Amor, Amor…

Krystyna Koziewicz

Amory

Historie miłosne, okazuje się, mają sporą poczytność, sama tego na tym blogu doświadczyłam jakiś czas temu. Być może jest tak, bo niejeden z nas chciałby dowiedzieć się, jak wygląda u innych miłość, jak wygląda życie kochającej się pary? Mówi się, że miłość zaślepia, ale kto wie, może jednak coś, nie widząc, widzimy, może konfrontując się z naszymi uczuciami, dowiadujemy się nieco więcej o sobie?

Obserwując znane mi szczęśliwe pary, zauważam jedną wspólną cechę, sprzyjającą długiemu pożyciu. Otóż, akceptacja partnera takim, jakim jest, bez próby wywierania nacisku i wymagania zmian oraz spora dawka osobistej wolności.

Przykładem niech będzie poniższa historia.

W domu, w którym mieszkam, pojawił się osiem lat temu nowy bywalec, nieco dziwacznie ubrany, wyglądem przypominający clocharda, ale uprzejmy, grzeczny, pozdrawiał wszystkich napotkanych ludzi. Niekiedy zdarzało się, że mijaliśmy się na korytarzu, w bramie wejściowej czy na ulicy. Pewnego razu, staliśmy oboje przed wejściem do naszego domu, moją uwagę przykuła gestykulacja owego gościa, który przesyłał całusy komuś z ostatniego piętra. Spojrzałam dyskretnie w górę i własnym oczom nie wierzyłam – ten ktoś miłośnie pozdrawiał moją polską sąsiadkę, panią, która liczyła sobie p0nad 75 wiosenek. I owszem, miała sympatyczny wyraz twarzy, gładką jasną cerę, która odmładzała ją o dobre dziesięć lat… Wiele lat była samotna, cieszyłam się więc, że po wielu, wielu latach życia w samotności znalazła bratnią duszę. Tylko dlaczego związała się z bezdomnym?, zastanawiałam się.

No tak, jak pamiętam – zawsze miała dobre serce dla ludzi w potrzebie, regularnie wysyłała pieniądze do Afryki, wpłacała datki dla rozmaitych fundacji charytatywnych. Pomyślałam sobie, że to jej misja życiowa – pomagać innym. Zatem nie powinno mnie było dziwić, że zajęła się facetem z tzw. marginesu społecznego. W skrytości bałam się jednak, że zostanie podstępnie wykorzystana.

Z moją sąsiadką spotykałyśmy się dawniej na kawę, czasem na obiad, raz u mnie, raz u niej. Od jakiegoś czasu nie było pogaduszek, co świadczyło, że aktualnie nie jest to towarzysko konieczne.

W dalszym ciągu widywałyśmy się jednak w windzie czy przed budynkiem, zatrzymywałyśmy się na krótkie pogaduszki. Za którymś razem przyznała, że poznała mężczyznę o 28 lat młodszego, który zwyczajnie zagadał ją na ulicy, zapraszając na kawę do pobliskiej kawiarenki. Od tej pory znajomość zaczęła się stopniowo rozwijać, on potrzebował kogoś z kim mógłby porozmawiać, ona tak samo. Lubił wypić, ale na wesoło – jak powiadała. Nie był alkoholikiem, pił piwo wieczorami, które mu szumiało w głowie do następnego dnia. Zakazała mu jednak odwiedzin, jeśli był pod wpływem alkoholu, nie otwierała drzwi. Była w swej decyzji konsekwentna, facetowi chyba zależało na niej, skoro był trzeźwy – przynajmniej w dzień wizyt.

Wygląd mężczyzny, jak sama stwierdziła, jej nie przeszkadzał. Chwaliła go za zamiłowanie do porządku i higieny osobistej. Na moje oko z wyglądu przypominał skrzyżowanie świętego Mikołaja z kimś, kto dopiero wyszedł z lasu, takie sympatyczne straszydełko. Włosy sięgały mu do tyłka, niekiedy związane w kucyka, broda długa, cieniutka, jak mysi ogonek, szerokawe spodnie majtające podczas chodzenia. Ponieważ był bardzo miły, nikt w okolicy go nie zaczepiał, grzecznie się odkłaniano. Na mój widok okazywał radość, pewnie zmiarkował, że jestem rodaczką jego oblubienicy.

W bloku komentowano ten związek, i z uwagi na wygląd, i różnicę wiekową. Moja sąsiadka, Turczynka, zazdrościła, że taka stara i ma miłość, a ona po czterdziestce i zero seksu od dziesięciu lat.

Co się okazało, związek tej starszej kobiety z młodszym partnerem z roku na rok rozkwitał coraz intensywniej. Sąsiadka pochwaliła się, że miło spędzają razem czas, grając w karty, oglądając filmy przyrodnicze, na dyskusjach, rozmowach podczas spaceru po parku. Raz się wygadała z lekkim uśmieszkiem, że za bardzo ją niekiedy „męczy”, ale co mam zrobić?, powiedziała pytająco. To była jedyna słodka skarga na faceta. Spotykali się codziennie i widać było, że czerpią radość z tego bycia razem. Od sąsiadki słyszałam same zalety i zachwyty o partnerze, widziałam, że jest zadowolona. Rozstawali się zazwyczaj po południu, ponieważ on lubił programy sportowe i muzyczne, ona z kolei lubiła rozwiązywać krzyżówki i robótki ręczne.

Niestety, historia tej niezwykłej znajomości niedawno się zakończyła, przetrwała osiem lat i trwałaby do tej pory, gdyby nie postępująca demencja sąsiadki. Od roku objawy stawały się niebezpieczne dla życia. Parę razy straciła orientację w mieście, gubiła pieniądze, drogę do lekarza, o mało nie spaliła własnego mieszkania. Mężczyzna opiekował się nią troskliwie, jednak stwierdził, że potrzebuje fachowej pomocy. Wezwał rodzinę z Polski.

Podczas ostatniej wizyty synów, kiedy już nie rozpoznała swoich bliskich, dzieci zadecydowały, że zabiorą matkę do Polski i umieszczą w domu opieki. Było mi smutno, kiedy się o tym dowiedziałam, nie miałam okazji pożegnać się z nią – tak szybko została zabrana.

Po wyprowadzce sąsiadki ciekawiło mnie, co się stało z jej facetem, bo przestałam go widywać, a mieszka w pobliżu. Od innej zaprzyjaźnionej sąsiadki dowiedziałam się, że ów mężczyzna strasznie rozpacza, całkowicie załamał się, popadł w depresję i nie wychodzi z domu. Ponoć ciężko się rozchorował. A może powrócił do nałogu?

No cóż, jedno muszę stwierdzić – na pewno połączyło ich piękne uczucie – chęć bycia razem. Dawali sobie to, czego każde z nich potrzebowało – siebie nawzajem.

Reklamy

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Krystyna Koziewicz i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Amor, Amor…

  1. Pharlap pisze:

    Miły zbieg okoliczności, właśnie skończyłem czytać książkę Allaina de Botton – The Course of Love. Książka wydaje sie być bardzo popularna i wzbudza liczne dyskusje. Ja czułem po jej przeczytaniu niedosyt – autor ogranicza się tylko do szczegółowej i pouczającej analizy przebiegu miłości romantycznej. A przecież , szczególnie w obecnych czasach – miłość niejedno ma imię.
    Bardzo dziękuję za ten – smutny ale wartościowy przykład.

  2. ewamaria2013 pisze:

    Allain de Botton to taki mój „problem czytelniczy” – lubię czytać jego książki, są dobrze napisane, wartkie, tyle że dotyczą problemów tak anglosaskich, że każdy człowiek spoza Wysp przygląda się im jak reportażom z krainy dziwactwa. Nie czytałam wspomnianej tu książki o miłości, ale podejrzewam, że musi tu być taka samo.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s