Superpełnia

Szanowny Adminie

Sprawa ma się następująco: kilka tygodni temu, w połowie listopada wyszedłem, jak wielu innych ludzi, oglądać superpełnię księżyca. Trochę mnie zawiodła, ale nie w tym rzecz. Stałem i gapiłem się w niebo, aż tu nagle, jak to mówią, błysło, świsło i coś, chyba meteoryt, spadło na ziemię bardzo blisko ode mnie, jakieś dwieście, trzysta metrów. Dymiło i ogieniek palił suchą trawę wokół, więc bez problemu znalazłem to miejsce, tym bardziej, że przecież superpełnia świeciła, więc nie było ciemno. W zagłębieniu leżał kamień. Gdy wziąłem go do ręki, parząc się dotkliwie, bo jeszcze nie ostygł, zobaczyłem, że wyryte są na nim jakieś znaki, słowa. Cały tekst. Przeczytałem, lecz nie bardzo zrozumiałem. To znaczy – zrozumiałem, ale nie ogarnąłem, a poza tym zrobiło mi się nieswojo. Pytałem różnych ludzi co z tym zrobić, nikt nie wiedział. Szukałem, szukałem, aż trafiłem na tego bloga. Chyba dobrze trafiłem, bo to tekst odrzucony (a nawet rzucony) i nikt go nie chciał. Może wy będziecie wiedzieli, co z nim zrobić? Kamyk przesyłam w załączeniu.

                                                                               Z wyrazami szacunku, Adam Nemo

Jestem na tyle blisko, że istnieje szansa, iż jak mocno rzucę, to doleci. Więc ryję co prędzej swoje przesłanie pazurem w kawałku bazaltu i za chwilę zamachnę się tym odłamkiem. Następna taka okazja będzie za osiemnaście lat. Jeśli ktoś znajdzie mój kamyk i na coś mu się on przyda, to dobrze. Jeśli zaś nie – drugie dobrze.

Zresztą „dobro” to puste słowo, na dobro już od wielu lat nie daję się nabrać. Ale z dawnych czasów pozostała mi jeszcze wiara w piękno. Siadam więc na brzegu mojego krateru – a jakże, gdzieś na Morzu Spokoju – opieram głowę o dłoń zaciśniętą w pięść, drugą dłoń opuszczam na kolano i pozuję na Myśliciela. Co przy moich chudych i suchych kończynach oraz torsie tudzież gębie porośniętych twardą szczeciną przynosi efekt raczej komiczny niż artystyczny, ale nic nie szkodzi: nikt tego nie widzi, tylko ja w imaginacji przywołuję statuę Rodina. I to mi wystarcza.

Siedzę i patrzę na Ziemię. Dziś jest wyjątkowo blisko, więc i wszystko świetnie widać: widać, że nic się nie zmieniło. Patrzę i czuję… chciałbym powiedzieć, że pogardę, ale to nieprawda. Pogarda mi już przeszła. Zostało chyba tylko politowanie. Spokojne, aż wieje od niego chłodem. Zaś pogarda jest gorąca. A tutaj bywa naprawdę zimno i nawet pogarda płomienna, taka, jaką kiedyś czułem, nie wystarczyłaby, aby ogrzać krew do tego stopnia, bym przetrwał w mrozach galaktycznej próżni. Więc krew mi już dawno wystygła. Właściwie to już jej nie ma. Zastąpiło ją coś, nie wiem dokładnie, co: płynny azot? Hel? Argon? Nie sprawdzałem, bo już od dawna nie potrzebuję szarpać sobie ani rozcinać żył. Nie wiem, co tam bulgocze w przeraźliwym zimnie, ale czy to istotne? Niech sobie bulgocze na zdrowie!

No i siedzę. I patrzę z politowaniem. Lituję się, trzeba to uczciwie wyznać, także nad własną głupotą. Po co było tyle lat się szarpać, żyły pruć, goryczą nasiąkać, zawał pielęgnować, kamyki żółciowe hodować? No po co, zapytuję!? Należało odejść natychmiast, gdy się zrozumiało, że człowiek człowiekowi – człowiekiem. Wilków nie obrażać, wśród wilków zamieszkać, z wilkami wyć do księżyca.

Co powstrzymywało przed dumnym porzuceniem drapieżnej, ludzkiej watahy? Siła inercji? Z pewnością. Strach przed nieznanym? Niewątpliwie. Zasiane w duszy zatrute ziarno nadziei? Niestety – tak. A może też szacunek dla piękna? Gdyż, jakimś cudem, ludzie tworzą piękno: namiastkę nieosiągalnego dla nich i niewykonalnego dobra. I to piękno na jakiś czas wystarczało: zamiast wyć po lasach, słuchałem namiętnie Sonaty księżycowej. Bo czym ostatecznie różni się ona od wilczego skowytu? Tylko rafinadą formy – treść i tęsknota są dokładnie te same.

Cóż, takie półśrodki starczały, ale do czasu. Przyszedł dzień – a jakże, wiekopomny – gdy nawet przyjaciel, w kilka dni zaledwie, zmienił się w szmatę, a otaczające mnie sobkostwo, przeniewierstwa i bezmyślność – a jakże, zadowolona z siebie, że hej! – takim głazem przywaliły pierś, że wyrwać się z niej mogło już tylko przeraźliwe charczenie.

Jak długo wyłem, tego nie pamiętam, ale gdym skończył, stwierdziłem, że jestem, gdzie jestem. I dobrze, bo dobrze mi tutaj. Powoli stygłem, schłem i porosłem rzadką sierścią. Źrenice z okrągłych zmieniły kształt na soczewkowate, kły urosły – normalna rzecz, nie szkodzi. Nie obchodzi mnie przecież nic, a własny wygląd to już najmniej.

Siedzę, błękitnej kuli na niebie litościwe ślę spojrzenie. A kąsajcie wy się sami! Zagryźcie się, jeśli taka wasza wola. Ja mam spokój.

I tylko czasem uporczywie przypomina mi się coś pięknego. Raz na jakiś czas na przykład, co ze względu na okoliczności dziwić nie powinno, w zimnej i mrocznej próżni lub w bladej poświacie nucę sobie Moon River. Nawet znalazłby się tutaj kandydat na „Huckelberry frienda”, ale niestety, pożytku z niego nie ma żadnego. Zaszedł daleko, mógł wiele, znał niedostępne sekrety. Spadł z wysoka, potłukł się dotkliwie, przeto męczy się i miota, ze swym stanem niepogodzony. I będzie się tak męczyć całą wieczność. Zwą go Twardowski – żaden materiał na przyjaciela.

Ja nie spadałem, to i się nie miotam. Mam spokój. Może i mroźny, ale za to głęboki. I, pełen tego spokoju, siedzę sobie i patrzę. Za osiemnaście lat też tak będę siedział. Tylko, że wtedy błękitna kula może już być całkiem zabarwiona czerwoną posoką. I rzucać kolejnego listu nie będzie dla kogo. Ale to już nie mój problem.

Lycanthropus

 

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Redakcja i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s