbarę Belinis-Kopeć, wagon czeka na wpis do rejestru zabytków województwa lubuskiego, co pozwoli pozyskiwać na miejscu dodatkowe środki na jego renowację. Znając nieszablonowe, bardzo otwarte podejście pani Barbary, jak ją wszyscy nazywają, do ochrony zabytków (vide pierwsze w Polsce spotkanie archeologów z eksploratorami) perełka techniki zalśni blaskiem już niebawem.
W dniu 26 czerwca 2015 w wyniku przetargu ogłoszonego przez Centralę PKP S.A. w Warszawie, wagon kupiło Polskie Towarzystwo Krajoznawcze dla Muzeum Kolei Szprotawskiej w Zielonej Górze. Niewątpliwie udało się go odkupić do Muzeum, dzięki bardzo ważnej decyzji PKP o dopuszczeniu do przetargu tylko oferentów mogących wykazać się działaniami na rzecz ochrony zabytków. Zablokowało to jego zakup przez przedsiębiorców wykupujących do tej pory większość starego taboru w celu odsprzedaży z zyskiem na złom. W dniu 17 września 2015 r. wagon został przejęty przez Sławomira Fedorowicza i Mirosława Kłosińskiego i przewieziony do bazy ZGKiM przy ul. Zjednoczenia. Tu czeka na renowację i decyzję Marszałka i Konserwatora o wsparciu tej renowacji. Przewóz wagonu był połączony z przemieszczeniem innego, zabytkowego wagonu osobowego z Wałbrzycha do Jaworzyny (w ramach wzajemnej pomocy technicznej Muzeum zielonogórskiego i tego z Jaworzyny). Jego transport ulicami Wałbrzycha wywołał prawdziwą sensację i zainteresowanie mediów.
A co się działo z wagonem wcześniej? W Pikardii i Nord-Pas-de-Calais na francuskim „kleinbahnie” długo nie pojeździł. Z Francji został zabrany, zapewne jeszcze w trakcie wojny, jako łup przez Niemców, a potem, chyba w ramach reparacji wojennych (po kolejnej wojnie) – przekazano go do Polski. Paweł Mierosławski uważa, iż już w 1949 roku spoczął jako domek na wczasach wagonowych. W październiku 2015 r. w miesięczniku „Odkrywca”, na fali zainteresowania „złotym pociągiem”, znany eksplorator, autor i znawca regionu Dolnego Śląska, Tomasz Rzeczycki, opisał węzeł wałbrzyski, sporo miejsca poświęcając wczasowym wagonowym w Szczawnie. Według jego badań pierwszy turnus wczasów wagonowych ruszył tutaj jednak dopiero 1 czerwca 1956 roku a ostatni – w 1990 roku. Jak twierdzi Łukasz Romaniecki ze Stowarzyszenia Miłośników Kolei w Jaworzynie Śląskiej pod koniec lat 90 wagon przeciągnięto do stacji Wałbrzych-Szczawienko, a następnie do Jaworzyny Śląskiej. Tu, po 25 latach na kolejowym cmentarzu, doczekał swoistej reinkarnacji w 2015 roku.

Tyle wersja głoszona oficjalnie. A jak było naprawdę? Przypatrzmy się temu, co pomimo licznych i bardzo zaawansowanych operacyjnie prób ukrycia prawdy, udało się ustalić.

WERSJA PRAWDZIWA (SKRYWANA)

Była późna wiosna 2015 r.
Wyobraźmy sobie postmodernistyczny, prosty gmach zbudowany jakby z nałożonych na siebie klocków, bez okien i detali architektonicznych, stojący z boku osiedla kolorowych bloków mieszkalnych. Na dachu jeżą się pajęczyny anten telefonii, telewizji i wielu innych o nieodgadnionym przeznaczeniu. W niewielkiej, niewidocznej dla nie wprawionego oka przybudówce, przytulonej doń od strony parkingu i małego, zadrzewionego skwerku, w pomieszczeniu na I piętrze zadzwonił telefon. Jeden z kilku znajdujących się na zawalonym papierami biurku.
Mieczysław B. spojrzał na blat i oceniwszy na której linii będzie rozmowa niespiesznie, ale starannie zamknął drzwi. Przekręcił klucz w zamku i dopiero wtedy podniósł słuchawkę.
– Tak, słucham?
– Czy dodzwoniłem się do… Czy rozmawiam z panem B.?
– Tak, w czym mogę pomóc?
– Tu Mirosław K., przed laty współpracował pan z Urszulą M. w ZDZ. Ja też tam pracowałem i pamiętam pana… Nie wiem czy pan mnie kojarzy, ale to nieważne. Mieszkałem kiedyś przy Jaskółczej, za chłopaka czepiałem się wagonów, myszkowałem między torami, po garażach. To mnie fascynuje… Dobra robota… Chciałbym umówić się na spotkanie, musimy się koniecznie spotkać.
– W jakiejś konkretnej sprawie?
– Tak, opowiem jak się zobaczymy. Przekażę panu propozycję. To pana zainteresuje.
W ten sposób, pod koniec maja, doszło do spotkania, którego jeszcze miesiąc czy dwa wstecz nikt nie mógł się spodziewać. W drzwiach biura, opatrzonego napisami „Zarząd” i „Prezes”, stanął wysoki, szczupły mężczyzna o nieco ciemniejszej karnacji. Jego policzki pokrywał lekki, dwudniowy zarost, kruczoczarne włosy opadały na uszy i kark. Uroda przybyłego była taka, że gdyby nałożyć mu arafatkę lub biały turban, sprawiał by wrażenie rdzennego mieszkańca pustyni.
B. nie kojarzył go zupełnie. Nie speszyło to nieznajomego. K. odsunął sobie krzesło, usiadł, wyciągnął przed siebie brązowy, skórzany neseser ze złotymi okuciami i zamkami. Wiemy, że wzajemne poznawanie się obu panów nie trwało długo. Z uwagi na gorące, parne powietrze wokół obyło się nawet bez kawy i herbaty. B. wpisał prawdopodobnie od razu przekazany mu przez K. adres do wyszukiwarki google i z umiarkowanym zainteresowaniem oglądał zamieszczone w ogłoszeniu zdjęcia. Czy już wtedy rozmawiali o środkach niezbędnych do przeprowadzenia akcji, nie wiadomo. Czy B. dokonał wyboru jednej z czterech opcji, na które zwrócił mu uwagę K., czy nastąpiło to dopiero na kolejnym spotkaniu? O tym mieliśmy przekonać się dopiero za jakiś czas…

Czerwiec 2015. Wrocław. Siedziba dyrekcji kolejowej.
Zgodnie z przyjętym przeszło pół roku wcześniej harmonogramem, zatwierdzonym na wszystkich szczeblach, łącznie z centralą w Warszawie, ów dzień miał o wszystkim zadecydować. Potężny gmach z monumentalną kolumnadą wznoszącą się nad miastem stał się miejscem, gdzie kilkoro dopuszczonych do przeprowadzenia operacji ludzi, miało znacząco zmienić losy dziesiątków, a może nawet setek, jakże nie podobnych do nich, zupełnie inaczej myślących osób w całym kraju. Czy można było ich nazwać wybrańcami? Raczej nie, prędzej bezwolnymi wykonawcami woli powstałej daleko stąd i wymagającej od nich posłuszeństwa i ścisłego wykonywania instrukcji a nie zrozumienia lub osobistych emocji. Ich rozmowy zostały zapisane, ale stenogramy są opatrzone klauzulą poufności, a i oni sami woleliby, aby słów, jakie padły, nikt nie przypisywał do tych konkretnych ust, z których tego dnia wychodziły. Dlatego będziemy nazywać rozmówców Urzędnikami i ponumerujmy ich, począwszy od jedynki, a poszczególne zdania przytoczymy, oddając wiernie ich treść, ale na tyle zmienione, aby nikt nie zarzucił nam, iż wynosimy na zewnątrz świętą tajemnicę stenogramów.
– Przystępujemy do kolejnej sprawy – obwieściła Urzędniczka 1 i spojrzała po twarzach osób stojących wokół rozłożystego stołu. Na jego blacie leżały posegregowane na kupki zdjęcia, opisy, mapy i zaklejone koperty.
– Numer obecnej sprawy? – spytała Urzędniczka 2.
– Zet dwadzieścia – oznajmiła Jedynka po sprawdzeniu w segregatorze.
Wszyscy zaczęli przeglądać notatki. Urzędnik 3, który pierwszy się z tym uporał, spytał z samego końca stołu:
– Dodatkowe zabezpieczenia przedstawili wszyscy?
Jedynka poszperała w kopercie, którą przed chwilą otworzyła i potwierdziła, dodając:
– Żadni wszyscy. Jest tylko grupa Mieczysława B. I to dzięki K., wiecie…
Urzędnik 4, stojący obok Jedynki, przykrył zdecydowanym ruchem dłoni dokumenty i zgromił ją:
– Bez szczegółów. Jakieś pytania? – zwrócił się do pozostałych. Powiódł władczym wzrokiem po twarzach zebranych – A zatem, decydujemy…? – zawiesił znacząco głos, ale Urzędniczka 5, stojąca z nim twarz w twarz, po drugiej stronie stołu, wyłamała się z ogólnie przyjętej dyscypliny.
– Wprowadzenie dodatkowego zabezpieczenia, o którym wszyscy wiemy, zapewnia nam to, o czym tyle mówiono, ale w tym przypadku…
– Są jakieś wątpliwości do tej jednostki? – zdziwił się Czwórka i z nietajonym zarzutem zwrócił się do Jedynki – Wszystko miało być sprawdzone, zajmował się tym K., czyż nie tak? Co to ma znaczyć…?
Jedynka tylko rozłożyła ręce, ale szybko spuściła wzrok i nerwowo zaczęła przebierać w dokumentach.
– Wszystko jest w porządku… Zarejestrowali się… Są pieniądze… Zabezpieczenie… K. był zawsze wiarygodny!
Czwórka zdążył już opanować irytację. Spokojnie i rzeczowo zwrócił się z czytelnym żądaniem do pozostałych:
– Zastrzeżenia. Proszę, słucham.
– Te sprawy należały dotąd do jednostki Łukasza R, to jego obszar… – dosyć pewnie zaczęła Piątka, ale z każdym słowem jej odwaga słabła. Zakończyła prawie płaczliwie – Jest tym nadal zainteresowany…
– To odstąpi – zwięźle, rozkazującym tonem skwitował Czwórka – Ktoś jeszcze?
– Oni są niebezpieczni… – zaczęła dwójka.
– W jakim sensie? – zainteresował się Trójka.
– Niezdyscyplinowani… Mają swoje zdanie i metody… Nie osiągną celów…
Czwórka głośno uderzył w kopertę, leżącą przez Jedynką. Przykrył ją dłonią i odsunął na bok.
– To nie są nasze sprawy. Zet dwadzieścia dla Mieczysława B. A K. ma dalej się tym zajmować i przypilnować całości, tak aby nie stało się nic nieprzewidzianego. Odpowiada za to.

W połowie sierpnia po Wałbrzychu i okolicy rozniosła się wieść o odnalezieniu „złotego pociągu”. Z każdym dniem rozprzestrzeniała się ona po całej Polsce i Europie niczym fala potężnego wybuchu. Doszła i do Zielonej Góry. Zanim jednak opowiemy o pewnym, tajemniczym spotkaniu o zmroku, prześledźmy, jak doszło do zainteresowania się całego świata niewyraźnym zapisem georadaru, skierowanego w podnóża wzniesienia przy zamku Książ. Sekwencja zdarzeń, jakie nastąpiły, jest bowiem niezwykle wymowna i – jak się okaże – miała zasadniczy wpływ na dalsze losy grupy sterowanej z ukrycia przez Mirosława K.
Najpierw dwóch mężczyzn zgłosiło się do władz lokalnego szczebla. Było to dwóch znanych w środowisku poszukiwaczy skarbów, osobników o nieprzekonującej reputacji. Już samo to zestawienie daje wiele do myślenia. Nie dość, że poszukiwacze skarbów w tej części Europy są traktowani przez wszystkich – oprócz archeologów i urzędników ochrony zabytków – z przymrużeniem oka, jako nieszkodliwi dziwacy, to tutaj pojawili się dwaj ich przedstawiciele o nikłej wiarygodności nawet w ich wąskim środowisku. Do tego zgłosili się do administracji lokalnej, która w takich sprawach nigdy nie kieruje się profesjonalizmem, za to szybko sprowadza każdy temat wprost do poziomu kabaretu. Nie inaczej było i tutaj.
Błyskawicznie lokalni dziennikarze i urzędnicy skierowali opinię publiczną na manowce rozważań, sugerując, iż odkrywcy tajemnicy zwrócili się do władz wyłącznie w celu otrzymania jak najwyższej nagrody. Z drugiej strony zaczęto dość prymitywnie i nachalnie lansować Wałbrzych na współczesne Dawson City. Gdy zamieszanie dotarło wyżej, z Wrocławia i Warszawy pojawiły się pierwsze, konkretne pytania. Dotyczyły tego… ile też trzeba będzie tej nagrody wyasygnować? Aby to rozstrzygnąć, ktoś wpadł na pomysł, aby w końcu zapytać obu panów, co też takiego oni odkryli? Zadano pytanie z typu, skoro Wałbrzych to Dawson, to który strumień odgrywa rolę Klondike – Pełcznica czy Szczawnik?
I tutaj rozsypał się worek pełen niespodzianek. Odkrywcy pokazali profil z georadaru, na którym widzieli zasypany w tunelu pociąg pancerny. Zaraz zabrali głos Niemcy, twierdząc, iż jest to pociąg, który wiózł zimą 1945 roku walory ewakuowanych mieszkańców Festung Breslau i to, co się w nim znajduje, należy natychmiast oddać ich spadkobiercom. Wywołało to reakcję Rosjan, którzy znaleźli dowody na to, że w pociągu jest „Bursztynowa komnata” i inne zabytki zrabowane z radzieckich muzeów. Nie trzeba było też długo czekać na głos z okolic prawdziwej Klondike – amerykański Żydzi stwierdzili autorytatywnie, iż w pociągu są zrabowane dobra łódzkich Żydów zamordowanych w polskim obozie w Auschwitz i w związku z tym Polacy mają natychmiast odkopać pociąg i zaplombowany oddać przedstawicielom WJC. Zalesione stoki Wilka zaroiły się od amatorów skarbów, co wywołało reakcję władz. SOK i wojsko weszło do lasu i teoretycznie przejęło teren pod kontrolę. Zamieszanie sięgnęło zenitu. We wrześniu środkiem wałbrzyskiego rynku można było przejechać starymi wagonami, a spod zamku Książ wywozić tirami cokolwiek by się na nie załadowało. Nikt by już na to nie zwrócił uwagi, cóż najciemniej jest pod latarnią… Czyżby o to właśnie chodziło inspiratorom tego cyrku?
Wiele na to wskazuje. W październiku zaczęto wyciszać sprawę. Amerykanie, Rosjanie i Niemcy sami się wycofali, znikając po angielsku, jakby przeczuwali, że sprawę zakończono i nic już tu nie mają do roboty. Opinię publiczną starano się przestraszyć, a gdy to nie wyszło – zohydzić jej osoby odkrywców i temat skarbów, a pociągu zwłaszcza. Najpierw postraszono, iż odkrywcy nie tylko nie dostaną znaleźnego, ale czeka ich sąd za nielegalne użycie georadaru. Gdy społeczeństwo stanęło w ich obronie, zaczęła się nagonka na wszystkich amatorów mających georadary i wykrywacze metali. W mediach nastąpił wysyp historii o tym, jak to amatorzy, którzy wyprzedzili archeologów, niszczą bezcenne zabytki. Konserwator – nomen omen – z Zielonej Góry urządził konferencję, na której miano godzić „nielegalnych” z archeologami. Przypadkowa zbieżność miejsca? Znana z kilku wpadek przy ratowaniu zabytków techniki lubuska konserwator, tak zaaranżowała dobór referatów, że większość wystąpień dotyczyła negatywnych doświadczeń z „nielegalnymi”. Media zostały zaproszone akurat na tę cześć konferencji, zaś wtedy gdy „nielegalni” referowali swoje sukcesy, loże prasowe świeciły pustkami.
Faktem jest, że w listopadzie nagle wszystko ucichło. Jeden z ostatnich oficjalnych komunikatów w tej sprawie definitywnie stwierdzał, iż georadary potwierdziły istnienie tunelu, ale… pustego, nie było w nim żadnego pociągu! Nie to jest jednak naszym głównym tematem. Powróćmy zatem do Zielonej Góry i do pewnego wrześniowego wieczoru.

Wrzesień tego roku był w Zielonej Górze ciepły, ale w dniu, na który Mieczysław B. wyznaczył spotkanie swojej grupy, od rana siąpił deszcz. Zmrok zapadł więc dużo szybciej niż należało się tego spodziewać. Miejsce było dobrane starannie i przemyślanie. Niewielki plac między kilkoma ulicami zbiegającymi się wokół, położonego kawałek dalej, ronda był zadrzewiony, podczas gdy pusta panorama wokoło, dawała pełen wgląd na całą najbliższą okolicę. Dodatkowo w samym jego środku znajdowało się wysokie metalowe ogrodzenie. Do wewnątrz tej klatki można było dostać się tylko przez zamykaną na klucz furtkę. Do furtki zaś prowadził tylko jeden, wyłożony polbrukiem chodnik. Naokoło była grząska, pełna psich odchodów, potłuczonych butelek i zapadających się kęp trawy łąka. Wielkie tablice reklamowe, stojące z boku i z przodu skutecznie zasłaniały obserwatorowi z zewnątrz widok na wnętrze ogrodzenia. Można też było przykucnąć, chowając się w ten sposób za semafor lub tarczę ostrzegawczą. Zresztą klatka z semaforem nie była oświetlona. Latarnie stały dalej, przy ulicach i ścieżce rowerowej, tak że stojący w klatce przy semaforze pozostawał cały czas w ciemności, widząc za to doskonale, gdy ktoś zbliżał się ku niemu, idąc od strony światła.
Śmietnik, ławka, chodnik małego peronu pełen pierwszych opadłych liści i świeżych śmieci, a wreszcie wspomniany zabytkowy semafor i tarcza ostrzegawcza, przed rokiem uratowane przed złomiarzami w Kłobuczynie, doskonale tłumaczyły cel tego wieczornego spotkania. Nikt nie mógł niczego podejrzewać, zwłaszcza że B. przyniósł worki na śmieci z nadrukiem ZGKiM i kilka grabi, które ostentacyjnie oparł o oparcie ławki. Trzeba było być ślepym, albo zupełnie niedomyślnym, aby nie rozumieć co tu robi ta grupka mężczyzn…
– Masz tę wiertarkę? – nieco zirytowany Mieczysław B. przywitał Sławomira F. pytaniem zadanym w mało sympatycznym tonie. Ten ostatni wiedział, że się spóźnił, ale rozejrzał się wokół i wiedział już też i to, że nawet spóźniony, był pierwszy. To mu dodało otuchy.
– Mam, a ty masz kabel?
– Nie, mówiłeś, że popracujesz z akumulatora.
– Tak mówiłem, i tak spróbujemy.
F. rozłożył się z całym majdanem na ławce. Przesunął worki na śmieci i rękawice, w ich miejsce położył wiertarkę, jakieś kable, wiertła i klucze. Zaczął montować rozłożone elementy. Od strony piaszczystej, ślepej uliczki podszedł chodnikiem Szymon S. A z drugiej strony jeszcze Wojciech W. B. podał im rękawice i nakazał opróżnić kosz na śmieci. Bez słowa zajęli się robotą.
– Na kogoś jeszcze czekamy? – F. stanął obok kosza z gotową do działania wiertarką.
– Tak. Powinni jeszcze być Bartek i Mirek. Bez nich nie zaczynamy.
– Jasne.
S. i W. opróżnili kosz. Chwilę się mocowali, aby wyjąć go z metalowej obudowy. Nieskutecznie.
– Czekajcie, spróbuję powiercić w środku… – F. włożył wiertarkę do środka i próbował jakoś dostać się do dna. – Nic nie widzę, poza tym, nie wiem gdzie mogę robić te dziury? Nie chcę przewiercić się przez ramę.
Za jego plecami nagle pojawił się Mirosław K. Mimo ciemności, rozświetlanych tylko oddalonymi latarniami ulicznymi, widać było tę charakterystyczną różnicę karnacji, rysów, inne włosy.
– Jak chcesz wiercić, musisz to wyjąć. – ochoczo zabrał się do pomocy – Poświecę ci latarką, a ty szukaj śrub. Kosz musi być nimi przykręcony do ramy, dlatego nie wychodzi.
Chwilę trwało, zanim kosz znalazł się na zewnątrz, obok ławki. K. zostawił resztę roboty F. a sam podszedł do B.
– Co robicie?
– Przy ławce stoi kosz na śmieci, ale tak go skonstruowali, że jak pada deszcz, woda ścieka na jego dno. Dalej nie ma jak, bo brak jakichkolwiek otworów, więc zalega a śmieci gniją. Taki smród się roznosi, że nie da się wysiedzieć na ławce, czy oglądać semafora. Zrobimy dziury w jego dnie, aby deszczówka ściekała na ziemię…
K. pokiwał z aprobatą głową. Nie wiadomo, czy dla pomysłu z koszem, czy z uznaniem dla takiego kamuflażu. Przywitał się z Bartłomiejem G., który właśnie nadszedł. I z pozostałymi.
W. z G. stanęli obok F. by przytrzymać odwrócony do góry dnem kosz, w którego dnie F. zaczął wiercić otwory. S. rozłożył na płytach peronu zielony worek i przy pomocy grabi i łopaty zaczął napełniać go śmieciami, poprzednio bez ładu i składu napchanym do kosza.
B. wziął worek w ręce i trzymał tak, aby S. mógł go wygodnie napełniać. Jednocześnie zaczął rozmowę, dla której tutaj wszyscy tak naprawdę przyszli.
– Mirek, tak jak było umówione, przyszły czwartek?
– O ile nic się nie zmieni… Ja mam ten termin zarezerwowany i drugi, za dwa tygodnie.
– Nie możemy tak działać, ludzie mają pracę, rodziny. Nie mogą tego rzucić tak z godziny na godzinę. Musimy być odpowiednio wcześniej przygotowani. Co jeszcze nie jest załatwione?
– Wozy mam. Oba. Jak będzie trzeba pojadę swoim. Muszę tylko jeszcze zdobyć te szyny, na których umocujemy wagon. Założenie ich na lorę to moment, jeden, dwa dni. Nie wiem też jeszcze co z łączeniem naczepy…?
B. odwrócił się od K. w stronę F.
– Kontaktowałeś się z Łukaszem? Wszystko jest umówione i dograne co do godziny?
– Zaraz – F. obrócił kosz pod światło latarki. Niewielki blask sączył się przez pięć otworków. – Dobre, co? Chyba tak może być?
– Czy dzwoniłeś do Łukasza do Jaworzyny i czy ustaliłeś dokładnie godzinę w Wałbrzychu i godzinę w Jaworzynie?
– Tak dzwoniłem. Oni będą gotowi już środę i sami przygotują w Jaworzynie tak jak trzeba.
– Wolałbym przy tym być…
– Nie wiem czy to się uda…?
B. wrócił wzrokiem do K.
– Jak z pieniędzmi?
– Na razie wykładam ze swoich. Przydało by się tak z….
– Nie było tego w preliminarzu. Spisuj wydatki, jak będą jakieś dodatkowe pieniądze, to rozliczymy.
Z kolei zwrócił się do W. i S.
– Wy jesteście gotowi? Rozumiem, że jedziecie, ty Szymon weźmiesz swój samochód? Bartek, u ciebie nic się nie zmieniło…?
– Jeżeli to jest w tym zaplanowanym terminie, to ja jadę, ale jeżeli za dwa tygodnie to będę tylko tutaj na miejscu.
– Ja dokładnie odpowiem w poniedziałek, muszę zobaczyć jak u mnie w robocie…
– Ja, tak jak mówiłem, nie dam rady.
K. pokiwał z dezaprobatą głową. B. zdążył jednak wyprzedzić jego wybuch.
– Sam Łukasz z Mirkiem i Sławkiem nie dadzą rady. Uzgadnialiśmy coś panowie, co się dzieje?!
– Dobra, Łukasz będzie miał swoich ludzi, na Wałbrzych i Jaworzynę starczy, aby tylko chłopaki byli w Zielonej Górze. – spróbował rozładować atmosferę F. Chciał też w końcu podzielić się pomysłem, z którym przyszedł na to spotkanie – Wymyśliłem, że zrobimy sobie takie jaja. Przygotuj kartki z napisami, że to jest wagon ze „złotego pociągu” i tak przejedziemy przez cały Wałbrzych… Wyobrażacie sobie reakcję ludzi na ulicach?!
B. spojrzał z przerażeniem na K. Powstrzymał go jednak nieznacznym ruchem ręki, gdy ten chciał zaoponować.
– Jak ja ci mam te kartki przygotować, nie da się tego zrobić ładnie i dobrze… Zresztą po co nam kłopoty? A jak jakiś policjant czy SOKista da się nabrać i na poważnie nas zatrzyma? Co wtedy zrobisz?
K. jednak nie dał rady zmilczeć, musiał się wtrącić.
– Wóz będzie zgłoszony, ale nie wiem tak do końca, czy możemy jechać za dnia? Ja wprawdzie przejechałem całą trasę, sprawdziłem ją, wóz ma stałą zgodę od wojewody na gabaryty, ale chyba potrzeba jeszcze pilota i osobnej zgody na przejazd dzienny. Pilotem ostatecznie będzie ktoś z nas, ale nie możemy czekać do nocy, musimy wracać w dzień. Wóz musi jechać zaraz dalej, specjalnie biorę dodatkowego kierowcę, aby nie było przerwy. Do niczego nie jest nam potrzebne dodatkowe ryzyko.
– Nie to nie – mimo pozornej zgody F. był zdegustowany taką odpowiedzią. Aż gotował się w środku. Tradycyjnie szybko musiał zmienić temat, aby nie wybuchnąć – Dawajcie, zmienię ustawienia ramion semafora. Bo to rzeczywiście śmiesznie wygląda…
B. odetchnął z ulgą.
– Mówiłem tym, co dzwonili, że to nieregulaminowe ustawienie ramion, to tylko do czasu remontu mechanizmów. Chyba zrozumieli, ale jak możesz teraz przestawić je prawidłowo, to próbuj. Nie wiem tylko czy on zadziała?

Mam przed sobą egzemplarz Gazety Wrocławskiej z 23 września 2015 roku. Dużymi literami redakcja obwieszcza czytelnikom hiobową wieść: „Zabytkowy wagon wywieziony z Wałbrzycha”. Dalej czytamy m.in. „Wiozą złoty pociąg? – dopytywali mieszkańcy Wałbrzycha, widząc zabytkowy wagon przewożony na lawecie ulicami miasta. (…) Przewożenie wagonu trwało dwa dni. – Najpierw wagon trzeba było przeciągnąć po ziemi, a następnie obrócić o dziewięćdziesiąt stopni by ostatecznie przepchać pod wiaduktem kolejowym linii Wałbrzych Główny – Kłodzko Główne. Ustawienie było prostym zadaniem w porównaniu z przeciągnięciem wagonu pod wiaduktem kolejowym. Wiadukt ma wysokość 3.50 metra zaś wagon 3.80 metra. Trzeba więc było wykonać podkop w nawierzchni drogowej – opowiada Łukasz R. ze Stowarzyszenia Miłośników Kolei w Jaworzynie Śląskiej. Dopiero po pokonaniu wiaduktu, wagon mógł trafić na lawetę. (…) Stowarzyszenie Miłośników Kolei w Jaworzynie Śląskiej dotarło do fabrycznych rysunków wagonu. Wnętrze wagonu jest oryginalnie zachowane… Chcemy podziękować miłośnikom kolei z Zielonej Góry za pomoc…”
Piękny opis pracy poszukiwaczy „złotego pociągu”, nie przekazujący nic istotnego czytelnikom. Zresztą jedyny opis. Ktoś się chyba wychylił, chociaż starał się nie otwierać drzwi do tajemnicy szerzej niż było wolno. Może zresztą w ogóle nie było wolno? Bo nikt, nic więcej, nigdzie. Tylko ten jedyny przeciek. Kto za tym może stać? Odpowiedzi oczywiście nie należy szukać w mediach, gdyż i tak jej tam nie znajdziemy. Tej udzieli nam tajna relacja z pewnego spotkania, jakie miało miejsce już wtedy, gdy oficjalnie zakończono poszukiwania „złotego pociągu”. Rzecz jasna nic nie znajdując, bo nic nie było. Oficjalnie.

Grudzień. Zielona Góra.
Wysoki pagórek, zadrzewiony tylko w szczytowej partii, który pozwala dokładnie obserwować, czy nie zbliża się ktoś niepowołany, gdy tymczasem nikt z dołu nie jest w stanie dostrzec kogoś schowanego między drzewami na szczycie. Do tego szczyt jest ogrodzony metalową siatką. Wejść tam można tylko w tych miejscach, gdzie stara siatka uległa zniszczeniu. Powierzchnia wierzchołka zryta licznymi dołami, pomiędzy którymi walają się większe i mniejsze bloki betonu. Na samym środku parę stopni, prowadzących w dół, między betonowe ściany. Z ich poszarpanych brzegów wystają końcówki prętów zbrojeniowych. Wejście prowadzi gdzieś w głąb…
Paweł L. z uznaniem spoglądał na wdrapującą się do niego Martę P. Pulchniutka odkrywczyni parowozu T3 z Torunia wyglądała rzeczywiście apetycznie w swojej, sięgającej kolan, zimowej kurteczce, rozchełstanej tam gdzie akurat falowały solidne piersi. Dłonie L. ześlizgnęły się po rajstopach P., gdy chciał ją podsadzić, aby przeszła przez dziurę w ogrodzeniu. Potknął się, a kawał fajnej dziewczyny wpadł wprost na niego. Oboje sturlali się po schodach ku wejściu do podziemi.
Z tego co było dalej, dla sprawy istotne jest tylko to, że gdy stanęli w końcu w środku bunkra, przy niewielkim otworze strzelniczym, akurat wpadło przezeń światło zachodzącego słońca.
– Popatrz uważnie – instruował dziewczynę L. – W tym kierunku masz widok na wzgórze w którym zarył ten meteoryt, o którym mówiłem. Ta góra, nazywa się Wilkanowska.
P. spojrzała uważnie, chwilę wpatrywała się z przejęciem.
– Tam coś jakby błyskało… – stwierdziła i zaraz dodała z niedowierzaniem – To wygląda jak… ale to przecież niemożliwe…
– Zobacz – L. wyciągnął kilka arkuszy brystolu, w którym były powycinane jakieś figury geometryczne. Przyłożył pierwszy do otworu – Teraz widzisz?
– Chyba tak… Skąd wiedziałeś jak to powycinać…? – w głosie dziewczyny zabrzmiała nuta podziwu połączona z rodzącym się uwielbieniem.
– To nic wielkiego. Pamiętasz zdjęcia kół wagonu, który przywieźliśmy z Jaworzyny do Zielonej Góry? Jedna oś, to były niby koła szprychowe, ale szprych nie odlano jako prostych, pojedynczych prętów. Każda z nich otrzymała taki rozwidlony kształt, niczym litera V. A druga oś, nie wiadomo czemu, ma z kolei koła talerzowe z nieregularnymi otworami… Pierwszy raz coś takiego widzę…
– Mieczysław pisał, że to unikalny okaz… Historycznie unikalny…
– Musisz mi pomóc. Nie produkowano takich wagonów. Nigdy i nigdzie.
– Ale ten istnieje.
– To jest jak zabawka z cyrku, nie można robić renowacji takiego wagonu.
– To co chcesz zrobić, zamienić koła na normalne, standardowe? Chłopaki Cię zabiją… Mieczysław znalazł ten artykuł o wagonie z „Odkrywcy”, korespondował z jego autorem, ściągnął opis badań wagonu od PSMK aż spod Warszawy, wybiera się do Jaworzyny i Szczawna. Chcesz to wszystko popsuć?
– Widzisz, bo tu nie chodzi o wagon. Ani o jego historyczny wygląd. Mietek sondował, co wiadomo poza nami na temat tego obiektu? Nie wiem tylko jeszcze, po co…
– Obiektu?
– Tak, obiektu. To nie jest wagon. To taka skrytka, jakby arka, dzięki której przechowano informację i klucz do kontaktu.
– Do kontaktu z kim? Jaka arka?
– Tak jakby Arka Przymierza, czy jakaś taka. Oba koła z tymi dziwnymi szprychami, to jakby dysk z zapisem informacji. A koła talerzowe, jak przystawisz do promieni słońca wskazują te miejsca, można się dzięki nim komunikować… z Nimi, Obcymi.
P. przyglądała się L. z rosnącym przerażeniem. Nie widziała już teraz, czy go podziwiać, czy się go bać. Co on wymyślił?
– Obcy byli Najeźdźcami albo Założycielami. Na Górze Wilkanowskiej mieli kanał przerzutowy. W marcu 1841 roku nie spadł tu zwykły kawałek kamienia z kosmosu, ale rozbił się cały wehikuł międzyplanetarny… A w środku byli Oni. Nie wiem jak dyski i matryca przedostały się do Kanady, ale tam powstała chyba ta arka, skrzynka do przechowania. – wyjaśniał rozemocjonowany L. I perorował dalej:
– Czym wytłumaczysz ten nieprawdopodobny zbieg okoliczności, że wagon dla lokalnej linii francuskiej produkowali aż w Kanadzie?! Pomyśl, przecież to musiał być zaledwie mały, lichy wagonik. Zrobili by go w samej Francji, no, ostatecznie, gdzieś w Europie… Tak naprawdę, pierwszy lepszy, większy warsztat by go zmontował.
– A ta cała historia później? Naprawdę uważasz, że Niemcy, którzy przegrali wojnę, zabrali wagon Francuzom, którzy tychże Niemców pokonali? Jeśli już, to na wojnach bywa odwrotnie, to zwycięzcy łupią przegranych… I gdyby tylko o to chodziło, to Francuzi nie zabrali by Niemcom nic nie wartego złomu, ale coś porządnego. Może nowoczesną cysternę do gazów bojowych, albo elegancki pullman, salonkę generała?
L. rozpalał się coraz bardziej. P. pozostawała nie przekonana, ale L. nie zwracał już na nią uwagi.
– Oni tu nadal są i dopilnowali, aby arka do nich wróciła. Wpadliśmy w kosmiczną pułapkę, musimy ratować ludzkość, bo nie wiem co jej grozi od Obcych. Wypisuję się z Klubu Miłośników Kolei i zakładam koc.
– Jaki koc, zimno ci…? Ja mogę cię okryć, chodź pod kurtkę… – P. rozchyliła jeszcze bardziej poły swojego palta, zafalowało gorącem, aż w powietrzu utworzyła się lekka mgiełka. Chyba tylko martwy nie skorzystał by z tej propozycji. L. pozostał jednak niewzruszony.
– KOC, Komitet Obrony Cywilizacji. Zapisał się już mój kumpel z Międzyrzecza, Krzychu R. Potrzebujemy jeszcze kogoś z Torunia, bo tam wiodą ważne tropy… Ty przecież szukałaś w Toruniu parowozu… A Mieczysławowi i innym nie można już wierzyć, ten złoty pociąg, ten nasz wagon, przetarg na PKP, zakup, renowacja pod okiem konserwatora i władz Zielonej Góry, to całe niby muzeum kolejowe – to tylko ściema, aby ukryć całą, wielką prawdę. A tu nawet nie wiadomo, czy Oni są Założycielami Cywilizacji, narodem wybranym, by szerzyć inteligencję w kosmosie. Może faktycznie są tu cały czas, aby nam pomagać? A jeżeli jest wręcz odwrotnie – i to są Najeźdźcy, którzy przybyli, by nas zniszczyć…? Tylko ty możesz nam jeszcze pomóc, potrzebujemy Ciebie…
P. okryła w końcu głowę L. swoim paltem. Przytuliła do piersi. L. zapadł w nie jak w otchłań czarnej dziury, czyhającej gdzieś na obrzeżach kosmosu… P. pochyliła nad nim swoją twarz i wyszeptała:
– Tak, jestem ci bardzo potrzebna… Bardzo…

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Mieczysław Bonisławski i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Akcja „Złoty wagon”

  1. Zbyszek pisze:

    Niezle sie to czyta🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s