19 stycznia 1888 roku

Lech Milewski

Conrad w Australii

Osoba, którą zatrudniłem, to Mr Conrad Korzeniowski, posiadający uprawnienia kapitana statku. Ma dobre referencje z kilku statków, na których wypłynął z tego portu. Ustaliliśmy wynagrodzenie £ 14 na miesiąc licząc od dnia przyjazdu do Bangkoku. Na statku ma mieć zapewnione wyżywienie i wszelkie potrzebne przybory nawigacyjne. Jego przejazd z Singapuru do Bangkoku będzie opłacony z kasy statku. Również po przybyciu do Melbourne, jeśli jego kontrakt nie zostanie przedłużony, właściciel statku opłaci mu kabinę na statku do Singapuru.

Henry Ellis – Kapitan Portu Singapur – 19 stycznia 1888 roku
Źródło – Zdzisław Najder – Joseph Conrad: A Life.
Tłumaczenie wszystkich cytatów – autor tego wpisu.

W roku 1888 31-letni Joseph Conrad miał za sobą 15 lat żeglugi jednak nigdy dotąd nie pełnił funkcji kapitana statku.

Już w wieku lat 13 zamieszkały wtedy w Krakowie Józef Korzeniowski wyraził chęć pracy na morzu. Intelektualnie chłopiec był rozwinięty ponad swój wiek, jednak słabe wyniki w nauce nie rokowały dużych szans na uzyskanie wyższego wykształcenia, i jego opiekun – wujek, Tadeusz Bobrowski – uznał że kariera marynarza, być może połączona z prowadzeniem jakiegoś byznesu, jest dobrym rozwiązaniem.
W roku 1874 16-letni Józef został wysłany do Francji gdzie przez cztery lata pływał na statkach, głównie na trasach do francuskich kolonii na wybrzeżu Ameryki (Martynika, Haiti). Po trzech latach okazało się, że jako obywatel rosyjski musi posiadać specjalne zezwolenie konsulatu Rosji na pracę we francuskiej marynarce. Ponieważ był w wieku poborowym, było pewne, że takiego pozwolenia nie dostanie.
Nie pozostało nic innego jak przenieść się do Anglii (czerwiec 1878) i ubiegać się o obywatelstwo brytyjskie.
W Anglii kontynuował pracę na morzu przechodząc kolejno wszystkie stopnie kariery żeglarza (1880 – drugi oficer, 1884 – pierwszy oficer, po zdaniu egzaminu poprawkowego) i ostatecznie zyskujac uprawienia kapitańskie (listopad 1886, również dopiero za drugim podejściem). W sierpniu 1886 roku uzyskał obywatelstwo angielskie. Jednak na objęcie funkcji kapitana musiał jeszcze poczekać.

Tylko młodzi miewają takie chwile. Nie mówię o bardzo młodych. Ci w ogóle nie dostrzegają poszczególnych chwil. Przywilejem wczesnej młodości jest sięganie poza teraźniejszość – cudowna ciągłość nadziei, nie znającej przerw ani zagłębiania się w siebie. Ledwo zamkniesz za sobą furtkę dzielącą cię od wieku chłopięcego, a już wkraczasz w zaczarowany ogród. Nawet cienie jarzą się tu od obietnic… A czas biegnie, biegnie, aż… dostrzeżesz smugę cienia ostrzegającą, że krainę wczesnej młodości również musisz pozostawić za sobą. To okres życia, w którym takie chwile o jakich mówię mogą nadejść. Jakie chwile? Chwile nudy, znużenia, niezadowolenia. Chwile nierozwagi. Mam na myśli chwile kiedy młodzi są skłonni popełnić nieprzemyślane czyny – ożenić się nagle, porzucić pracę bez powodu.

Joseph Conrad – Smuga Cienia

Taka chwila przytrafiła się Conradowi nie raz. Chyba najbardziej dramatyczna jeszcze we Francji – nieudana próba samobójstwa w wielu 20 lat.

W styczniu 1888 roku Conrad miał już prawie 31 lat, a jednak po przybyciu do Singapuru na statku Vidar, na którym pełnił funkcję pierwszego oficera, bez podania powodu złożył rezygnację.
Zamieszkał w Domu Oficera i czekał na okazję powrotu do Anglii. Bardzo niechętnie uległ prośbom przyjaznego mu kapitana i zajrzał do Biura Portu, Tam otrzymał ofertę stanowiska kapitana na niewielkim żaglowcu Otago…

Ship! My ship, jak piękna dziewczyna, absolutnie moja (*). Była moja, bardziej moja niż cokolwiek na świecie; przedmiot odpowiedzialności i poświęcenia. Czekała na mnie, zaklęta, niezdolna wykonać ruch, wydostać się na świat (dopóki ja się nie pojawię), jak zaczarowana księżniczka. Jej wezwanie przyszło do mnie z jakby chmur. Nigdy nie podejrzewalem jej istnienia, nie wiedzialem jak wygląda, ledwie usłyszałem jej imię a przecież byliśmy nieodwracalnie złączeni na jakiś czas naszej przyszłości, płynąć lub utonąć razem!

Joseph Conrad – Smuga Cienia.

Natychmiast wsiadł na statek do Bangkoku. Wpływając do portu miał okazję zobaczyć swoje przeznaczenie – żaglowiec Otago…

Otago bark 1869

Na pierwszy rzut oka zobaczyłem, że była statkiem wyższej klasy, stworzeniem harmonijnym w konturze ciała, w proporcjach wysokości. Jakikolwiek jej wiek czy historia, zachowała ślad swego pochodzenia. Była jednym z tych stworzeń, które dzięki projektowi i wykończeniu nie będą nigdy wyglądały staro. Pomiędzy towarzyszami przycumowanymi do molo, wszystkie większe od niej, wyglądała jak stworzenie lepszej rasy – Arabska klacz pomiędzy końmi pociągowymi.

Joseph Conrad – Smuga Cienia.

Żegluga do Singapuru (800 mil morskich) trwała aż 3 tygodnie.
Dlaczego tak długo?
Po pierwsze formalności przekazania statku nowemu kapitanowi gdyż poprzedni poprzedni kapitan, John Snadden, który był równocześnie współwłaścicielem statku, zmarł podczas ostatniego rejsu. Zajęło to prawie 2 tygodnie. Po drugie stan zdrowia załogi. Kilku marynarzy było chorych na malarię i potrzebna była wymiana. Po trzecie wreszcie bardzo słaby wiatr.

W Smudze Cienia nad statkiem ciąży fatum poprzedniego kapitana, który w napadzie szału najpierw wyrzucił za burtę swe skrzypce, a gdyby mógł pogrążyłby swój statek na dno. Przeszkodziła mu w tym śmierć, lecz teraz nęka statek i jego załogę absolutnym brakiem wiatru i malarią.
W książce na malarię rozchorowała się cała załoga prócz kapitana i stewarda, którzy nadludzkim wysiłkiem doprowadzają statek do Singapuru.

Gazeta w Singapurze podała nazwisko kapitana jako Korgemourki.

7 maja 1888 sydneyski Morning Herald powiadomił o przybyciu statku: Otago, 345 ton, kapitan Konkorzentowski.

Właściciel statku zdecydował zatrzymać Conrada jako kapitana i 7 lipca Otago pożeglował z ładunkiem pszenicy do Melbourne.
Tu nastąpił przymusowy 4-tygodniowy postój spowodowany dysputą miedzy związkiem zawodowym marynarzy i stowarzyszeniem właścicieli statków.

Australijskie związki zawodowe – nie mogę powstrzymać uśmiechu 🙂
Wzmianki (bardzo krytyczne) o ich sile i akcjach napotykam we wspomnieniach wielu słynnych osób, które odwiedziły Australię. Poczynając od Conrada, poprzez Paderewskiego, na Arturze Rubinsteinie kończąc.

Następna podróż to żegluga na Mauritius z ładunkiem nawozów, mydła i łoju.
Tutaj Conrad, być może mając w pamięci niezdane egzaminy, postanowił wypróbować swoje umiejętności nawigacyjne – zaproponował właścicielom, że zamiast standardowej trasy – na zachód wzdłuż południowego wybrzeża Australii – popłynie na północ a następnie przez Cieśninę Torresa na Ocean Indyjski. Była to trasa dłuższa i bardziej niebezpieczna, ale szybsza. Właściciele wyrazili zgodę. Podróż minęła bez większych przygód, ale trwała dłużej niż oczekiwano. Na Mauritius dopłynął 30 września 1888.

Pobyt na wyspie przedłużył się do dwóch miesięcy z powodu trudności ze znalezieniem odpowiedniego ładunku.
J. Conrad relacjonuje pobyt na Mauritius w książce A Smile of Fortune. Wspomina tam o zainteresowaniu głównego bohatera młodą dziewczyna – Alice – córką agenta portowego Jacobusa, posiadacza pięknego ogrodu różanego…

Uwielbiałem oglądać jej powolne ruchy, pozwalające docenić zgrabny kształt ciała, obserwować tajemnicze spojrzenie jej wspaniałych czarnych oczu, pół zamkniętych, kontemplujących pustkę. Była jak istota zaczarowana z czołem bogini koronowanym przez zaniedbane wspaniałe włosy cygańskiej włóczęgi. Nawet jej obojętność była kusząca. Czułem do niej rosnące przywiązanie połączone z nierealnym pożądaniem, bo głowa mówiła – dość.

Joseph Conrad – Uśmiech szczęścia.

Rzeczywiście w Port Louis był dom z różanym ogrodem, mieszkał w nim agent okrętowy z córką – Alice (Shaw), ale to nie ona zainteresowała Conrada.

Doskonała znajomość francuskiego otworzyła mu drzwi wielu domów zamieszkałych przez elitę wyspy – głównie potomków dawnych francuskich kolonizatorów…

…potomkowie dawnych kolonizatorów: wszyscy szlachetnie urodzeni, wszyscy zubożali, pędzący marną egzystencję w stanie nudnego, dostojnego rozkładu.

Joseph Conrad – Uśmiech szczęścia.

Tam spotkał panny Renouf. Rodzina Renouf przechowała odpowiedzi Conrada na pytania w żartobliwej ankiecie. Ankieta była zredagowana w języku francuskim. Conrad, być może z przekory, napisał odpowiedzi po angielsku:
– Quel serait votre rêve de bonheur (jaki byłby twój sen o szczęściu)?
Nie śnię, chcę rzeczywistości.
– W jakim kraju byś zamieszkał?
Nie wiem. Może w Laponii.
– Gdzie mieszkałaby osoba zaprzątająca twoją uwagę?
W zamku w Hiszpanii.
– Co jest twoją ulubioną rozrywką?
Gonienie dzikich gęsi.
– Myślisz, że już kochałeś?
Odmawiam odpowiedzi.
– Twoja dewiza.
— brak odpowiedzi–
– Twoje imię?
J.C.K.

Ta odmowa odpowiedzi może być tłumaczona jako swego rodzaju deklaracja. Słusznie. Kilka dni przed opuszczeniem Mauritius Conrad zwrócił się do starszego z braci Renouf, Gabriela, z prośbą o rekę jego siostry Eugenii. Dziwne, że nie wiedział, że Eugenia była już zaręczona z miejscowym aptekarzem.
Po otrzymaniu odmowy nie odwiedził już domu państwa Renouf, zamiast tego napisał uprzejmy list do Gabriela Renouf, powiadamiając, że nigdy nie wróci na Mauritius i że w dniu wesela jego myśli będą z nowożeńcami.

Starał się o rękę zaręczonej panny?
Jedyne wytłumaczenie jakie przychodzi mi do głowy, to jakaś bariera między ludźmi morza i kobietami.

A jak to wygląda w Uśmiechu Szczęścia?
…pierwszy pocałunek jaki złożyłem na jej ustach był gwałtowny jak ukąszenie. Nie opierała się a ja nie poprzestałem na jednym pocałunku… jej duże, czarne, szeroko otwarte oczy patrzyły w moje oczy bez oznak gniewu lub satysfakcji lub jakiegolwiek uczucia. W tym spojrzeniu, które wydawało się bezosobowo obserwowac moje szaleństwo, mogłem wyczuć pewne zaskoczenie, nic wiecej. Zasypywałem ją pocałunkami i mogłoby się zdawać, że będzie to trwało bez końca… wyślizgnęła się z moich objęć i wybiegła z werandy, niezbyt wdzięcznie, wydawało się, że nieco kuleje…
… w drzwiach do pokoju stał Jacobus (ojciec). Jak długo tu był… może ta niezgłębiona dziewczyna usłyszała go i uciekła w porę…
…patrzył uparcie na podłogę. Podążyłem za jego wzrokiem. W absolutnej ciszy patrzyliśmy na pantofelek, który dziewczyna zgubiła podczas ucieczki.

Joseph Conrad – Uśmiech Szczęścia

Kopciuszek?

Dyrektor firmy czarterującej Otago wspomina Conrada:
Nieco poniżej średniego wzrostu, o silnych i bardzo mobilnych rysach przechodzących bardzo gwałtownie z delikatnosci do graniczącego z gniewem podniecenia.

Otago z ładunkiem cukru opuściło Port Louis 22 listopada i dotarło do Melbourne 5 stycznia 1889 roku. Tu zastał list od wujka (T. Bobrowskiego), który wspomina o swoim kiepskim stanie zdrowia i nalega na intensyfikację starań o pozbycie się rosyjskiego obywatelstwa, co było koniecznym warunkiem przyjazdu w rodzinne strony.

Następne dwa miesiące Conrad spędził prowadząc Otago na krótkich rejsach u wybrzeży Australii, a 26 marca, po doprowadzeniu statku do Adelajdy, zrezygnował z pracy.

Zanim Joseph Conrad opuści Australię rozejrzę się za jego śladami.
Brak. A w książkach?
Też nie. Wspomnę więc jego relacje o dwóch Australijczykach.

Pierwszy to kapitan statku Patna…

Wy, Anglicy, wszyscy jesteście łobuzy – ciągnął mój patriotyczny Australijczyk z Flensborgu (chodzi zapewne o Flensburg na granicy niemiecko-duńskiej), czy może Szczecina. Naprawdę nie pamiętam, jakiż to szlachetny port na bałtyckim wybrzeżu splamił się będąc gniazdem tak cennego ptaka.

Joseph Conrad – Lord Jim – tłumaczenie Michał Filipczuk.

Drugi to przedsiębiorca szukający nadzorcy na atolu bogatym w guano…

– Człowiek za burtą – odezwał sie za mną czyjś głęboki głos. Odwróciwszy się ujrzałem faceta, którego trochę znałem, Australijczyka z Zachodu, nazywał się Chester…
Mam zamiar zaproponować mu dobrą forsę… kompletnie nic do roboty, pas z dwoma sześciostrzałowcami… chyba nie będzie się bał, że tych czterdziestu kulisów wytnie mu jakiś numer – mając dwie pukawki i będąc tam jedynym uzbrojonym człowiekiem… Chcę żebyś pan pomógł mi go przekabacić. – Nie – krzyknąłem… z taką wściekłością, jakby domagał się ode mnie udziału w morderstwie.

Joseph Conrad – Lord Jim – tłumaczenie Michał Filipczuk.

2 kwietnia 1889 (22 marca według rosyjskiego kalendarza) Senatskiie Viedomosti w Petersburgu podały informację: Ministerstwo Spraw Wewnętrznych zwolniło syna polskiego literata, kapitana w angielskiej marynarce handlowej, ze statusu rosyjskiego poddanego.

Przez kilka miesiecy Conrad żył z oszczędności. Wujek T. Bobrowski podwyższył mu nieco pensję. Próby znalezienia zatrudnienia były nieudane. Jego osiągnięcia zawodowe nie były imponujace. Większość żeglarzy w jego wieku dowodziło znacznie większymi statkami. Wygląd i silny obcy akcent nie pomagały.

Jesienią 1889 roku znalazł sobie inne zajęcie – zaczął pisać swą pierwszą książkę – Szaleństwo Almayera.
Nie mogąc znaleźć pracy w Anglii Conrad postanowił spróbować szczęścia na kontynencie. Pierwsze kroki skierował do Belgii. Tu poproszono go o cierpliwość. Wreszcie była możliwość odwiedzenia rodzinnych stron.
Po pokonaniu wielu trudności w uzyskaniu rosyjskiej wizy, w lutym 1890 roku Conrad, przybył do Warszawy, a stamtąd pojechał do rodzinnej Kazimierzówki.

29 kwietnia wrócił do Brukseli wstrząśniętej wiadomością o śmierci duńskiego kapitana Johannesa Freisileben, dowódcy parowca Florida, zamordowanego przez tubylców w Kongo…

… usłyszałem, że powodem kłótni było nieporozumienie w sprawie dwóch kur. Tak, dwóch czarnych kur. Fresleven – takie było jego nazwisko, Duńczyk – uznał się za oszukanego i zszedł na brzeg gdzie zaczął tłuc kijem szefa wioski. O, wcale mnie nie zdziwiło gdy usłyszałem jednocześnie opinię, że Fresleven był najdelikatniejszym, najspokojniejszym stworzeniem, jakie kiedykolwiek poruszało się na dwóch nogach. Bez wątpienia był, ale już dwa lata spedził tutaj, w służbie szlachetnej sprawy, rozumiecie, i zapewne poczuł potrzebę potwierdzenia w jakiś sposób szacunku dla samego siebie. Dlatego tłukł starego Murzyna bezlitośnie, otoczony przez oniemiały tłum, dopóki ktoś – powiedziano mi, że syn szefa wioski – na próbę dziabnął białego człowieka dzidą – a ta oczywiście przeszła całkiem gładko między jego łopatkami.

Joseph Conrad – Jądro ciemności.

Conrad dostał propozycję zajęcia jego stanowiska.
Znowu dowództwo statku, i znowu jest to statek, którego kapitan zmarł.
Ale to już zupełnie inna historia.

(*) The ship – moja dziewczyna. W języku angielskim statek (ship) jest rodzaju żeńskiego. Z cytowanych tekstów J. Conrada widać, że bardzo słusznie. Szczególnie w odniesieniu do żaglowców.

Źródła:

Zdzisław Najder – Joseph Conrad: A Life.
Joseph Conrad – The Shadow-Line – Smuga Cienia.
Joseph Conrad – A Smile of Fortune – Uśmiech szczęścia
Joseph Conrad – Lord Jim.
Wikipedia – Joseph Conrad – KLIK.
Wikipedia – Joseph Conrad’s career at sea – KLIK.

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Lech Milewski i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.