Reblog: Trzęsące się pudła i inne opowiadania

Mateusz Skrzyński

Trzęsące się pudła

Padał deszcz. Dzień należał do gęstego tłumu dób na bezrobociu. Kończyła mi się kasa. Starym zwyczajem kursowałem pomiędzy sklepem z piwem – gdzie kupowałem przeterminowane Heinekeny po 0,99 PLN za butelkę – a swoim wynajętym kilkunastometrowym mieszkaniem. W windzie pół ściany przysłaniało lustro.
Patrzyłem na swoją wysączoną z wilgoci twarz. Butelki dzwoniły. Pudło wiozące mnie do góry trzeszczało. Psy pod numerem szóstym i dziewiątym szczekały. Stuknięcia w sufit, puknięcia w ściany, kroki na korytarzu, każdy niespodziewany dźwięk doprowadzał mnie do szaleństwa, więc kursowałem częściej, wpatrywałem się w siebie mocniej, zastanawiając, czy jestem w stanie wypić więcej piwa, niż organizm mógłby znieść. Nigdy się nie udało, dlatego to bezpieczny alkohol dla pisarzy-wariatów. Oczywiście musisz się wcześniej oćwiczyć, ale, jak sądzę, artyści nie mają z tym problemu.
Trzecia rano. Kursuję, ale w kosmosie pomiędzy galaktykami. Dzwoni telefon. Moja matka płacze. Jej nie żyje. Otwieram lodówkę. Pusta, w sensie niezaopatrzona w alkohol. Siadam sobie na stołeczku.
Zaczyna się kompletowanie długiej listy przewinień. Mogłem częściej dzwonić. Mniej się na nią złość. Przeżyła obóz koncentracyjny w Majdanku, straciła sześcioletnie dziecko pod kołami wozu, z uporem kleiła rozchodzącą się w szwach rodzinę. Sam pojechałem na drugi koniec Polski, tylko dlatego, że właśnie tam się znajdował. Miała w sobie wytrzymałość przeciwatomowego schronu, aurę pewnego azylu.
Zapakowałem się w pociąg i dziesięć godzin później zobaczyłem ją w trumnie. W drodze przetrawiłem alkohol, a na miejscu ją pożegnałem. Później śniła mi się ze sto razy, jak wstaje z trumny i mówi: „To pomyłka! Zabierzcie mnie do domu”. Ale tego domu już nie ma. Zamiast niego są szczekające psy, trzęsące się pudła z lustrem w środku, niezaopatrzone lodówki i kolejne odsłony alkoholowego szaleństwa.

Ciche podszepty skrywanych tajemnic

Układało się całkiem nieźle. Miałem pracę, mieszkałem ze swoją przyszłą żoną. Przewidywalna przyszłość zwalniała i miałem jej właśnie wskoczyć na plecy. Pozostawiłem sobie niewielką przestrzeń, gdzie głaskałem i pocieszałem swoją tęsknotę. Zamknąłem niebieskiego ptaszka w klatce, żar obsypałem popiołem. Włóczyłem się trochę wieczorami. Tyle mi wystarczało.
O trzeciej nad ranem Poznań traci na gęstości. Nie tak, jak w małych miastach, ale jest wystarczająco intymnie, żebyś mógł poczuć postapokaliptyczną melancholię. Możesz iść środkiem światła jak ospały niedźwiedź albo w cieniu przemykać się pod ścianami niczym wychudzony kot. Możesz też napotkać przedziwnych ludzi.
Facet mierzył nie więcej niż metr sześćdziesiąt. Krótka broda, długie włosy, na nosie szerokie szkła w plastikowych oprawkach. Niósł na plecach gitarę w twardym futerale. W ręku plastikowa torba z gratami.
– Wiesz może, gdzie jest najbliższy motel? – zapytał.
Wiedziałem, więc mu powiedziałem.
– Stało się to nagle – zaczął. – Dowiedziałem się, że będę jutro grał. Przyjechałem z Wrocławia. Czego się nie robi, żeby wydać własną płytę.
Chwilę szliśmy razem w tę samą stronę. Opowiedział mi jedną z tych wspaniałych historii o nadchodzącej sławie. Jeszcze miesiąc, dwa i własny krążek, za rok cała Polska o nim usłyszy, o biednym chłopaku, którego stary lał, a matka nie brała jego strony, więc uciekł. Od tamtej pory pomieszkuje na squatach i u świętego Alberta.
– Może byś mnie przenocował? – przeszedł do sedna. – Jedna noc na podłodze. Uratowałbyś mi dupę.
Mam poczciwą twarz, ale posiadam też oczy. Staram się nimi patrzeć skutecznie. Znałem, znam nadal, takich chłopaków jak on. Napięcie w oczach, urywane, gwałtowne ruchy, jakby siedziała w nim ledwo ujarzmiona siła, pragnąca rozerwać świat na strzępy. Na pierwszy rzut oka koleś z sercem na dłoni, który zasługuje, żeby wyciągnąć do niego rękę. Wpuszczasz go do mieszkania, a on okopuje się w kącie i zostaje tam na miesiące. Później dowiadujesz się, że uciekł z innego miasta przed zarzutami za molestowanie seksualne albo, że leje swoje kobiety lub przesiedział pięć lat za pobicie ze skutkiem śmiertelnym. Drenuje cię z kasy i energii, podkrada ci szczęście i kotlety z lodówki. Był czas, kiedy myślałem, że mam z takimi chłopakami wiele punktów zbieżnych, ale z czasem zaliczyłem ich do grona niechcianych narośli, do których sam nie należę. Mam dla nich wiele współczucia, ale taka znajomość zawsze kończy się czymś brutalnym i paskudnym.
Podzieliłem się z nim piwem, które niosłem w plecaku. Dwie butelki, połowa dawki na bezsenność. Tyle mogłem mu dać, żeby oddać światu sprawiedliwość, że wszyscy zasługujemy na odrobinę dobra.

Wszechświaty

Nie posiadłeś samotności, jeżeli nie dopadła cię kompletna cisza. Zakonnicy klasztorni składają śluby milczenia (tak mi się przynajmniej wydaje, że ciągle gdzieś można komuś przysiąc zamknięcie mordy do końca życia). Chociaż nie po drodze mi z żadnym kościołem, od czasu do czasu wpadam w te same pułapki, jakie zastawiają na siebie fanatyczni chrześcijanie. Jakie wnioski z tego płyną? Widać mam tak samo nasrane we łbie, jak mają i oni.
Któregoś dnia – niczym się nie wyróżniał, świeciło słońce albo padał deszcz – przyszło do mnie to milczenie i zostało na jakieś trzy miesiące. Nie składałem sobie przyrzeczenia, nie objąłem drzewa, niczego nie obiecałem naturze, ani nie padłem na twarz przed żadną figurą. Przestałem rozmawiać z ludźmi, a że wiodłem wtedy kawałek popierdolonego życia, mogłem sobie na to pozwolić. Schowałem się w malutkiej ciszy w oderwaniu od ludzkości. Cóż to był za czas.
Myłem się trzy razy dziennie, nie dlatego, że czułem się brudny, ale dla zabicia czasu. Chodziłem na siłownię i raz jeden byłem bliski spalenia całego nadmiaru tłuszczu. Owijałem się w koc, odpalałem farelkę, dwa tysiące wat szczęścia, służącego mi do ogrzewania pokoju i odlatywałem, wyobrażając sobie, że leżę na wielkiej rurze ciepłowniczej, gdzieś w fabryce mięsa na kotlety. Ludzie na dole uwijają się, pot cieknie im po dupach, a ja chowam się nad nimi na tej rurze, uciekam przed nieszczęściem.
Ważne rzeczy działy się wtedy we mnie. Miałem się za skorupę pełną wszechświatów, a rozum zachowywałem rozmawiając z samym sobą za pomocą komputera. Trzaskałem niezbyt długie, sprośne i dekadenckie opowiadania, które przepadły tak samo, jak większość tego, co napisałem. Rozprawiałem się ze skrzyńskim pragnącym porzucić różne ważne sprawy na rzecz straceńczego seksu (hehe) i alkoholu. Tworzyłem malutkie piekiełka, opiekałem się tam na ruszcie i wychodziłem z tego soczysty, pachnący i złoty. Kiedy naprawdę dopadnie mnie pisanie, nie ma niczego ponadto. Budzę się w strachu, oblany potem, z oczami jak dwie świecące uliczne latarnie i MUSZĘ pisać. Sprawdzić się. Ulepszyć. Pragnę dostąpić towarzyszącego temu zachwytu oraz – najistotniejszego – uleczenia.
I mam cię tutaj schwytanego w skorupie, a wszechświaty krążą nam wokół strapionych głów. Wachlują, strzepują pot z naszych ogorzałych karków. Odprężające, nieprawdaż?

***

Autor Mateusz Skrzyński
Poezja i proza, a jakże.

W rubryce „O mnie” Mateusz napisał:

Urodziłem się w 1988 roku w Tomaszowie Lubelskim. Studiowałem, a jakże. Mam żonę, kota i rząd pikantnych papryczek na parapecie. Posiadam telefon, komputer i trochę wiary w siebie.

Publikowałem w „Akancie”, „Fabularie”, internetowej „Histerii”, „Helikopterze”, magazynie „Rzeczy”. Moje wiersze jeszcze w tym roku pojawią się w kwartalniku „Migotania” miesięczniku „Odra” oraz w jesiennej „Krytyce literackiej”. Właśnie się rozpędzam.

Jestem otwarty na każdą współpracę. Chciałbyś opublikować moje wiersze? Napisz. Wyślę ci ich całą kupę. Wybierzesz sobie. Chciałbyś wydać mój tomik albo broszurkę? Koniecznie daj znać. Postawię kratę piwa (paniom mogę wino), pogadamy i zostaniemy przyjaciółmi.

Mam też sporo krótkich opowiadań.

Mogę spróbować napisać tekst na życzenie. Nie ma takiej propozycji, którą odrzuciłbym bez wcześniejszego zastanowienia.

Pisz śmiało:   mz.skrzynski(at)gmail.com.

Reklamy

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Mateusz Skrzyński i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

10 odpowiedzi na „Reblog: Trzęsące się pudła i inne opowiadania

  1. mik..:) pisze:

    Zarabianie jest dobrem za wykonane dobro wiec nie wstyd zarabiać, a jeśli sie to komuś nie podoba to niech mu sie nie podoba 😉
    Pani Ewo Mario moze warto zacząć 🙂
    Pozdrawiam 🙂

    • ewamaria2013 pisze:

      Ale co mam zacząć? Zarabiać? Wykonywać dobra?

    • ewamaria2013 pisze:

      Czy chodzi o mój komentarz do reklam? No cóż, może i mogłabym zarabiać na reklamach, nie wiem jednak, bo nikt mnie nigdy nie spytał, czy może na mnie zarabiać. Czasem znajduję w różnych miejscach moje własne teksty, czasem opatrzone nawet pogróżką, że grozi mi kara, jeśli opublikuję je bez zezwolenia i zapłacenia honorarium adminowi jakiegoś portalu (nie mnie!), a mój przyjaciel, który pisze piosenki, znajduje je w składankach z reklamami na początku. Może autor składanek na tych reklamach zarabia, autor piosenek – nie. Są tacy, którzy produkują jakieś dobra i tacy, którzy na nich zarabiają. Czasem są to te same osoby, ale nie zawsze.

      • mik..:) pisze:

        dziwny jest ten swiat, powinien zarabiac ten kto daje dobro, niestety nie zawsze tak jest 😦

  2. mik..:) pisze:

    Chodzilo mi o to, ze nie ma nic zlego, w zarabianiu np na pisaniu bloga, ktorego inni chca czytac … 🙂

    • ewamaria2013 pisze:

      Generalnie oczywiście nie i gdybym na tym zarabiała (och jej, gdybym na tym zarabiała!) to po prostu napisałabym Wam, ja administruję i piszę, wy piszecie i czytacie lub tylko czytacie, ja zarabiam tyle i tyle i jeśli podzielę to między Was piszących, to dostaniecie po 1 euro albo po 2. Chętnie bym to tak robiła, ale ja na tym nie zarabiam i nie mam co dzielić i chcę, żeby autorzy i czytelnicy to wiedzieli. I tak każdemu Autorowi, jak u mnie zaczyna, mówię uczciwie – nie płacę, i byłoby nieuczciwie, gdyby pod spodem ukrywała się myśl „Wam nie płacę, ale sama zarabiam”. To tyle… Chcesz coś do mnie napisać lub przysłać do zreblogowania? 🙂

      • mik..:) pisze:

        Rozumiem 🙂

        Tak spontanicznie zareagowałam, bo sama dość długo uczyłam się tego, ze pieniadze nie są zle, ze mamy prawo je otrzymywać, nawet w przypadku, gdy robimy rzeczy slachetne.
        Bo czemuż to np piłkarz, bokser, może brać ogromne honoraria, a hydraulik, pielęgniarka czy sprzątaczka dziadostwo.
        Bo dlaczego niemoralnie jest wziąć pieniadze za oddaną krew … ?
        Takie moje byłe dylematy 🙂

        Ps
        moze kiedyś napiszę lub prześlę, choć nie uważam mojej pisaniny za wyżyny literackie, ot takie moje smutki i radości – taki moj kolor dnia 🙂

        Pozdrawiam serdecznie 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s