Barataria 26

Ewa Maria Slaska

…to tak jakby dać się zesłać samotnie na bezludną wyspę…

Pisałam już kilkakrotnie o tym, jak przed wyjściem z domu sięgam na półkę i wybieram na chybił trafił jakąś książkę, którą będzie można bez zbytniego dźwigania zabrać do miasta, by mieć co czytać w poczekalniach i środkach komunikacji miejskiej.  Półka znajduje się na poziomie oczu. Tuż obok są drzwi, korytarz i drzwi na klatkę schodową, a potem już dom, miasto, świat i wszechświat. Półka z czarnymi książkami.

Tym razem był to Varga wydany przez Czarne w roku 1998, czyli prawie 20 lat temu. Młodzieńczy a zatem bardzo stary, ale już, podobnie jak w ostatniej produkcji – Masakrze – pijący. 20 lat temu młoda inteligentna twarz młodego inteligentnego człowieka spokojnie mogła się znaleźć jako jedyny motyw na okładce książki. W Masakrze już to nie było (by) możliwe…

Zwraca uwagę strzelista i mocna struktura szyi i piękne, równe, białe zęby. Usta wyrażają czarną rozpacz, ale rozpaczający pijak jest solidną, wysmukłą, estetyczną konstrukcją. Wygląda jak śpiewający soul czarny muzyk jazzowy.

45 pomysłów na powieść to dobre surrealistyczne teksty, w których prosta przaśna teraźniejszość niezauważalnie przenika w znane fikcje filmowe. Niestety, powoli, przez fakt, że powtarzają same siebie, opowiadania stają się nużące. Cały czas, czytając tę książkę, myślałam ze smutkiem, że niestety surrealizm musi istnieć jednostkowo, bo gdy się powiela, przestaje zeskakiwać, a jak nie zaskakuje, to jednak nie jest już surrealistczny. Dlatego Dali, Chartowski czy Yerka nie powinni mieć wystaw i szkodzi im współczesna powszechność obrazów. Zawsze widać wtedy, że naśladują sami siebie.

Jacek Yerka, obrazy pojawiające się w google po wpisaniu hasła „yerka truskawki”

Gdy kiedyś Hans Holbein umieścił na obrazie Ambasadorowie dziwny dysk, który tylko widziany pod kątem 27·z lewa na prawo był czaszką ludzką, czyli przypomnieniem memento mori, umrzesz, nie uciekniesz, nawet jak jesteś ambasadorem i nosisz kosztowne futra… wtedy oczywiście tajemnica mogła ci zapaść w serce na zawsze i mogłeś strawić życie, żeby znowu dostać się do pałacu, w którym ów obraz wisiał i popatrzeć na ten dziwny dysk, z trudem szukając miejsca, w którym niezrozumiałe zmieni się w okrutne wprawdzie, ale zrozumiałe…

Hans Holbein the Younger: The Ambassadors, 1533. The life-sized panel portrays Jean de Dinteville and Georges de Selve, the ambassadors of Francis I of France; 1533, National Gallery in London (public domain)

A dziś… No cóż, czaszka wygląda tak, nie musicie już jechać do Londynu…

Ale poleciało po dygresjach, a my przecież chcieliśmy o 45 pomysłach… Vargi. Jako całość zatem książka nuży, tym niemniej pojedynczo potraktowane opowieści są zachwycające… I choć nie pada tu nigdzie słowo Barataria (sądzę, że w latach 90 mało kto czytał Don Kichota, a jeśli nawet, to zapewne niezbyt wnikliwie), autor jest zadeklarowanym baratarystą, poszukiwaczem wysp magicznych, zaprawionym w surrealistycznych bojach ze światem, który dla utopionego w oparach alkoholu nocnego wędrowca nagle staje się utopią…

Trzy wyspy Krzysztofa Vargi

NIECHCIANA PODRÓŻ

Czwarta rano, fioletowość poranka, choroba jak kornik z filmu rysunkowego pożera wszystko, co napotka na swej drodze. Wąskie, nierówne uliczki, legendarne kawiarnie i kolorowe graffiti w przejściu podziemnym. Zniewalający zapach średniowiecznych piwnic. Niezliczone kościoły z relikwiami świętych, krużgankami świątyni przechodzą zakapturzeni wyznawcy śmierci z powodującym dreszcz śpiewem. Ich tajemnicze obrzędy i klątwa, która sprawdza się od pięciuset lat, nie dając nikomu nawet najmniejszej szansy. Kilka przecznic dalej nastoletni anarchiści niosą czerwono-czarne flagi. Nadchodzi czas rozstrzygnięć, mówią konserwatyści. Liberałowie prorokują koniunkturę. Wydaje się jednak, że nadrzędną ideą staje się obsesyjna asceza mająca przygotować wszystkich na nadejście nowych czasów. A kiedyś, to mogły być na przykład lata trzydzieste, bawili się jak na metropolię przystało, bez ograniczeń. Wystawiali na widok swój pokazowy hedonizm, choć dręczyło ich podskórne przeczucie, że to już Schyłek, nie pierwszy i nie ostateczny, ale jednak przecież koniec tego świata. Wszystko się skończy, tak jak kończyło się dwadzieścia lat wcześniej, jak skończy się jeszcze niejeden raz. Ale zapewne byli przekonani, że są ostatnimi. Neony świeciły histerycznie, jakby domyślając się, że wkrótce nadejdzie czas zaciemnienia.

Więc upijali się, póki była sposobność, na przyjęciach, rautach, przy dźwiękach big-bandów i modnych kwartetów jazzowych, później rozbijali się automobilami na drzewach, samolotami nad pustynią, mówili: ktoś musi iść po pomoc; albo zjadali się, przedzierając się przez dżungle i tundry, zamarzali, idąc przez nieskończenie śnieżne przestrzenie, lub szli na dno zimnego oceanu.

Ponure górnicze miasto, piąta rano. Koszmarna noc w hotelu, palą się wszystkie wnętrzności, za ścianą cienką jak deszcz ktoś wymiotuje, torsje wykręcają go na drugą stronę i rozsadzają głowę na tysiące kawałków. Powietrze śmierdzi zardzewiałym metalem, pleśnią gnijących kamienic, poprzednim wieczorem i przegranym meczem eliminacyjnym. Łatwo uwierzyć, że stąd nie można wyjechać, to tak jakby dać się zesłać samotnie na bezludną wyspę, zabierając ze sobą tylko zawalający się dom z pourywanymi balkonami, zdezelowany tramwaj, maleńką budkę z biletami i tytoniem.(…)

Zabytkowy most, zabytkowy zamek, zabytkowy tramwaj, zabytkowy pistolet, który przykłada sobie do skroni neurasteniczny student, wysłuchując piosenki ,,Ta ostatnia niedziela”. Stary antykwariusz przechowa kulę w irchowym woreczku. Patefon jest najdoskonalszym wynalazkiem ludzkości, czasami bardziej skutecznym niż powieści i wiersze, nie wspominając już o malarskich aktach, nawet tych najbardziej wyuzdanych. Nawet lepszym od opium, choć przecież zna się to raczej z opowieści kolegów niż z autopsji, tak jak słony smak waginy, którego poznaniem niektórzy szczycą się przy ledwo skrywanej zazdrości pozostałych. I jeżeli nawet ktoś przytomnie teraz zauważy, że przecież czas tak wyraźnie rozdziela dni przed upadkiem Monarchii i symbolicznym końcem wieku z popularnością „Ostatniej niedzieli”, to przecież wnet powinien pojąć, że kamera ślizga się tylko po przedmiotach, na dłużej nie zatrzymując na nich swej uwagi, swobodnie przeskakuje też po kalendarzu i zanim się obejrzymy, ten smukły oficer o wąskich biodrach będzie stetryczałym, zgorzkniałym starcem żyjącym wspomnieniami, o ile nie pożre ich demencja, a ta zarumieniona służąca z długimi puszystymi włosami zamieni się w starą, bezzębną kobietę obierającą w kuchni kartofle i złorzeczącą przy tym na cały świat.

(…)

A co się stało z owym archiwistą cudzych śmierci, antykwariuszem sprzedającym swoim klientom tanie wzruszenia i nie do końca wiarygodne materiały na moralizujące anegdoty? Czy sczeźnie w zaciszu swego zakurzonego kantorku, czy pleśń pokryje jego zmumifikowaną sucha twarz, czy odejdzie bezimiennie w zapomnieniu i żadna rodzina nie upomni się o godny pochówek jego truchła? Ależ to właśnie jego sekretny pamiętnik staje się kanwą tej dziwnej na pozór opowieści i przez żądnego sukcesu, a przede wszystkim mamony młodego artystę po latach zostaje przerobiony na scenariusz. Tak oto się kręci globus na bożym biurku.

FILM Z CYKLU ,,SŁYNNE KOCHANKI”

I teraz, kiedy siedzimy w śmierdzącej żółto-czarnej łodzi rybackiej, na dodatek wyciągniętej na brzeg i zabezpieczonej linami, hakami i klockami drewna, i siląc się na coś oryginalnego, tępo gapimy się na wschód słońca, jakby to była kiczowata widokówka, pozdrowienia z… i tak dalej, w głowie łupie nie przespana noc, a kac zaczyna narastać, nagle pojawia się, pośród absurdalno-sztampowych dyskusji, którymi usiłujemy zatkać dziurę w burcie, by nie wlewała się mózgowa woda, taki oto problem: czy legenda Marilyn Monroe przetrwa przynajmniej tyle, ile wciąż żywy zachwyt nad urodą Nefretete albo Kleopatry. I pojawia się senność jak po trzecim piwie albo obfitym posiłku, a wraz z nią świadomość, że to wszystko zaczyna być żenujące. To, że na przemian kłamię i gadam od rzeczy, że wszystko skończy się złośliwymi komentarzami przyjaciół, którzy pomiędzy „jeszcze raz to samo pani Beatko” a ,,daj papierosa” po raz kolejny będą się znęcać nad coraz mniej oficjalną wersją wypadków, jest mniej straszne niż spowodowane zmęczeniem i alkoholem wynurzenia dwudziestotrzyletniego poety, który głośno zastanawia się, co to z nami będzie, tą młodą inteligencją, czy we współczesnym świecie warto być intelektualistą, choć ja w tym momencie myślę o zbliżającym się sezonie ligowym w piłce nożnej. Albo gdy przysypiam w pociągu i słyszę, jak mój przyjaciel uwodzi osiemnastolatkę opowiadając jej o tym, że miałem być księdzem, a teraz piszę książki i występuję w telewizji. Drzwi od przedziału zamykają się i oddziela mnie od nich nagle szyba i brudna firanka. Przez chwilę zastanawiam się, o czym mówią, a właściwie co on jej mówi. Oddalam godziny jak niepotrzebną już tego dnia służbę izmów próbuję przez trzy dni skutecznie odcinać się od świata, chronić przed telefonami automatyczną sekretarką, a później nagle rzucać się do klawiatury i wybijać na niej wszystkie znane numery, oczywiście nie mogąc się nigdzie dodzwonić. Wychodzę z domu, szczytowego osiągnięcia budownictwa wielkopłytowego, idę na przystanek i rozpoczynam kolejną wyprawę autobusem. Na biegun północny, do jeziora Wiktorii, źródeł Amazonki, do tych wszystkich światów zaginionych, do miejsc znanych z albumów, atlasów, filmów przyrodniczych i geograficznych, ostoi dawnych cywilizacji, które jak nagle się pojawiły, tak nagle i tajemniczo zaginęły, zostawiając za sobą wielkie kamienne budowle, ołtarze ofiarne, mroczne świątynie, wraki wspaniałych galeonów na dnie ciepłych mórz, a nie wyciągnięte na brzeg dziurawe, śmierdzące łodzie rybackie.

DŁUGO SIĘ WAHAM, AŻ WRESZCIE SIĘGAM PO „SUBSTANCE” JOY DIVISION

Jesień i niedziela. Ciemno i zimno. Cóż można powiedzieć więcej? I któż może tego dokonać? No chyba, że tylko On-Telewizor. Mówi do mnie wykrzywionymi ustami Miłosza Biedrzyckiego: poezja to społeczne zwierzę języka. Jakie społeczeństwo, jakie zwierzę, jaki język, pytam się. Społeczeństwo jest zamknięte, zwierzę oszalałe ze strachu, a język rozdwojony. Czyje mają być te języki zwierząt, bełkotliwe języki społeczeństw? Moje prywatne zwierzę wywala wielki mięsisty jęzor. Moje zwierzę z zaciekawieniem czyta w kolorowych magazynach pochlebne recenzje z najnowszych narkotyków. Tutaj już nie cierpi się na piękną melancholię, ale ciężką nerwicę, a młodzi bożkowie rock’n’rolla mówią uwielbiam seks i narkotyki. Za oknami strzelają petardy, jak w każde święto. Moje zwierzę wpada w panikę, więc głaszczę je po głowie, a ono mruży oczy i ociera się o mnie przymilnie swoim wielkim łbem. Na stole zamiast tradycyjnych świątecznych potraw leży nadgryziony, wystygły Borges. „Historia de la noche. Los conjurados” ma napisane na panierce. Nie, nie znam hiszpańskiego. Tylko kilka pojedynczych słów nie łączących się w żadną logiczną wypowiedź: cerveza, salvation, Gaudi. W tym kraju, w którym, będąc przejazdem, nierozsądnie zasiedziałem się ponad miarę, wciąż trwa jarmarczne święto – uliczni sprzedawcy bezgłośnie oferują balonki, watę cukrową i znicze. Wspaniałe miejsce, mówię wam, tu zawsze jest ciemno i zimno, samo miasto wygląda jak z filmów science fiction, nie w tych cudownie tekturowo-utopijnych w technikolorze, gdzie wszyscy poruszają się dziwnymi pojazdami idealnie pod kątem prostym skręcającymi w powietrznych korytarzach, albo w wysoko zawieszonych kolejkach na poduszkach magnetycznych i uprawiają seks na odległość, ale raczej z tych antyutopii, gdzie po pustych ulicach wiatr goni śmiecie, z nieba leje się kwaśny deszcz, coś gwiżdże, świszcze, w bramie błyśnie śmierć, na środku rzeki wynurzy się nagle atomowa łódź podwodna, która miała być zupełnie gdzie indziej, słychać wrzask kota i z mgły wyskakuje samochód-widmo. l być może teraz właśnie jesteśmy ostatnimi na tej planecie, może zżera nas popromienna choroba, a w ruinach miasta kryje się Zabójca. Waśnie w tym miejscu, w tej chwili, tak nieprawdopodobna jest okładka pisma „Q”, które przedstawia listę stu płyt, filmów i książek, które zmieniły nasze życie. Nie, nie, skończyło się, nic już nie zmienia życia prócz miażdżycy naczyń wieńcowych, zakrzepów w tętnicach, złośliwych narośli rakowych komórek. Żadne płyty, książki, filmy.

(…)

Tymczasem, jak donoszą agencje, w Chinach pojawił się mityczny potwór Sibuxiang, którego nazwę tłumaczy się jako ni ryba, ni ptak. Sieje zamieszanie w południowych prowincjach kraju. Niektórzy uważają to za zapowiedź Apokalipsy, jako że jego imię składa się z dziewięciu liter, a dziewiątka to odwrócona szóstka, w dodatku dzieli się przez trzy, a trzy szóstki to imię Bestii. Tak więc Sibuxiang jest Lewiatanem, który przybywa pod nową postacią, już nie tylko jako stwór morski (ni ryba), ale też latający (choć ni ptak). Inni utrzymują, że Chrystus był tylko wizją narkotyczną, efektem przedawkowania przez wizjonerów grzybów-psylocybów. To pocieszające, że można wszystko zwalić na Mechagodzille, Krakeny, Lewiatany, na sfermentowane drożdże, psylocybinę, amfetaminę. Od razu robi się lżej.

Wyłączam telewizor. Znikają szkielety, zwierzęta i języki, znika Sibuxiang. Robię sobie następną herbatę, choć po jej wypiciu nie jest mi ani bardziej ciepło, ani mniej sennie, za to niepokój zaczyna nabierać cech metafizycznych. Więc może to wszystko tutaj to tylko wynik przedawkowania teiny? Niewykluczone, że tego miasta nie ma, a więc nie ma ulicy, domu, niedzieli, ciemności i zimna. A jeśli jest coś, to wykonano to z pewnością zgodnie z zaleceniami – cisza, spokój, zrównoważenie. Na złość kosmitom życie tutaj wciąż trwa.

Reklamy

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Ewa Maria Slaska i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s