Stuart 10

Joanna Trümner

Spadek

Na lotnisku w Sydney Stuart czekał na Iana. „Czy życie jest wiecznym dejá vu, składanką z z powtarzających się scen i miejsc? Młody, zdolny piosenkarz znowu rusza w drogę do sławy?”, zastanawiał się, przypominając sobie, że już dwa razy stał na tym lotnisku. Po raz ostatni był tu przed kiloma miesiącami, na początku drogi do Wellington, która, jak się okazało, była tylko ślepym zaułkiem. Kurczowo trzymał w ręku rulonik z plakatem, zapowiadającym przedstawienie „Jesus Star Superstar” w Wellington, z nadzieją, że trzyma w ręku klucz do dalszej kariery. Z myśli wyrwała go nieznajoma, starsza kobieta, która podeszła do niego i poprosiła o autograf: „Widziałam Pana w roli Jezusa, wspaniały spektakl. Gdzie będzie Pan teraz występował?” „Mam kilka planów, ale to jeszcze nic konkretnego”, odpowiedział Stuart, z zawstydzeniem myśląc o tym, że nie ma przecież żadnego planu na przyszłość. Tę niezręczną rozmowę przerwało pojawienie się Iana, który zaraz po odejściu starszej kobiety złośliwie skomentował: „Widzę, że nie możesz się uratować od wielbicielek!” Stuart przyjrzał się przyjacielowi i stwierdził, że cieszy się, iż po kilkumiesięcznej nieobecności wrócił do domu.

Siedzieli do późna w nocy w zastawionym dziwnymi, podniszczonymi i zbyt dużymi meblami mieszkaniu Iana w północnej części miasta. Pili ulubiony dżin z tonikiem i rozmawiali. „Żebym nie zapomniał, Chang mówił, że w schronisku szukał cię ktoś z domu starców w Watsons Bay, masz się tam koniecznie pokazać zaraz po powrocie. Może jakaś kolejna wielbicielka?”, dodał z przekąsem. Ustalili, że zamieszkają razem i będą dzielili się kosztami. Stuart zaproponował zakup nowych, wygodniejszych mebli, starając się równocześnie nie krytykować przyjaciela za dotychczasowe umeblowanie mieszkania. Po dżinie przyszła kolej na trawkę, którą Ian nazywał „poznanym dzięki Changowi eliksirem szczęścia”. Kiedy w końcu zasnęli ze zmęczenia w oparach marihuany za oknami budził się kolejny dzień. Na szczęście była to niedziela i Ian miał cały dzień na zregnerowanie sił przed pracą.

W poniedziałek Stuart wybrał się do domu starców w Watsons Bay. W hallu piętrowego budynku uderzył go zapomniany przez kilka miesięcy nieobecności zapach starości. Zajrzał do pokoju zajęć dziennych, w którym przy stolikach siedziało kilku znanych mu mieszkańców domu. „Kiedy będziemy znowu śpiewać?”, zapytała siędząca na wózku inwalidzkim kobieta, której nazwiska Stuart nie potrafił sobie przypomnieć. W drodze do gabinetu dyrektora zastanawiał się, dlaczego tak pilnie miał się tutaj pokazać. Z zakoczeniem usłyszał, że otrzymał dwadzieścia tysięcy dolarów w spadku po jednym z mieszkańców domu starców, zmarłym przed miesiącem Tomie Stepley. Stuart dobrze pamiętał Toma i ich wspólne długie rozmowy, rozmowy, które w przeciwieństwie do kontaktów z innymi mieszkańcami tego domu, nigdy go nie nudziły. Tom był chirurgiem i wiele lat życia spędził na pracy dla humanitarnej organizacji OXFAM na południu Afryki. Opowiadał Stuartowi o tym, jak docierał do oddalonych wiosek w Beninie, Togo i Nigerii, jak przeprowadzał operacje na kuchennych stołach, jak trzeba było pertraktować z miejscowymi szamanami, o walce z zabobonami, korupcji i wiecznej walce z wiatrakami i o tym, że nie udało mu się poznać kobiety, gotowej dzielić z nim życie.

W drodze do kancelarii notariusza w centrum Sydney, u którego Tom zdeponował swój testament, Stuart myślał o niespodziewanym spadku. Jak smutne są życiorysy, które tak się kończą, kiedy dorobek życia oddaje się obcym ludziom. Tom do ostatniego ich spotkania zachował trzeźwy umysł, musiał być bardzo samotny w otoczeniu, w którym większość osób odpłynęła myślami w przeszłość i cofała się w czasie”. W kancelarii notariusz podał mu czek i krótki list. „Drogi Stuarcie, bardzo żałuję, że nie spotkaliśmy się wcześniej. Patrząc na Ciebie zawsze myślałem, że chciałbym mieć takiego syna. Dziękuję za Twoją muzykę, dała mi wiele szczęśliwych chwil. Mam nadzieję, że moje pieniądze pomogą Ci zrealizować plany. Bardzo cieszę się, że miałem okazję Cię poznać, Twój Tom”.

Stuart znowu koncertował w Sydney, a regularnie raz w tygodniu jeździł do domu starców w Watsons Bay, gdzie prowadził zajęcia z mieszkańcami. Czuł, że spadek po Tomie go do tego zobowiązuje. Mimo że podróż do Watsons Bay pochłaniała dużo czasu, przez kolejne miesiące Stuart nie opuścił ani jednego spotkania. Oszczędności, przywiezione z Wellington i spadek pomogły mu intensywnie zająć się pisaniem nowych utworów.

Iris

I wish I knew how it would feel to be free
I wish I could break all the chains holding me
I wish I could say all the things that I should say
Say ’em loud, say ’em clear for the whole round world to hear

Tak bardzo chciałabym wiedzieć, jak czuć się wolnym
Tak bardzo chciałabym zerwać łańcuchy, które mnie skuwają
Tak bardzo chciałabym powiedzieć wszystko to, co trzeba powiedzieć
Powiedzieć to głośno, powiedzieć to jasno, tak żeby usłyszał to cały świat

Nina Simone

Nadszedł maj i Stuart pojechał do Walton na ślub starszej siostry, Eve. Tak, jak przewidywała Kate, cała uroczystość była przygotowana w najdrobniejszych szczegółach. Rodzina odgrywała jedynie rolę pionków w reżyserowanym przez Eve ślubie i weselu. Starsza siostra przywitała go stwierdzeniem, że musi koniecznie zgolić brodę, bo strasznie niechlujnie wygląda. Na brodę, którą zaczął zapuszczać w dniu, kiedy stał się Jezusem w Wellington i która go nieco postarzała, nie było miejsca w scenariuszu Eve.

Stuart korzystał z każdej chwili, żeby spędzić czas z rodzicami i nadrobić miesiące rozłąki. Cieszył się, że na starość rodzice znaleźli siebie i że wspólnie potrafili żartować z wprowadzanego przez Eve reżimu i nerwowej atmosfery wokół ślubu. Cieszył się również ze spotkania ze Stuartem-seniorem i Brianem, który przestał był w międzyczasie w Walton personą non grata. W przygotowaniach do ślubu najmniej obecny i istotny był pan młody, William, na którego twarzy pojawiał się czasami tak zagubiony wyraz, że Stuart wcale nie zdziwiłby się, gdyby przyszły szwagier w decydującym momencie w urzędzie stanu cywilnego powiedział „nie!” W dwa dni po weselu Stuart ruszył w drogę powrotną.

Lot z Hong Kongu do Sydney potwornie się dłużył. W pewnym momencie sąsiadka zasnęła i położyła głowę na jego ramieniu. W tym geście było coś tak intymnego, że Stuart przyjrzał się z jej z zainteresowaniem. Po pewnym czasie kobieta obudziła się i spojrzała zażenowana. Zaczęli rozmawiać i czas do końca podróży przestał się dłużyć. Iris była o kilka lat starsza od Stuarta. Wracała do Sydney z kilkudniowego sympozjum anastezjologów w Londynie. „Niczego nowego się nie dowiedziałam, ale miło było przez kilka dni pooddychać londyńskim powietrzem”, skomentowała tygodniowy pobyt w Anglii. Przyjechała z Londynu do Sydney przed pięcioma laty, podążając za wielką miłością. Miłość przetrwała jednak zaledwie dwa lata i skończyła się rozwodem. Iris zadecydowała, że pozostanie w Australii – powrót do domu oznaczałby dużą porażkę. Nie wyobrażała sobie powrotu i obowiązkowych wizyt u trzech sióstr, które miały udane małżeństwa i dzieci. Nie chciała słuchać ciągłych pytań i rad i za wszelką cenę próbowała udowodnić sobie, że da sobie sama radę w nowym państwie. Nostryfikowała dyplom i znalazła pracę jako anastezjolożka w dużym szpitalu w Sydney.

Im dłużej trwała ta rozmowa, tym bardziej Stuart czuł, że ogarnia go dziwne ciepło i pragnienie, żeby ta podróż nigdy się nie skończyła. Miał wrażenie, że są sami w samolocie, w hermetycznej kapsułce prowadzą na wysokości dziesięciu tysięcy metrów jedną z najpiękniejszych rozmów, jakie przeprowadził w życiu. Zanim rozstali się na lotnisku w Sydney, umówili się w sobotę na Martins Place.

Kiedy dotarł do mieszkania na dużym ściennym kalendarzu w kuchni zapisał przy dacie 26 maja 1973: Martins Place, 18.00, Iris. W sobotę w nocy spał bardzo niespokojnie, śniło mu się, że spaceruje po czarnych chmurach, a w chwili, kiedy we śnie potknął się i zaczął spadać w ciemność, zbudził się, zlany potem. Za oknami nieprzerwanie padał deszcz, w miarę mijających godzin Stuart czuł narastający niepokój, strach przed spotkaniem, które może go rozczarować i lęk przed tym, że ktoś znowu może go zranić. O szóstej wyciągnął z szuflady pod telewizorem czwartego skręta z marihuaną z żelaznych zapasów Iana. Palił i myślał o Iris, która w tej chwili stała na Martins Place, chroniła się przed deszczem i niecierpliwie spoglądała na zegarek. Kiedy zdecyduje się na powrót do domu, zawiedziona randką, do której nie doszło i Stuartem? W chwili, kiedy Ian otworzył drzwi od mieszkania, jego przyjaciel był na takim haju, że już nie myśleł o upokorzeniu, które sprawił poznanej w samolocie kobiecie.

cdn.

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Joanna Trümner i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s