Z cyklu: losy książek

Ewa Maria Slaska

Książki z mojej biblioteki

Moja biblioteka ma to do siebie, że mimo najstaranniejszej selekcji i usuwania zbędnych książek, tych przeczytanych (tylko raz i nigdy więcej!) i tych nie przeczytanych, wciąż rośnie. Gdy się wyprowadzałam z poprzedniego, dużego, mieszkania do tego, gdzie obecnie mieszkam, a które jest o połowę mniejsze, oddałam zgodnie z zasadami matematyki stosowanej połowę książek. Poszły do znajomych i przyjaciół, a resztę – wraz z połową regałów Billy – zabrał samochód dostawczy instytucji, która nazywa się Büchertisch czyli po prostu Stół z Książkami, i która te książki rozdaje w różnych miejscach, gdzie godne to jest i sprawiedliwe, słuszne i zbawienne, żeby rozdawać książki za darmo, na przykład w szpitalach, biurach opieki społecznej, szkołach… Tę pozostałą przy mnie połowę książek przywiozłam do nowego mieszkania, gdzie okazało się, że zastosowałam złą matematykę, nieważne czy stosowaną czy nie, i połowę książek musiałam wstawić w kartonach do piwnicy. Nie umiałam na bieżąco ocenić, które kartony wnosić na czwarte piętro, a które znosić do piwnicy, i dziś nie wiem nawet, co tam mam. Zresztą gdy patrzę na półki domowej biblioteczki, to przyznaję, że i tu nie do końca wiem, co mam.

2berlinskieksiazkimamaWiem tylko, że na samej górze stoją stare książki, kupowane przez moich rodziców za grosze tuż po wojnie. Bo książki wtedy kosztowały grosze, co było częścią peerelowskiego programu oświatowego. Ich charakterystyczną cechą jest dziś kolor, po 70 czy 60 latach wszystkie są szarobure. Chyba nigdy do nich nie sięgam, a mimo to nie miałabym serca, żeby je wyrzucić. Moi młodzi rodzice, biedni jak myszy kościelne, odejmowali sobie od ust, żeby je kupić, bo nawet jeśli kosztowały grosze, to jednak kosztowały…2berlinskieksiazki-mamatata

 

Mam natomiast w biblioteczce coraz więcej książek „z historią” i coraz bardziej je cenię. Pisałam już kilkakrotnie o takich książkach, o uratowanych z płomieni Kamieniach na szaniec, czy o znalezionych na ulicy kartkach książek, które potem kupiłam, jak Verdammt starke Liebe Lutza van Dijka czy Die Stadt hinter dem Strom Hermanna Kassacka.

Dziś kolejne dwie takie książki. BUtterfield 8 Johna O’Hary przyniosłam kilka dni temu z Büchertisch w Ratuszu Kreuzberg, Milczenie morza Vercorsa „znalazła” na półce w mieszkaniu naszych dzieci (regał Billy, a jakże) moja „współteściowa”. Dla wyjaśnienia zapis tytułu BUtterfield nie jest literówką, tak od 16 grudnia 1930 roku zapisywano numery centralne urzędów w Nowym Jorku. Numer składał się z nazwy dzielnicy, w której dwie pierwsze litery pisane były jako wielkie, oraz kolejnego numeru; w przedwojennej Warszawie byłby to więc np. MOkotów 21 dla Szkoły Głównej Handlowej).
X
ohara-vercors

BUtterfield zainteresował mnie ze względu na amerykańskie pieczątki na frontyspisie. Lonia czyli artystka-plastyk Longina Poterek, mama mojej synowej, przyjechała na święta do Berlina, wyjęła z półki pierwszą lepszą książkę i zobaczyła na stronie tytułowej podpis właściciela – człowieka, którego znała.

Obie książki były czyjąś własnością i właściciel tę własność wyraźnie zaznaczył.

2berlinskieksiazkifronty O’Hara został wydany w roku 1935, Vercors w 1956. 

John O’Hara należał do biblioteki wojsk amerykańskich Army Library w Garlstedt, potem do  biblioteki naukowej w Poczdamie (Wiss. Allgemeinebibliothek), następnie do Biblioteki Miejskiej i Krajowej, przy czym chodzi o kraj związkowy czyli tzw Land Brandenburgia (SLB – Stadt- und Landesbibliothek Potsdam), gdzie wchodził w skład księgozbioru Amerika-Bibliothek.  Kiedyś go „wysortowano” czyli usunięto, co zaświadcza kolejna pieczątka, jednak nie ma tam daty, kiedy tego dokonano.

Garlstedt to miasto w Dolnej Saksonii, gdzie w latach 70 zbudowano garnizon dla 200 żołnierzy okupacyjnej armii amerykańskiej (na fotografii powyżej). Dla tych, którzy są za młodzi, żeby pamiętać: Niemcy do roku 1992 znajdowały się pod okupacją aliantów, czyli wojsk, które zwyciężyły w II wojnie światowej: USA, Wielkiej Brytanii, Francji i Związku Radzieckiego. Na terenie sowieckiej strefy okupacyjnej powstało państwo zwane NRD, pozostałe trzy strefy utworzyły RFN. W wojsku amerykańskim w Niemczech służył w latach 1958-1960 Elvis Presley, już jako znany muzyk. Tu poznał swoją pierwszą żonę, Priscillę, z którą wziął ślub w roku 1967.

Okupacja obejmowała oczywiście również Berlin. Gdy przyjechałam w roku 1985 do Berlina, mieszkałam najpierw w strefie francuskiej, a potem angielskiej. Teoretycznie wciąż jeszcze obowiązywała w tym mieście godzina policyjna – była „zawieszona”, ale bez trudu można ją było w każdej chwili „odwiesić”. Teoretycznie musieliśmy zawsze mieć przy sobie paszport, dowód lub inny dokument ze zdjęciem. Zanim wolno było człowiekowi złożyć podanie o azyl polityczny, trzeba było całkiem praktycznie i zgoła nie teoretycznie, udać się na przesłuchania do aliantów.

***

Właścicielem Milczenia morza był najpierw Fr(anciszek) Burkiewicz, który nabył tę książkę od razu w roku wydania i zapisał to pod zamaszystym podpisem. Podpis jest wykonany atramentem, który rozlewa się na miękkim peerelowskim papierze. W roku 1989 książkę nabyła w antykwariacie B. Kozica, która przekreśliła ołówkiem podpis Burkiewicza i sama się podpisała, też dodając rok nabycia.

Ciekawe, że Burkiewicz, poznański grafik, autor exlibrisów, tej książki nie oznakował exlibrisem, tylko ją podpisał. Znałam go, powiedziała Lonia podczas noworocznej partyjki scrabble’a, nie osobiście, ale często go widywałam w klubie ZPAP (Związku Polskich Artystów Plastyków) na Starym Rynku.  Był w wieku moich profesorów licealnych. Zawsze w jasnopopielatym garniturze i białej koszuli. Schludny, nienaganny.

Internet pozwala uzupełnić te informacje i wtedy dowiaduję się, że związany z Poznaniem Burkiewicz urodził się w Berlinie! Przyjechał do Poznania jako dziecko w roku 1920.

Była to więc zapewne rodzina tzw. optantów. Po I wojnie światowej rodziny polskie w Niemczech podobnie jak rodziny niemieckie w Polsce uzyskały tzw. opcję wyboru obywatelstwa i miejsca zamieszkania. W ściśle określonym czasie – teoretycznie zgodnie z Traktatem Wersalskim w dniach od 10 stycznia 1920 roku do 10 stycznia 1922 roku (w praktyce bywało różnie) – rodziny polskie mogły się zadeklarować jako polskie i powrócić do wyzwolonej ojczyzny, lub też wybrać opcję niemiecką i pozostać w Niemczech. Anna Poniatowska, badaczka dziejów Polaków w Berlinie, pisze, że ok. 10% Polaków w Berlinie wybrało opcję polską.
Często było tak, że część rodziny wyjeżdżała do Polski, część zostawała.

Franciszek Burkiewicz urodził się w roku 1910, zmarł w roku 2002. W latach 1925-1930 pobierał nauki w Państwowym Seminarium Nauczycielskim im. E. Estkowskiego, studiował w Państwowej Szkole Sztuk Zdobniczych i Przemysłu Artystycznego w Poznaniu, gdzie w roku 1935 uzyskał absolutorium na Wydziale Grafiki u prof. J. Wronieckiego. Studia kontynuował na Akademii Sztuk Pieknych w Warszawie (absolutorium 1939 r., dyplom w 1947 r.)

Patrzę na te daty i myślę, że mógł się znać z Mamą, która zaczęła studia na ASP w Warszawie w roku 1945. W końcu oboje studiowali grafikę.

Podczas studiów był stypendystą Funduszu Kultury Narodowej Prezydium Rady Ministrów (1936-1939). W czasie wojny pracował w „Deutsche Reichsbahn”, po wojnie powrócił do pracy w zawodzie. Na PWSSP wykładał liternictwo, grafikę użytkową, drzeworyt i rysunek. W latach 1963-1965 był dyrektorem Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych. Po roku 1965 był już tylko grafikiem uprawiającym wolny zawód, udzielał się jednak czynnie w ZPAP. (Jak Mama, myślę, która nigdy nie pracowała na etacie, ale działała w Oddziale Gdańskim Związku, w sekcji grafiki). Burkiewicz brał udział w 377 wystawach w Polsce i na świecie, w tym 45 indywidualnych; otrzymał ponad 40 nagród i wyróżnień. Uprawiał drzeworyt, linoryt i rysunek. Był pejzażystą, pod koniec życia uprawiał fantastykę i abstrakcję. Przedstawia życie w wodach i dolinach aż po góry i dalekie horyzonty pełne chmur i powietrza. Wszystko przenika dziwnym światłem, dającym atmosferę niesamowitości i tajemnicy, pisze krytyk Jan Mulczyński. Stosuje monotypie, które powstałe na zasadzie przypadku i dowolnego wyboru stanowią pretekst do budowania nowych jakości między bielą i czernią. Z monotypii wyrastają często pierwsze kształty, najpierw abstrakcyjne, dalej przechodzące w bardziej realne, by znowu zerwać z nimi i kontynuować abstrakcyjny wątek; najczęściej zlewają się z rysunkiem w jednolitą całość.

***

Tyle na dziś o tych dwóch książkach. Można by jeszcze mnóstwo o nich opowiedzieć,  a zwłaszcza o ich autorach. A zwłaszcza o Vercorsie. Obie powieści właśnie (jednocześnie) czytam, jedną po angielsku, drugą po polsku. Obie należą do kanonu obowiązkowej literatury światowej. Obie są świetne. Polecam.

Advertisements

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Ewa Maria Slaska i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s