Śniadania literackie: Joyce

Pierwsza wersja tego wpisu ukazała się kilka lat temu na blogu Jak udusić kurę…, tu jednak tak dalece rozszerzyłam ten tekst, że nie traktuję go już jako reblogu. Ale oczywiście każdy może tam zajrzeć: Bloomsday

Ewa Maria Slaska

16 czerwca w Dublinie

Zawsze chciałam pojechać do Dublina na Bloomsday czyli całodzienną wędrówkę po mieście śladami Leopolda Blooma i Stefana Dedalusa, bohaterów Ulissesa Jamesa Joyce’a. Nigdy mi się nie udało, ale pojechał mój kolega. I to akurat w roku 2004 czyli dokładnie w sto lat od wydarzeń opisanych w Ulissesie. Pisywaliśmy do siebie maile i im bliżej było 16 czerwca, tym bardziej go molestowałam. Bo Bloomsday można wprawdzie obchodzić wszędzie, na przykład w Berlinie, i jest to wtedy zwykłe święto literackie ku czci Jamesa Joyce’a, ale jednak w Dublinie jest to faktycznie dzień Blooma i trzeba go zacząć od zjedzenia… nerki wieprzowej.

Wikipedia Commons!!!
„Ciocia Wiki” pisze, że pierwsze obchody Bloomsday miały miejsce w roku 1954, a w roku 2004 urządzono wielki festiwal trwający pięć miesięcy. Nie był to jednak wystarczający argument dla Dietricha, który przez cały czas pobytu w Dublinie nie wychodził z domu, twierdząc, że bez przerwy pada. Nawet informacja, że częścią obchodów jest obfite śniadanie z piwem (ale, o dziwo, wcale nie to opisane przez Joyce´a) oraz nocne wędrówki po barach, nie zdołały go przekonać.
A ja, naiwna, myślałam, że Dietrich nie tylko przejdzie całą trasę wędrówki Blooma, to jeszcze się przebierze w strój sprzed stu lat. Ja bym się przebrała za Norę Barnacle. Pomyśleć, że pisarz umieścił całą akcję swej powieści tego właśnie dnia, bo była to data jego pierwszej randki z Norą.

Pan Leopold Bloom jadał z upodobaniem wewnętrzne organy bydła i drobiu. Lubił zawiesistą zupę z podróbek, orzechokształtne żołądki ptasie, nadziewane pieczone serca, płaty wątróbki podsmażane w tartej bułce, smażoną ikrę sztokfisza. Najbardziej lubił przypiekane nerki baranie, które napełniały jego podniebienie wyszukanym smakiem delikatnie pachnącego moczu.

Nerki tkwiły w jego myślach, gdy poruszał się po kuchni bezszelestnie, poprawiając na pogiętej tacy przybory śniadaniowe dla Molly. Światło i powietrze w kuchni były lodowate, ale wszędzie na zewnątrz łagodny, letni poranek. To czyniło go nieco wygłodniałym.

Węgle czerwieniały.

(…)

Jeszcze jeden kawałek chleba z masłem, trzy, cztery, dobrze. Nie lubiła przeładowanego talerza. Dobrze. Od­wrócił się od tacy, uniósł imbryk z występu płyty kuchen­nej i postawił go na krawędzi ognia. Rozsiadł się on tam, tępy i przysadzisty, ze sterczącą szyjką. Filiżanka herbaty zaraz. Dobrze. Sucho w gardle. Kotka sztywno obeszła nogę stołu, unosząc wysoko ogon. Mkrniau!

O, tu jesteś, powiedział pan Bloom, odwracając się od ognia.

Przysłuchiwał się chlupchlap chłeptaniu. Jajka na szynce, nie. Nic dobrego jajka przy takiej suszy. Trzeba czystej, świeżej wody. Czwartek: też nie najlepszy dzień na nerki baranie u Buckleya. Przysmażone na maśle z odrobiną pieprzu. Lepiej nerkę wieprzową u Długacza. Zanim imbryk się zagotuje. Chłeptała wolniej, potem wylizała spo­dek do czysta. Dlaczego mają takie szorstkie języki? Żeby lepiej chłeptać, same porowate dziurki. Nic, co by mogła zjeść? Rozejrzał się. Nie.

Może Molly będzie miała ochotę na jakiś przysmak. Rano lubi cienkie kromki chleba z masłem. Ale może, raz, kiedyś.
Powiedział półgłosem w pustym przedpokoju:
– Idę na róg. Wrócę za minutę.
A kiedy usłyszał swój głos, wypowiadający to, dodał:
– Nie chcesz czegoś na śniadanie?
Senne, miękkie mruczenie odpowiedziało:
– Nnn.
Nie. Nie chciała niczego. Potem usłyszał ciepłe, ciężkie westchnienie, miększe, gdy przekręciła się i zabrzęczały luźne, mosiężne pierścienie ramy łóżka. Koniecznie trzeba je umocować.

(…)

Przeszedł na słoneczną stronę ulicy. Chwilami powieki jego opadały miękko, gdy szedł tak w błogim cieple. Wóz piekarski Bolanda roz­wożący w płytkich koszach nasz powszedni, ale ona woli wczorajsze kromki, przewracane nad ogniem, kruche i go­rące od góry. To odmładza.

(…)

Zatrzymał się przed oknem wystawowym Długacza, wpatrzony w zwoje kiełbas i serdelków, ciemnych i jasnych. Piętnaście pomnożone przez. W jego umyśle cyfry zbladły bez rozwiązania: niezadowolony, dał im się rozpłynąć. Lśniące, nadziane mielonym mięsem ogniwa karmiły jego spojrzenie i wdychał spokojnie ciepły opar przegotowanej, ostro przyprawionej świńskiej krwi.
Nerka sączyła krwawe krople na półmisek o chińskim wzorku: ostatnia. Stanął przy ladzie obok dziewczyny sąsiadów. Czy ona ją też kupi, odczytawszy ze spisu na kartce, którą trzyma w dłoni. Spękane: soda do prania. I półtora funta serdelków. Jego oczy spoczęły na jej krzepkich biodrach. On się nazywa Woods. Ciekawe, czym się zajmuje. Żona jest starszawa. Świeża krew. Zalotnicy wzbronieni. Para silnych rąk. Łupiących w dywan na trzepaku. Ależ łupie w ten dywan, święty Jacku. I sposób, w jaki jej przekrzywiona spódnica kołysze się przy każdym łupnięciu.
Łasicooki rzeźnik złożył serdelki, które oderwał poplamionymi, serdeloróżowymi palcami.
Zdrowe mięso jak u jałówki karmionej w oborze. Uniósł stronicę ze stosu pociętych gazet. Wzorowa farma w Kinnereth nad brzegiem Jeziora Tyberiadzkiego. Może stać się idealnym zimowym sanatorium. Mojżesz Montefiore. Zdawało mi się, że on. Wiejski dom, otoczony murem, bydło pasące się za mgiełką. Odsunął od siebie gazetę: interesujące: przybliżył ją znów, czytając, bydło pasące się za mgiełką, szeleszcząca strona. Młoda biała jałówka. Owe poranki na targu bydlęcym, trzody ryczące w zagrodach, znakowane owce, chlap i klap łajna, hodowcy w podkutych butach, ciężko stąpający po podściółce, uderzają dłońmi w nabite mięsem zady, ta jest pierwszorzędna, nie ostrugane kije w ich dłoniach. Cierpliwie trzymał stronę ukosem, poskramiając zmysły i pragnienie, a jego uległe, łagodne spojrzenie było pełne spokoju. Przekrzywiona spódnica kołysząca się, łup i łup i łup.
Rzeźnik pochwycił dwie stronice ze stosu, zawinął w nie jej pierwszorzędne serdelki i zrobił czerwony grymas.
– Proszę, moja panienko, powiedział.
Uśmiechając się zuchwale, podała monetę w wysuniętej grubej garści.
– Dziękuję panience. Szyling i trzy pensy reszty. Co dla pana, proszę?
Pan Bloom wskazał prędko. Dogonić i iść za nią, jeżeli będzie szła powoli, za jej poruszającymi się szynkami.
Przyjemnie to widzieć z samego rana. Pospiesz się, do diabła. Kuj żelazo, póki gorące.
Stanęła przed sklepem w blasku słońca, a potem ruszyła leniwie w prawo. Westchnął pod nosem: one nigdy nie rozumieją. Ręce spękane od sody. I zrogowaciałe paznokcie u nóg. Brunatne postrzępione szkaplerze, chroniące ją od przodu i tyłu. Ukłucie zlekceważenia rozżarzyło się w jego piersi, aż do cichego zadowolenia. Dla innego: policjant po służbie obmacywał ją w Eccies Lane. Oni lubią je rozłożyste. Pierwszorzędny serdelek. Och, proszę, Panie Policjancie, zagubiłam się w lesie.
– Trzy pensy, poproszę.
Dłoń jego przyjęła wilgotny, pulchny gruczoł i wsunęła go do bocznej kieszeni. Potem wyciągnęła trzy pensy z kieszeni spodni i położyła je na gumowej podstawce. Leżały, zostały szybko odczytane i szybko wsunięte, krążek po krążku, do szufladki kasy.
– Dziękuję panu. Do następnego razu.
Punkciki skwapliwego ognia w lisich oczach podziękowały mu. Po chwili odwrócił spojrzenie. Nie: lepiej nie: do następnego razu.
– Do widzenia, powiedział odchodząc.
– Do widzenia panu.
Ani śladu. Zniknęła. Co za różnica?

Molly leży jeszcze w łóżku, Leopold kończy przygotowywać śniadanie

– Pospiesz się z tą herbatą, powiedziała. Usycham.
– Imbryk się gotuje, powiedział.
Gdy schodził kuchennymi schodami, zawołała:
– Poldy!
– Co?
– Wyparz imbryczek.
Gotowała się z pewnością: pióropusz pary z dzióbka. Wyparzył i opłukał imbryczek, wsypał cztery pełne łyżeczki herbaty i pochylił imbryk, aby wlać wodę. Odstawiwszy herbatę, żeby naciągnęła, zdjął imbryk z ognia, postawił patelnię na rozżarzonych węglach i patrzył na kawałek masła, który ślizgał się i rozpuszczał. Gdy odwijał nerkę, kotka zamiauczała wygłodniałe tuż przy nim. Dać jej za wiele mięsa, nie będzie łowić myszy. Mówią, że one nie jedzą wieprzowiny. Koszerne. Masz. Upuścił ku niej pokrwawiony papier i rzucił nerkę na syczące płynne masło. Pieprz. Rozsypał go palcami, koliście, z wyszczerbionego kieliszka na jajka.
Herbata naciągnęła. Uśmiechając się napełnił swą szeroką filiżankę, fałszywe Crown Derby.
(…)
Wbił widelec w nerkę i odwrócił ją z klaśnięciem: potem ustawił czajniczek na tacy. Kiedy ją uniósł, wypukłość stuknęła. Czy wszystko jest? Chleb z masłem, cztery, cukier, łyżeczka, jej śmietanka. Tak. Zaniósł tacę na górę, trzymając zagięty kciuk w uchu imbryczka.
Otworzywszy drzwi lekkim trąceniem kolana, wniósł tacę i postawił na krześle przy głowach łóżka.
– Ileż czasu ci to zajęło, powiedziała.

Molly jadła na śniadanie chleb z masłem, ale Leopold Bloom – nerkę wieprzową.  Ciężkostrawne, tłuste mięso to typowa cecha śniadań z Wysp. Choć smakosze powiedzą na pewno, że ani podsmażany bekon ani dobrze przyrządzona nerka nie są tłuste. Takie śniadanie angielskie składa się z następujących elementów:

  • smażone kiełbaski wieprzowe (sausages);
  • smażone plastry bekonu (rashers);
  • nerka wieprzowa;
  • dwa jajka sadzone lub jajecznica (scrambled eggs);
  • white pudding (rodzaj białej kaszanki) lub black pudding (rodzaj czarnej kaszanki);
  • pieczony pomidor (oven-baked tomato);
  • hash brown – podobny do polskiego placka ziemniaczanego, ale smażony na głębokim tłuszczu;
  • tosty;
  • frytki lub pieczone ziemniaki;
  • fasolka w sosie pomidorowym;
  • smażone pieczarki;
  • kawa lub herbata, z reguły podawane z mlekiem i cukrem.

Wikipedia Commons!!!

Zresztą Stefan Dedalus, drugi z bohaterów „Ulissesa”, też je takie wyspiarskie śniadanie, tylko oczywiście w skromniejszej wersji, odpowiedniej dla studenckiej kieszeni…

W mrocznej, sklepionej, mieszkalnej komnacie wieży owinięta szlafrokiem sylwetka Bucka Mulligana poruszała się żywo wokół paleniska, przesłaniając i  odsłaniając jego żółty żar. Wpadające z dwóch wysokich strzelnic włócznie łagodnego światła dziennego krzyżowały się na kamiennej posadzce: w  miejscu spotkania promieni unosiła się wirująca chmura dymu węglowego i  opary smażonego boczku. (…)  Stefan ustawił pionowo swoją walizkę, przyciągnął ją do stołu i usiadł, czekając.
Buck Mulligan cisnął to, co usmażył, na stojący pod ręką półmisek. Potem przeniósł półmisek i wielki imbryk na stół, postawił je ciężko i odetchnął z ulgą.
– Topnieję, powiedział, jak zauważyła świeca, gdy… Ale cicho, sza! Ani słowa więcej o tym przedmiocie. Kinch, zbudź się. Chleb, masło, miód. Haines, wejdź. Żarcie gotowe. Pobłogosław nas, Boże, i te dary twoje. Gdzie cukier? O, kurwa, nie ma mleka.
Stefan przyniósł ze skrzyni bochenek, garnek z miodem i maselniczkę. (…)
– Możemy pić herbatę bez mleka, powiedział Stefan, w skrzyni jest cytryna.
– O, bądź przeklęty razem z twoimi paryskimi pozami. Chcę mleka z Sandycove. Haines zawrócił od progu i powiedział spokojnie:
– Nadchodzi kobieta z mlekiem.
– Błogosławieństwo boże nad tobą, zawołał Buck Mulligan zrywając się z krzesła. Siadaj. Nalej herbaty. Cukier jest w woreczku. Nie mogę się już dłużej grzebać w tych przeklętych jajach.
Pokrajał wędzonkę na półmisku i cisnął ją na trzy talerze, mówiąc:
– In nomine Patris et Filii et Spiritus Sancti.

Znam doskonale śniadanie angielskie, bo w czasach studenckich pracowałam jako kelnerka w eleganckim klubie dla kobiet w Londynie na Cavendish Square. Przewodniczącą klubu była księżniczka Anna, a klub założono jako kobiecy odpowiednik słynnych londyńskich klubów męskich. Kelnerki – same Irlandki, jedna Włoszka i ja – mieszkały na poddaszu, miały jednoosobowe pokoiki, własny salon i wspólną pokojówkę, która przynosiła nam morning tea, sprzątała i raz na tydzień zmieniała nam pościel. Obsługa jadała to samo, co dostawali goście. Mieliśmy osobną salę i kelnerkę, która nam podawała posiłki. Kucharz był Francuzem, przygotowywał mistrzowsko flądrę w maśle, kaczkę po pekińsku, mus czekoladowy i Irish stew.

Miałyśmy dyżury poranne, w porze lunchu, podczas five o’clock i wieczorem. Ja najbardziej lubiłam dyżury poranne, zaczynające się o 6. Na pół śpiąc napełniałam małe szklaneczki sokiem grapefruitowym i pomarańczowym, a potem zaczynał się dwugodzinny maraton smażenia kiełbasek, pomidorów, boczku i jajecznicy. Według nieznanych mi zasad zostało szczegółowo ustalone, jaką część tej smażeniny wykonują kelnerki, a jaką kucharze, na pewno to my smażyłyśmy bekon i robiłyśmy grzanki. Szczytem moich osiągnięć jako (niewykwalifikowanej bądź co bądź) kelnerki było potknięcie się koło stolika dwóch eleganckich, ubranych na biało ladies. Utrzymałam jednak wszystko, złapałam nawet – zręcznie podsuwając tacę – jajecznicę wyślizgującą się ze srebrnej miseczki na kolana jednej z pań. Obie przyjrzały mi się badawczo i gdy pochwyciłam jajecznicę, kiwnęły głową. Do dziś mam nadzieję, że z uznaniem. Ciekawe, czy wyleciałabym z pracy, gdybym jednak usadziła jajka na owej plisowanej spódnicy?

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Ewa Maria Slaska i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s