Legenda o Warszawie – odcinek V

Wiktor Ostrowski

Buntownicy

Warsz ukończył już budowę swojej chatki. Umocnił zasieki dokoła, pozostawiając wyjście na rzekę – zakładane na noc osłoną z gałęzi i drugie wyjście w stronę puszczy, skąd znosi niestrudzenie  drewno i gałęzie. Urządził on sobie prymitywną wędzarnię, gdzie wędzi zapasy mięsiwa w przewidywaniu nadchodzącej zimy. Teraz medytuje nad rozbitą łodzią i dopasowuje do niej obrobione siekierą deski. Ale jak je zamocować?…

Od strony puszczy słyszy nagle dalekie głosy ludzkie. Chwyta siekierę i wpatruje się w dal. Uciekać – czy zostać i bronić  się za ostrokołem. Ale jest sam, a nieznanych ludzi – jak sądzi z  głosów – jest sporo. Kto? Prusowie czy swoi? Warsz wyładowuje  worek jadłem, bierze łuk i strzały i gotów jest uskoczyć w puszczę  po przeciwległej stronie do tej, którą nadchodzą obcy.

Ale głosy są nie tylko męskie. Warsz słyszy młody śmiech  dziewczęcy. Wreszcie od strony puszczy pojawiają się idący gromadnie,  chłopcy i dziewczęta. Warsz wsłuchuje się pilnie – to swojskie głosy, a nie szczekające okrzyki Prusów. Nieznana gromadka dostrzegła  chatę Warsza i zauważyła dym, smużący się z paleniska. Kilku chłopców ostrożnie posuwa się do przodu z sulicami gotowymi do walki. Warsz poznaje Dagniewa idącego na przodzie. Rzuca broń i  worek i biegnie im na spotkanie. Dagniew też poznał druha i po  chwili obaj młodzi ludzie zwierają się w radosnym uścisku.

Nadbiega reszta gromady. Urywkami, przerywanymi śmiechem słowami opowiadają o swych przygodach. Przybysze o swojej ucieczce z  grodu – Warsz o swym pobycie w niewoli i o swojej ucieczce. Wkrótce też Warsz, nie widząc wśród przybyłych Bożenki, pyta o nią.

Wszyscy milkną i w końcu Tur wyjaśnia Warszowi straszną prawdę – spalona.

Teraz Warsz kamienieje. Rozpacz miesza się z wściekłością.  Warsz chwyta siekierę i chce biec w puszczę. Dagniew i Tur starają mu się przemówić do rozsądku. Na próżno. Warsz chce bieżyć do  grodu i tam popytać się Rosława i Dziwomira, jakie mieli prawo zabić Bożenkę. Już on wywrze zemstę – krwawo zapłaci za śmierć swej  ukochanej. Jednak ból jest zbyt wielki – Warsz słabnie i siada na  stosie drewna. Chłopcy i dziewczęta otaczają Warsza i patrzą nań  ze współczuciem. Zabiera wreszcie głos Dagniew. Mówi – jesteśmy  z tobą, wrogów wśród nas nie masz, jesteśmy druhowie i przyjaciele.  Nawet, jak dotrzesz do grodu, nawet, jeśli dokonasz zemsty, to inni  tam ciebie ubiją. Rozumiem twój ból, ale rozsądek musi wziąć nad  nim górę. Ostań z nami. Tu, nad wielka rzeką już rozpocząłeś budowę osady. My tu też osiądziemy. To dobre miejsce. Myśmy przynieśli wszystko, co nam potrzeba do rozpoczęcia nowego życia. Może potem, kiedy już na dobre się osiedlimy i okrzepniemy – wyprawimy się z tobą. Kilkunastu dobrych wojowników. Wówczas wpadniemy do  tego rosławowego grodu i obu – grododzierżcę, i wróża związanych przyprowadzimy tutaj, tu osądzimy i ukarzemy.

Ale teraz, ale dziś ty jesteś nam potrzebny, tak jak my, twoi druhowie, jesteśmy potrzebni tobie. Ostań z nami. Będziemy i my,  i nasze dziewczęta ciężko pracować. Wybudujemy tu osadę nową. A  że my wszyscy jesteśmy stadłami, a ty jeden jesteś samotnikiem,  więc my tu, jak wszyscy jesteśmy, okrzykujemy ciebie naszym grododzierżcą. Ale nie takim książęcym, który przez swych komorników  krzyczy ciągle „dawaj więcej”, ale naszym wybranym przez nas, przez  dziewczęta i chłopców. Tyś, Warszu, pierwszy tu przybył, tyś już  się pobudował, tyś już porobił zapasy. My – przy twojej radzie  stworzymy tu nową osadę i nazwiemy ją „Warszową”, bo ty nam będziesz  przewodził – tyś nasz pierwszy, tyś najdzielniejszy i ciebie los  najboleśniej dotknął. Ostań z nami, pierwszy grododzierżco Warszowy. To Warszowa zagroda, to Warszowa łódź, to Warszowa polana – to Warszowa. Przecież gdyby z nami była twoja Bożenka, to tak by  tak by  się nazywała, gdyby była twoją żoną. Niech więc nasza osada zwie się Warszowa.

Warsz słucha uważnie mądrych słów Dagniewa, łzy płyną mu po  policzkach, dziewczęta głośno płaczą, a niejeden z chłopców odwraca  się i ociera łzy.

Warsz mówi do Dagniewa: tyś, druhu, mądra głowa: Pewnie tu nikt nie będzie nad nikim, społem będziemy pracowali, ale pamiętaj, coś rzekł: po zimie – wyprawa na Rosława i Dziwomira!

Młodzi zrzucają swe toboły, dobywają zapasów, pojadają i gwarzą. Zmęczenie bierze jednak górę i po kolei układają się na trawie, dziewczęta opierają głowy na kolanach chłopców i z wolna wszyscy zasypiają. Najdłużej mową ze sobą Warsz, Dagniew i Tur, ale i  ich w końcu zmógł sen. Noc zapada i tylko duże trzy ogniska, podsycane przez dyżurujących chłopców, jasno płoną.

Ranek. Na polanie gorączkowo pracują chłopcy i dziewczęta.  Praca jest dobrze rozdzielona. Chłopcy trzebią las, znoszą pnie  na budowę domostw. Inni szykują łódź Warsza. Inni rozkładają i  przepatrują sieci.


Kupała 2014 na Krutyni, zdjęcie EMS

Nad całą polaną rozbrzmiewają dźwięki pieśni – ich piosenki  wolności.

Wolne dziewczęta i chłopcy
Wolni chłopcy
Kto pamięta
Gdy rządzili nami obcy
Hej, dziewczęta
Kto pamięta
Niech pracuje, łowi ryby
Niech buduje
Niech pracuje
Niech nie leni się, bo gdyby
Nie pracował
Nie budował
Razem z nami, z dziewczętami
I z chłopcami
To by z nami
Nie cieszył się piosenkami
Praca wolna
Leśna – polana
Praca w znoju tu nad rzeką
Praca w znoju
Lecz w spokoju
Pieśń rozbrzmiewa w las daleko
Pieśń rozbrzmiewa
Każdy śpiewa
Wolni chłopcy i dziewczęta
Precz, precz smutki
Dziś sobótki
Dziś sobótki – nasze święto.

Rosław płynie ze swoimi pachołkami. Teraz, co pewien czas  widzi wyraźnie ślady, pozostawiane przez Bożenkę w czasie obozowania i noclegów. Widać, dziewczyna w miarę oddalenia się od grodu  lekceważy sobie możliwość pogoni i zaniedbuje maskowania swych  miejsc postoju.

Rzeka, po której płynie Rosław, staje się coraz szersza i wreszcie wpada do innej wielkiej rzeki. Rosław ląduje na brzegu  i zastanawia się – w którą stronę mogła udać się uciekinierka. Ale  zastanawia się niedługo – bo oto na brzegu widzi wyraźne ślady stóp  dziewczęcych. Podniecony Rosław skacze do łodzi i każe pachołkom  pchać łódź w górę rzeki. Chłopcy ciężko pracują, nurt rzeki jest  bystry, a i do dna nie wszędzie zdołają sięgnąć drągami.

Zapada wieczór, ale Rosław wciąż pogania chłopców, licząc, że Bożenka jest już niedaleko. Rosław zdrzemnął się. Chłopcy pracują  ciężko i wyraźnie boją się wielkiej wody. Nagle przed łodzią zjawia się Panna Wodna, chwilę jest widoczna i znika pod wodą. Pachołkowie  wbijają drągi w dno rzeki i wystraszeni zatrzymują łódź. Bezruch  łodzi budzi Rosława. Chwyta on za kij, lży chłopaków. Ci mówią, że  ukazała się Panna Wodna, dalej nie można płynąć, bo gibiel, bo śmierć.

Rosław dalej lży ich. „Rybęście zoczyli, dalej płynąć! Już  niedaleko!” Chłopcy jednak nie słuchają. Ogarnął ich zabobonny  strach. Rosław kijem wali chłopców, zmuszając ich do posłuszeństwa.  Oni w panice wyskakują z łodzi i brnąc po pas w wodzie, docierają do  brzegu i nikną w zaroślach. Jeden z nich w pośpiechu zostawił w łodzi tarczę i miecz.

Rosław osamotniony chwyta drąg i pcha łódź z wysiłkiem przeciw  prądowi.

Po długim czasie Rosław z dala widzi na brzegu dym ogniska i  spostrzega dziewczynę, szykującą się do noclegu. Jest sama.  Pies pogonił w puszczę za zającem. Rosław ostrożnie i cicho podpływa do brzegu, uwiązuje łódź do konara drzewa i, brnąc po wodzie,  wychodzi na brzeg. W ręku ma kij i sznur. Broń zostawił w łodzi.  Do ujarzmienia dziewczyny starczy mu kij. Cichutko podkrada się i  znienacka chwyta dziewczynę. Bożenka – oszołomiona – przychodzi  jednak natychmiast do siebie i broni się rozpaczliwie. Rosław  zdzielił ją kijem raz i drugi i chwycił ją w pół, starając się obezwładnić dziewczynę. Mimo zaciętej obrony dziewczyna słabnie. Nagle z zarośli wypada Ryk i warcząc rzuca się na napastnika. Teraz  Rosław broni się przed ostrymi kłami psa i nacierającą wściekle dziewczyną. Cofa się zrazu wolno, po czym biegnie, skacze do wody, wskakuje na łódź i odpływa rzucając przekleństwa na Bożenkę.

Rosław odpływa, rezygnując – zda się – z pogoni i wyprawy.  Bożenka pieści psa, potem spokojnie przygotowuje sobie posłanie, dokładając stale gałęzi do palącego się ogniska.  Rosław pod osłoną znajdujących się z brzegu drzew podpływa  łodzią i z niewielkiej odległości mierzy z łuku do stojącej w świetle ognia dziewczyny. Teraz ma złą i zawziętą twarz. Jeżeli Bożenka jest dla niego stracone – to nie może żyć.

Rosław wypuszcza strzałę, które tuż obok głowy dziewczyny wbiła się w pień drzewa. Bożenka natychmiast skacze za drzewo, chwyta  oszczep i jest gotowa do obrony. Pies też gotów. Przypadł do ziemi i szczerzy zęby.

Ale obrona jest już niepotrzebna. W momencie strzału Rosław  traci równowagę, wpada do wody i, obciążony zbroją, natychmiast  tonie.

(Zdjęcie podwodne). Tonie Rosław, a z nim wpadają z przewróconej łodzi do wody miecz i tarcza. Podpływa Syrena, chwyta tarczę i miecz i odpływa.

(Zdjęcia nawodne). Przewrócona łódź spływa z prądem w dół  rzeki.

Pogodna noc księżycowa. Bożenka z psem – w rozwidleniu drzewa – układa się do snu. Ognisko wygasa. Daleko na rzece widać płynącą Syrenę.

Dokończenie za tydzień

Advertisements

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Wiktor Ostrowski i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s