Cytaty i kompilacje

Lech Milewski

…notuję równomierny postęp powieści, która w połowie lipca urosła już do XXXVII, Fitelbergowskiego, rozdziału czy też do materiałów w tym celu zebranych. Postać tego międzynarodowego agenta i symboliczna scena kuszenia samotnika przez „świat” były przewidziane już od dawna… Nie dostawało mi jedynie samej postaci, nie potrafiłem jej jeszcze wyraźnie sobie wyobrazić, lecz i pod tym wzgledem udzielono mi pomocy… pewnego dnia przy porannej kawie w mojej sypialni opowiedziałem mojej żonie o tym drobnym, a przecież uciążliwym kłopocie, przypominajacym mi dawne czasy w Bozen, kiedy nie wiedziałem, w jaki sposób uczynić z Mynheer Peeperkorna malowniczą postać – ona zaś znalazła radę. – Coś w tym rodzaju mam przecież pod ręką, trzeba tylko, abym sobie przypomniał w ogólnych zarysach naszego starego znajomego w Nowym Jorku, pana S.C., który działał dawniej w Paryżu jako agent literacki i teatralny… Oczywiście – to był on.

Tomasz Mann – Jak powstał Doktor Faustus – Czytelnik 1962.

W licznych źródłach znajduję krzepiącą dla mnie informację, że Tomasz Mann miał duże trudności w wymyśleniu oryginalnej fabuły. Rzeczywiście – Buddenbrookowie to historia własnej rodziny, Czarodziejska Góra oparta jest na własnym doświadczeniu autora kiedy to odwiedził żonę w sanatorium dr Jessena w Davos, przeziębił się a przedsiębiorczy doktor zasugerował 6-miesięczny pobyt, Józef i jego bracia to oczywiście Biblia, Doktor Faustus – wiadomo.
Wiadomość dla mnie krzepiąca gdyż większość moich wpisów na tym blogu to kompilacje z różnych źródeł.

Najpierw więc Mynheer Peeperkorn…

G. Hauptmann

Zaczynał mówić głosem dość cichym:
– Moi państwo… W porządku. Wszystko w porządku. Skoń-czone. Proszę jednakowoż wziąć pod uwagę – i nie zapominać, że… Ale nie mówmy już o tym. Tamto leży mi tak dalece na sercu, jak przede wszystkim to, że jesteśmy zobowiązani – że kategorycznym wymaganiem – powtarzam i podkreślam to wyraźnie – kategorycznym wymaganiem nam stawianym… Nie! Nie, moi państwo, nie tak! Nie, jakobym chciał… W błędzie byłby ten, kto by myślał, że ja… Skoń-czone, moi państwo! Zupełnie skończone. Wiem, że jesteśmy przecież tego samego zdania, a więc: do rzeczy!

Ostatecznie nic nie powiedział, ale głowę miał tak niepospolitą, mimikę i gestykulację tak stanowczą, przejmujacą i pełną wyrazu, że wszystkim, a nawet nasłuchującemu Hansowi Castorpowi, wydawało się, iż słyszą coś niezmiernie ważnego, lub też, jeśli nawet uświadamiali sobie brak rzeczowego, skończonego oświadczenia, nie czuli się jednak zawiedzeni.

Tomasz Mann – Czarodziejska Góra.

Znajomi Tomasza Manna, którzy pierwsi przeczytali Czarodziejską Górę od razu zapytali autora – czy powiadomiłeś o tym Gerharda Hauptmanna (na zdjęciu)?
Nie powiadomił, według niego podobieństwo było przypadkowe i bardzo fragmentaryczne. Gerhard Hauptmann był innego zdania – obraził się śmiertelnie i chyba przez dwa lata obaj nobliści ze sobą nie rozmawiali.

Oceńcie państwo sami. Oto jak Tomasz Mann wspomina prawdziwego Gerharda Hauptmanna:
Byliśmy przyjaciółmi, lecz zawsze pozostawaliśmy w oficjalnych stosunkach. Najbardziej osobliwy i zabawny moment naszej znajomości był ten, kiedy przyszło mu do głowy zaproponować mi „tykanie się” – i kiedy jednak potem z tego się wycofał. Wypił wtedy już trochę i nagle zaczął: „A więc… Niechże pan słucha!… Dobrze!… Jesteśmy przecież braćmi, prawda?… Czy nie powinniśmy zatem… Zapewne… Ale dajmy temu spokój!”

Tomasz Mann – Jak powstał Doktor Faustus – Czytelnik 1962.

Jeszcze jedno. W Doktorze Faustusie Tomasz Mann przypisał bohaterowi książki, Adrianowi Leverkühnowi, wymyślenie nowego systemu kompozycji. Był to dokładny opis systemu dwunastotonowego wynalezionego przez Arnolda Schönberga w 1921 roku.
Alma Mahler, która poznała ten fragment książki przed jej publikacją, ostrzegła autora – powinien pan uzgodnić to z kompozytorem. Tomasz Mann znowu zbagatelizował ostrzeżenie. Niesłusznie. Schönberg bardzo poważnie się obraził i rozważał skierowanie sprawy do sądu, obawiając się, chyba słusznie, że dzieło Tomasza Manna zyska znacznie większą popularność niż jego muzyka i jego autorstwo systemu dwunastotonowego może być zapomniane. Ostatecznie uznał, że lepiej obrócić całą sprawę w żart i opublikował krótki esej, w którym opisał, jak to wpadł na pomysł dodekafonii dzięki radom bohatera książki, która nie została jeszcze napisana.
W angielskim (i polskim) wydaniu Doktora Faustusa umieszczono napisane przez Tomasza Manna wyjaśnienie genezy dodekafonii.

Po tych wszystkich wstępach przejdźmy wreszcie do XXXVII, fitelbergowskiego, rozdziału…

Na próg wyszła na nasze spotkanie pani Schweigestill z wizytówką w ręce, przemawiając ściszonym z przerażenia głosem. Zakomunikowała nam, ze przyjechał jakiś „człek światowy” – a określenie to wypowiedziane szeptem jako pospieszny opis kogoś kto właśnie wszedł do domu, wydało mi się dziwacznie upiorne i sybilliczne. Może dla wyjaśnienia tego pretensjonalnego epitetu nazwała pani Elza czekającego na nas przybysza „cudakiem”. Nazwał ją „szer madam”, a potem „petite maman”, a Klementynę uszczypnął w policzek…
Z nieufną miną obejrzeliśmy wizytówkę, udzielającą wszelkich potrzebnych informacji o jej właścicielu. „Saul Fitelberg, Arrangements musicaux. Representant de nombreux artistes prominents”
Był to tłusty człowiek lat około czterdziestu, bez brzuszka, ale tłusty i miękkich kształtów, o białych pulchnych rękach, gładko wygolony, krągłolicy, z podwójnym podbródkiem, mocno zarysowanymi, łukowatymi brwiami i wesołymi migdałowymi oczami, pełnymi śródziemnomorskiego blasku zza rogowych okularów…
Epitet, jakim go obdarzyła matka Schweigestill, usprawiedliwiała pogodna beztroska jego sposobu bycia, owa przyjemna lekkość, właściwa zarówno jego szybkiemu, z lekka niewyraźnemu, zawsze dość wysokiemu, w dyszkant niekiedy przechodzącemu głosowi, jak i całej osobie, stanowiąc pewien kontrast z jego otyłością, lecz także jakoś harmonijnie się z nią łącząc. Lekkość tę, która weszła mu w krew, nazywam przyjemną, ponieważ istotnie napawała obecnych komicznie uspokajającym uczuciem, że całkiem zbytecznie traktują życie ze śmiertelną powagą. Jakby chciała wyrazić zawsze: „A czemuż by nie? No i co dalej? To nic nie znaczy! Bądźmy zadowoleni!” I człowiek mimo woli usiłował poddać się temu nastrojowi.

– Maître – powiedział – rozumiem całkowicie, jak bardzo musi być pan przywiązany do tej stylowej samotni, którą sobie pan obrał za mieszkanie – o, widziałem już wszystko, wzgórze, jezioro, wieś kościelną, et puis, cette maison pleine de dignité avec son hotesse maternelle et vigourese. Madama Schweige-still! Mais ça veut dire: Je sais me taire. Silence, silence! Comme c’est charmant!
Jak długo pan już tu mieszka? Dziesięć lat? Bez przerwy? Prawie bez przerwy? C’est ètonnant! O, całkiem zrozumiałe! A jednak, figurez-vous, przyjechałem, aby pana porwać, uwieść i namówić do chwilowej niewierności, unieść pana w przestworza na latającym dywanie i ukazać panu bogactwa i wspaniałości tego świata, więcej nawet: złożyć je panu do stóp… Niechże pan wybaczy mój pompatyczny styl! Jest on istotnie ridiculement exagèrè, zwłaszcza co się tyczy „wspaniałości”. W istocie nic to wielkiego – nic właściwie osobliwego w owych wspaniałościach, – stwierdzam to będąc przecież sam dzieckiem prostych ludzi wywodzących się z nader skromnych, żeby nie rzec nędznych warunków, – mianowicie z Lublina, z centrum Polski, z naprawdę ubogiej żydowskiej rodziny, – bo trzeba panu wiedzieć, że jestem Żydem – Fitelberg to wyraźnie liche, polsko-niemiecko-żydowskie nazwisko, tylko że uczyniłem je nazwiskiem cenionego bojownika awangardowej kultury i, chyba wolno mi to powiedzieć, przyjaciela wielkich artystów. A przyczyną tego jest, że od młodości dążyłem ku temu co wyższe, artystyczne, zajmujące – ku nowemu przede wszystkim, które jest jeszcze czymś skandalicznym, lecz godnym szacunku i pełnym widoków na przyszłość skandalem, który już jutro stanie się czymś najwyżej opłacanym, wielką modą, sztuką. A qui le dis-je? Au commencement etait le scandale. (…)
Proszę panów, straszliwie odbiegłem od tematu. Ale znaczy to: odbiegłem od mego zamiaru. Niechże panowie zechcą gadatliwość moją przypisać temu, że zrezygnowałem z planu, ktory mnie tu sprowadził! Przekonałem się, że plan ten jest niewykonalny. Pan, maître, nie wstąpi na mój czarodziejski dywan. Nie wprowadzę pana w świat jako pański manager. Odmawia pan, a to powinno być dla mnie większym rozczarowaniem, niż jest w istocie. Sincerement, zadaje sobie pytanie czy nim jest w ogóle. (…)
Zapewne pan nie wie, maître, jak bardzo niemiecka jest ta pańska répugnance, która, jeśli mi pan pozwoli przemówić jako psycholog, w sposób charakterystyczny składa się z dumy i poczucia niższości, z pogardy i lęku, – która, rzec chciałbym, jest pewnego rodzaju ressentiment powagi wobec światowych salonów. No cóż, ja jestem Żydem, trzeba panu wiedzieć – Fitelberg to uderzająco żydowskie nazwisko. Mam we krwi Stary Testament, a to sprawa nie mniej poważna od niemieckości, – i w gruncie rzeczy nikłe stwarzająca dyspozycje dla sfery valse brillante. Wprawdzie istnieje niemiecki przesąd, że na zewnatrz egzystuje jedynie valse brillante, a powaga wyłącznie w Niemczech. A jednak, jako Żyd, jest się w zasadzie sceptycznie usposobionym do świata, a przychylnie do Niemiec, oczywiście pod groźbą narażenia się na kopniaki z racji tej skłonności. Niemieckość to znaczy przede wszystkim: poczucie narodowe – a któż wierzy w poczucie narodowe Żyda? Nie tylko, że nikt nie wierzy, – w dodatku daje mu się parę razy po głowie, jeśli natrętnie będzie tego próbował. My, Żydzi, musimy bać się wszystkiego, co składa się na charakter niemiecki, qui est essentiellement antisemitique, – co, oczywiscie jest dla nas już wystarczającym powodem do trzymania się świata, dla którego organizujemy rozrywki i sensacje, nie narażając się na zarzut, że jesteśmy lekkoduchami albo, że upadliśmy na głowę. Potrafimy doskonale rozróżnić Fausta Gounoda od Fausta Goethego, nawet wówczas gdy mówimy po francucku, nawet wtedy…
Proszę panów, mówię to wszystko jedynie wskutek rezygnacji, rozmowę o interesach już przecież zakończyliśmy, właściwie już mnie nie ma, już trzymam rękę na klamce, już od dawna wszyscy stoimy, – gawędzę jeszcze tylko pour prendre conge (…) Czyż my, Żydzi, którzy jesteśmy narodem kapłańskim, nawet wówczas gdy uprawiamy minoderię po salonach paryskich, mielibyśmy nie odczuwać pociągu do niemieckości i nie pozwalać się przez nią wprawiać w ironiczny stosunek wobec świata i sztuki dla małych przyjaciółeczek? Z naszej strony poczucie narodowe byłoby wręcz prowokującą do pogromu bezczelnością. Jesteśmy internacjonalistami – lecz jesteśmy proniemieccy jak nikt na świecie, choćby dlatego, że musimy nieustannie stwierdzać podobieństwo roli, jaką odgrywa niemieckość i żydowskość na tym świecie. Une analogie frappante! Jednako są one znienawidzone, wzgardzone, przyjmowane z lękiem i zazdrością, jednakowo wprawiają w zamieszanie innych i siebie. Mówi się o erze nacjonalizmu. Ale w rzeczywistości istnieją tylko dwa nacjonalizmy: niemiecki i żydowski, a wszystkie inne są wobec nich dziecinną igraszką – tak rdzenna francuskość takiego Anatola France’a jest najczystszej wody światowością w porównaniu z samotnością Niemców i żydowskimi majaczeniami o narodzie wybranym… France – oto nacjonalistyczne nom de guerre. Niemiecki pisarz nie mógłby nazywać się Deutschland, tak można nazwać co najmniej okręt wojenny.
Musiałby się zadowolić nazwiskiem Deutsch a wtedy byłoby to żydowskie nazwisko – oh, la, la!

Tomasz Mann – Doktor Faustus.

PS1. Deutschland – okręt wojenny – poniżej krążownik o tej nazwie…

Deutschland

PS2. „Musiałby się zadowolić nazwiskiem Deutsch, a wtedy byłoby to żydowskie nazwisko – oh, la, la!”
Zgadza się:
– Otto Erich Deutsch – austriacki muzykolog, autor katalogu utworów Schuberta – KLIK.
– André Deutsch –  wydawca książek – KLIK.
Oh, la, la!

PS3. S.C. – pierwowzór Saula Fitelberga.

solhurok

Nie znalazłem żadnych wskazówek kto to mógł być. Podsunę więc własną fantazję – Sol Hurok – KLIK.

Prawdę mówiąc to nic się nie zgadza: ani pierwsza litera nazwiska, ani okulary – nie są rogowe, nie urodził się w Polsce, nie działał w Niemczech.
Ale Mannowi potrzebny była tylko zewnętrzna oprawa: wygląd, sposób poruszania się, sposób mówienia. Co Saul Fitelberg ma mówić to Tomasz Mann wiedział jeszcze zanim go poznał.

Advertisements

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Lech Milewski i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s