Stuart 36

Don’t give in to your emotions,
Cause they’ll get the best of you
Don’t play up to your senses
Yes, the’ll probably rule your whole life through
You’ll be fine

Nie ulegaj emocjom
One odbiorą ci to, co w tobie najlepsze
Nie daj się ponieść uczuciom
One prawdopodobnie będą tobą kierowały przez całe życie
– Wszystko się dobrze skończy

Alex Care, You will be fine

Joanna Trümner

Szpital

Dopiero po kilku minutach rozmowy z młodym lekarzem Stuart zorientował się, że ten zwracał się do niego po angielsku. Wypowiadane przez niego słowa brzmiały tak twardo i niewyraźnie, że wyłapanie ich sensu było wielkim wyzwaniem. Stuart domyślił się, że lekarz mówił o jego wypadku – lewa noga jest złamana w trzech miejscach, do wyleczenia potrzebnych będzie kilka miesięcy. Podczas przemowy doktora kilkukrotnie padło słowo „fortuna”, w którym Stuart rozpoznał angielskie słowo „szczęście”. „Przecież wiem, że mało brakowało, a przypłaciłbym życiem tę niefortunną kąpiel w morzu”, pomyślał, uśmiechając się do lekarza z wdzięcznością. Starał się odgonić od siebie natrętną myśl o tym, jak bardzo działała mu na nerwy sala pełna nieznanych mężczyzn, ludzi z którymi nie był w stanie się porozumieć i hałas w pomieszczeniu, które było zbyt małe na tę liczbę chorych. Odnosił wrażenie, że pacjenci na sali nieustannie się kłócą i dają upust złości na sytuację, w której się znaleźli. „Czy to kwestia języka, czy też pełen emocji sposób, w jaki ze sobą rozmawiają?”, zastanawiał się Stuart. „My zwracamy się do siebie monotonnie, bez gestykulowania i podnoszenia głosu, trochę tak, jakbyśmy żyli w zwolnionym, wyciszonym tempie i nie potrafili, albo nie chcieli ujawnić uczuć”.

Po wizycie poczuł się bardzo zmęczony, wziął dwie tabletki z leżącego na małym stoliku przy łóżku pudełka i wkrótce potem zasnął. Z głębokiego snu wyrwały go odgłosy muzyki, wydawało mu się, że jego łóżko wibruje w takt trąbki, która była najgłośniejszym instrumentem w trzyosobowej orkiestrze mariachi, grającej przy jednym z łóżek w szpitalnej sali. Stuart przetarł z oczu resztki snu i przyglądał się pacjentom. Na ich twarzach pojawiła się radość i spokój, patrząc na chorych myślał o tym, jak bardzo ludziom potrzebna jest muzyka – nawet kiczowata i głośna. „Może ludzie, którzy otarli się o śmierć potrzebują muzyki jeszcze bardziej?”, myślał, wsłuchując się w pełne temperamentu dźwięki. Wkrótce potem do pokoju weszła rodzina jednego z pacjentów, mama z trójką małych dzieci. Najstarsze z nich – kilkuletni chłopczyk niósł w rękach duży tort z zapalonymi świeczkami. „Biedny maluch”, pomyślał Stuart patrząc na dziecko „gdyby się teraz potknął i przewrócił nikt z nas nie byłby w stanie wstać i pomóc mu posprzątać bałaganu”. Na szczęście dziecko dotarło do łóżka ojca bez problemu. W chwilę później w sali rozległo się głośne, wypowiedziane chórem przez wszystkich „Feliz dia!”

On na pewno nie zapomni tych urodzin”, pomyślał Stuart przyglądając się uśmiechniętemu i zajętemu rozmową z rodziną solenizantowi. On sam poczuł się w tym momencie bardzo samotny, z trudnością udało mu się zapanować nad strachem przed kolejnymi dniami i niechęcią do ludzi, z którymi zmuszony był dzielić czas. „Przecież oni tu też nie leżą z wyboru, muszę coś zrobić, żeby wykorzystać ten czas na coś sensownego, może uda mi się nauczyć kilku zdań po hiszpańsku?”, zastanawiał się, przjmując kawałek tortu z rąk dziecka. Uśmiechnął się do chłopca i powiedział „Dziękuję, życz ode mnie tacie wszystkiego najlepszego”. Zobaczył, że w okrągłych, brązowych oczach chłopca na dźwięk nieznanej mowy pojawił się wyraz zaskoczenia i ciekawości. „Może jestem pierwszym obcokrajowcem, z którym rozmawia?, pomyślał. Przypomniały mu się godziny zabawy z małym Georgem i jego pełne podziwu i ufności oczy, tak jakby wszystko, co miał mu do powiedzenia Stuart było absolutną, niepodważalną prawdą o życiu. Zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo mu brakuje małego i postanowił w duchu, że odwiedzi siostrzeńca kiedy wróci do zdrowia.

W trzy dni później dwie pielęgniarki przeniosły go na wózek inwalidzki i pomogły mu po raz pierwszy od początku pobytu w szpitalu opuścić salę chorych. W pokoju z napisem „consulta” na drzwiach, który wyglądał na jeden z najbardziej reprezentacyjnych pomieszczeń szpitala, Stuart z niecierpliwością i niepewnością czekał na to, co się wydarzy. Był wdzięczny za odmianę w codziennej rutynie i miał nadzieję, że za chwilę będzie po wielu godzinach przymusowego milczenia w końcu mógł porozmawiać z kimś w swoim języku, dowiedzieć się czegoś więcej o swoim stanie zdrowia i o tym, jak długo to jeszcze będzie trwało.

Wsłuchiwał się w ciszę w pomieszczeniu, przerywaną od czasu do czasu odgłosami z korytarza. Po kilku minutach czekania w pokoju pojawił się przystojny, szpakowaty mężczyzna. „Brandon Hall, honorowy konsul Australii w Meksyku”, przedstawił się nieznajomy, którego wiek Stuart ocenił na pięćdziesiąt kilka lat. „Przerwałem urlop ze względu na Pana wypadek”, dodał po chwili z delikatną dezaprobatą w głosie. Stuart próbował rozładować sytuację. „Wiem, że zachowałem się idiotycznie”, powiedział, w duchu myśląc o tym, że odwiedzający go mężczyzna wykonuje swoją pracę, pracę, za którą dostaje od państwa pieniądze i że nie tak wyobrażał sobie pierwszą od dni rozmowę w ojczystym języku. Czuł rosnącą antypatię do tego sztywnego i pełnego dystansu mężczyzny. Brandon wręczył Stuartowi grubą, podniszczoną książkę. „To na zabicie czasu”, dodał. Stuart patrzył na „Davida Copperfielda”, książkę, która była jedną z obowiązkowych lektur w szkole. Próbował przypomnieć sobie jej akcję i wrócił na chwilę myślami do szkoły w Walton. Ze wspomnień wyrwał go Brandon: „Na razie nie nadajesz się do powrotu do Australii, musisz zostać w tym szpitalu przez co najmniej trzy tygodnie. W Meksyku są też prywatne, o wiele lepiej wyposażone kliniki, ale wątpię, czy cię stać na ich zapłacenie. Powiadomiliśmy twoją rodzinę, za tydzień ktoś do ciebie przyleci i będziesz mógł zacząć organizować powrót do Sydney”.

Kto?”, zapytał Stuart z ciekawością, zastanawiając się w duchu, który z członków jego rodziny mógł się zdobyć się na podjęcie dalekiej podróży. Brandon zaczął grzebać w notatniku. „Gdzieś zapisałem, ale nie mogę teraz znaleźć tych notatek”. „Jeżeli czegokolwiek potrzebujesz, to powiedz mi teraz albo poproś kogoś w szpitalu, żeby do mnie zadzwonił”, powiedział na pożegnanie, wręczając Stuartowi swoją wizytówkę do ręki.

Po powrocie na salę Stuart poczuł się bardzo zmęczony. Zdawał sobie sprawę z tego, że kolejne tygodnie będą dla niego dużym wyzwaniem i miał nadzieje, że z dnia na dzień będzie wracał do sił. Zasnął jak kamień, nie czując jak „Dawid Copperfield” wypadł mu z rąk i spadł na podłogę.

Zbudził go chór męskich głosów mówiących synchronicznie te same słowa. Stuart domyślił się, że były to słowa modlitwy i zobaczył, że sąsiednie łóżko przykryte było białym prześcieradłem. Pacjent, którego już nie było, był jedyn, którego głosu Stuart przez te dni nie usłyszał. Od początku jego pobytu na sali młody mężczyzna z sąsiedniego łóżka ani razu nie otworzył oczu. „Kto decyduje o momencie, w którym wszystko się kończy?”, zastanawiał się Stuart i zdał sobie sprawę z tego, że on sam miał rzeczywiście masę szczęścia. Prawdopodobnie nigdy nie uda mu się odnaleźć człowieka, któremu zawdzięczał życie. „Dlaczego to właśnie ja przeżyłem, nikt przecież na mnie nie czeka? Mogłem utonąć i nikt by mnie nigdy nie odnalazł. Dlaczego to właśnie ja wygrałem w kasynie pieniądze? Przecież mógłbym żyć dalej i bez tej wygranej, na pewno każdy w tej sali bardziej by ich potrzebował”, zastanawiał się i obiecał sobie w duchu, że zrobi wszystko, aby wykorzystać tę drugą szansę w życiu.

Kolejne dni minęły na czekaniu na wizytę z Anglii i czytaniu „Dawida Copperfielda”. Ta książka stała się dla Stuarta jedyną odskocznią od wiecznego hałasu w pokoju, od godzin, które po prostu nie chciały mijać, od bólu, który nie pozwalał spać i złych myśli, z którymi nie zawsze potrafił sobie poradzić.

Niedzielnego popołudnia, kiedy szpitalna sala pękała w szwach, Stuart z zazdrością przyglądając się roześmianym, zajętym rozmową rodzinom i ganiającym pomiędzy łóżkami dzieciom, po raz pierwszy od początku pobytu w szpitalu poczuł zbierające się w oczach łzy. Był tak hermetycznie odizolowany i samotny, że nie od razu zobaczył, że do jego łóżka podeszły dwie pielęgniarki. Znowu przesadziły go na wózek inwalidzki, jedna z sióstr szepnęła mu do ucha „Visita” i przykryła go troskliwie kocem. W kilka minut później Stuart siedział w pokoju konsultacji i z radością rozpoznał czekającego tam na niego Briana, partnera swojego zmarłego wujka. „Jak się dowiedziałem o tej twojej przygodzie, od razu zaproponowałem, że się tym zajmę”, przywitał Stuarta z uśmiechem. „Mam czas, mogę zostać tutaj tak długo, jak to będzie potrzebne, a potem przewieziemy cię do domu”. Stuart patrzył na Briana z wdzięcznością, myśląc o tym, że zmarły przed kilkoma laty ukochany wujek Stuart-senior nawet znad grobu odgrywa w jego życiu rolę anioła-stróża.

Cdn.

Reklamy

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Joanna Trümner i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s