Nowa polska proza, Imiona 1

Dariusz Patkowski

Imiona ojca

1

Spoglądałeś w lustro nieskończenie wiele razy, powielając swój obraz na domysły. Ty i matka stanowiliście jedno, nie można było was oddzielić. Ale to właśnie od niej usłyszałeś tak po raz pierwszy, jak po raz tysięczny: – Jesteś jego. Nigdy by się ciebie nie wyrzekł, nawet, gdyby bardzo tego chciał.

Nic nie wiedziałeś o człowieku, którego druga połowa krwi krążyła w tobie. Niczego nie przeczuwałeś usilnie wpatrując się w zaciśnięte usta bliskich, gdy temat schodził na jego postać. Tak właśnie- postać, bo osobą ciężko było nazywać ów cień, kładący się na twoich młodzieńczych latach. Zarzucałeś sobie, że go nie pamiętasz, choć może powinieneś, ponieważ odszedł kiedy miałeś dwa lata. Po prostu wyszedł i nie powrócił już więcej. Z zawodu był wojskowym. Twoja zapłakana matka pobiegła do jednostki w której służył, lecz on i stamtąd zniknął. Zdezerterował podwójnie.

Dorastałeś. Oczy zrobiły ci się czarne, a nos lekko orli. Nie wiedziałeś czyje źrenice spoglądają z odbicia. Matka czule gładziła twoje włosy, z dzikim błyskiem wpatrując się w tak nagle zrodzoną czerń twoich oczu. Nie chciała mówić. Wszystkie zdjęcia spaliła kiedy jeszcze pokutowałeś na nocniku za to, że zaczynasz odkrywać rozkosze i zakazy kultury. Nie ma miejsca na jego obrazy, wspomnienia czy słowa wśród twoich bliskich. I nigdy już nie będzie.

Czy wiesz chociaż, kto nadał ci imię? Czy orientujesz się może, czyje imię nosisz, przez kogo stworzone? Czy zdajesz sobie sprawę jakie zawarte znaczenie jest w słowie, którym przywoływano cię na obiad bądź do tablicy szkolnej, w którym zawarte były groźby i pragnienia, które wywołują w urzędach lub przywołują kobiety tuż przed nastaniem kresu?

Nie wiesz tego. Nawet tego nie wiesz. Nie potrafisz namierzyć, czyim się stało projektem i znakiem imię noszone przez ciebie. Do jakiej tradycji się odwołuje, dokąd powinno cię zaprowadzić. Domyślasz się tylko, że to jedyny prezent, prócz życia, otrzymany od niego. Tu trop się urywa. Ale czy on wołał do ciebie bądź na ciebie? Czy przywoływał do porządku albo radości? Czy domagał się czegoś? Twój umysł tropi poszlaki, lecz pamięć kładzie się pieczęcią na ustach rodziny. Gdyby każdy ród prowadził księgę, w której zapisywano by obecność innych, to sam wiesz najlepiej, że jego byś w niej nie znalazł. Ani śladu obecności.

A pamiętasz dzień, w którym odnalazłeś Boga? Ciężko zliczyć która to mogła być niedziela. Jedna podobna do drugiej, zawsze z matką, zawsze w tej samej ławie, zawsze komunia święta. Ale tamtego dnia spojrzałeś na Ukrzyżowanego i pewna myśl rozpaliło twoje chłopięce czoło. „To nie może być bóg”- pomyślałeś. „On nigdy nie mógł być tak blisko jak my”- pomyślałeś. „On nigdy nie był wśród nas”- stwierdziłeś, odczuwając wyraźną ulgę. Ile mogłeś mieć wtedy lat? Dziesięć albo jedenaście, czyż nie? Uważnie oglądałeś rzeźbę umęczonego zbawiciela, przyznając mu cześć i pozbawiając go boskości. Jako pryszczaty wyrostek dalej nawiedzałeś świątynię, z lękiem obserwując narastającą teatralność zachowań matki. Czy to nie wtedy coś w tobie powiedziało, a może to po prostu byłeś ty, że Chrystusowi warto składać hołd, nawet jeżeli był tylko człowiekiem? Czy to nie wtedy wzruszyła cię możliwość szaleństwa cieśli z Nazaretu, który pod symptomami urojeń oraz stanów wielkościowych był gotów rozkrzyżować swoje wątłe ciało pomiędzy na nowo biegnącym, linearnym czasem? Tamtego dnia ostatecznie odrzuciłeś religię Syna i Ducha, pomału wyławiając z mulistych mętów tożsamości nowe zjawisko, jakim miała być religia Ojca.

Później matka trafiła do szpitala, pamiętasz? Mówili: depresja. Mówili: to przez niego. Mówili dalej: powinieneś pójść ją odwiedzić, ona ma tylko ciebie. Poszedłeś więc, lecz nie na spotkanie z nią, tylko z inną. To był lipiec tuż przed klasą maturalną, a ty od wielu lat zmagałeś się z duszną ciekawością cudzego ciała. Twoje ciało było cudze i kobiece ciało było cudze. Kiedy zerkałeś w dół, ten kawałek mięsa albo sterczał niemiłosiernie odrywając cię od zagadnień matematyki lub pierwiastków chemicznych, albo dyndał obleczony w przyciasną togę napletka, którego nie można było ściągnąć. Nikomu nic nie mówiłeś- w tym wieku zazwyczaj myśli się: jakoś to będzie. Ile nasienia przelewałeś w ciemnych i parnych pomieszczeniach to tylko ty wiesz, płodząc coraz to nowe fantazje.

Tak, zamiast w objęcia chorej matki, poszedłeś w ramiona kobiece, na które zbierałeś pieniądze już od czasów bierzmowania. Wraz z tobą poszedł przyjaciel, uroczy blondyn znający na pamięć wszystkie wyniki meczów futbolowych odbywających się na przełomie ostatniej dekady. Namierzyliście ją kilka tygodni wcześniej, dwudziestoletnią, brunetkę w kręconych włosach o figurze komiksowych heroin. Jej akcent wskazywał na pochodzenie z tajemniczych, wschodnich krain, w których świat hrabiostwa Rostowów mieszał się z proletariacką utopią opartą na absurdzie i ludobójstwach. Ale o tym myślałeś już dużo później, kiedy obraz cwałujących huzarów nakładał ci się na niezrealizowane wspomnienie o gorącym, miłosnym kłusie jej kurewskich bioder.

Wszyscy myśleli, że jesteś w szpitalu. Dziadek dał ci dodatkowe dwie dychy, mówiąc:

„Zjedz coś na mieście gdy będziesz wracał”. Tylko bogowie raczyli wiedzieć, czego ona mogła jeszcze dokonać za taką dopłatą. Oczywiście, baliście się. Każdy z was pragnął wejść pierwszy, lecz ostatecznie poprzez żart i docinki odwlekaliście przywilej ewentualnego „pierworództwa”. Powiedziałeś: Idź, ja poczekam. To była walka w obronie ostatnich chwil trwania w chłopięcej czystości. Któryś z was jeszcze przez godzinę mógł napawać się stanem niewinności. Twój przyjaciel, zawsze bardziej dojrzały i wyrośnięty od ciebie, w końcu się zdecydował. Przerażony z podekscytowania, kłaniałeś się obcym ludziom na klatce schodowej nieznanego ci apartamentowca, wyczekując zniebozstąpienia szkolnego towarzysza.

Kiedy wrócił, jego opaloną twarz wykrzywiał uśmiech zdobywcy. Skąd mogłeś wiedzieć, że już niebawem kobieta ta miała stać się jedynie mitem, raz po raz powtarzanym przez usta przyjaciela? Ruszyłeś na spotkanie, ale nie tyle z nią, co z Nim, jednak fakt ten miałeś uchwycić dopiero wiele lat później. Tuż przed tym, twój kolega klepnął cię w plecy. To był ostatni niewinny dotyk, jakiego zaznałeś w życiu.

Czekała na ciebie, ubrana jedynie w atłasowy szlafrok. Nie było po niej widać dopiero co przepracowanej godziny. Przez chwilę rozmawialiście. Drżącymi palcami wręczyłeś jej sumiennie odliczony plik banknotów. Kiedy leżałeś już w dużym, czerwonym łożu, na którym dziesiątki mężczyzn dziennie oddawało się rozkoszy, byłeś zbyt zdenerwowany by mieć erekcję. Dziewczyna choć miła, zaczęła być stanowcza i kiedy w końcu zesztywniałeś, równie stanowczym ruchem ściągnęła twój napletek w dół. Chyba mało który młodzieniec może poszczycić się faktycznym rozdziewiczeniem, podobnym do tego, przez które musiałeś przejść. Z twojego przyrodzenia zamiast spermy wypłynęła krew. Owinięty w pospiesznie przyniesiony ręcznik pobiegłeś pod prysznic. Każdy dotyk twojego członka miał w sobie coś z przebitego szkłem mięsa mielonego. Mniej więcej taki obraz przychodził ci na myśl, kiedy próbowałeś opisać tamten ból. Majstrując przy genitaliach, w trakcie gdy zimny prysznic znieczulał krytyczny punkt, udało ci się naciągnąć napletek. Wyszedłeś od niej czysty i bez pieniędzy. Strażnikiem twojego sumienia nie był żaden Bóg, lecz fałda ściśle przylegającego ciała. Ktoś kiedyś w podobnej sytuacji dał ci życie. Gdyby on mógł być przy tobie, bacznie obserwując jak wzrastasz, to jak sądzisz- czy stulejka uszłaby jego uwadze? Może ojcowska troska wychwyciłaby problem zawczasu, dzięki czemu miałbyś już jedną kobietę za sobą? Chwilami snułeś inne fantazje, myśląc, iż jego obecność uchroniłaby cię od łapczywych ramion prostytutki. Byłoby inaczej. Tego byłeś pewien.

Kiedy matka wróciła ze szpitala, nawymyślałeś głupot na temat ostatnich lekcji biologii. Nieśmiało wspomniałeś o swoim starym problemie. Oczywiście, uwierzyła w twoją wersję wydarzeń. Wyregulowana przez antydepresanty wzięła się do macierzyńskiej roboty. Tydzień później zostałeś poddany zabiegowi obrzezania. Głupio ci było pytać matki o to, czy on także był pozbawiony napletka. Nic nie wiedziałeś ani o nim, ani o jego rodzinie. Żadnych zdjęć. Żadnych wspomnień. Swoją drogą, skąd u ciebie te niemal obsesyjne łączenie postaci ojca z egzotyką? Jego imię widniało (i widnieje) w twoim dowodzie osobistym i jest to jedno z najbardziej banalnych, rodzimych imion jakie znasz. Kiedyś żartowałeś: „Mój ojciec ma imię jak legionista”. „Dlaczego akurat jak legionista?”- pytano z zaciekawieniem. Odpowiadałeś: „Bo jest ich wielu”. W domyśle, rzecz jasna, jego imienników.

Babcia, kiedy dowiedziała się o twojej przypadłości, pół żartem, pół serio (a może tylko żartem lub tylko serio?) rzuciła: -Gdyby Hitler ponownie wkroczył do kraju, miałbyś przewalone. Owszem, ona zawsze miała ciężki dowcip, jak zresztą cała rodzina. Jedynie ciebie śmieszyła absurdalność wymieszana z grami słownymi. Nie muszę chyba mówić, gdzie dopatrywałeś się źródła własnych upodobań humorystycznych?

Wyzbyłeś się Ducha i Syna, włos ci pociemniał, nos uwydatnił, zostałeś obrzezany. W czerń twoich oczu weszła dzika iskra, która nie spodobała się ani rodzinie, ani przyjaciołom. Było w niej coś chorobliwego.

Nadeszła epoka internetowych portali społecznościowych, a wraz z nią obłęd cyfrowego sentymentalizmu. Niezliczone godziny logowałeś się na nich, natarczywie i przez długie godziny wpisując w wyszukiwarkach zlepek liter określających twoje nazwisko. Łącząc je z tym banalnym, a zarazem zagadkowym imieniem widniejącym w dowodzie osobistym, postanowiłeś przeprowadzić osobiste śledztwo na temat od lat nie dający ci spokoju. W międzyczasie miałeś kobiety, stypendia i tytuły naukowe. Dostałeś pierwszą pracę. Zostałeś, o zgrozo, oszukany przez naprędce kupiony test ciążowy swojej niedoszłej narzeczonej. Już miałeś zostać Nim, lecz i tutaj alarm okazał się fałszywy.

I wtedy zacząłeś słyszeć głos. Najpierw cichy, daleki, a później gwałtowny i nachalny męski głos. Nikt inny go nie słyszał. Głos ten rozdawał ci nakazy i zakazy, głośno komentując każde z twoich poczynań. Nie był znajomy. Starałeś się go opisywać jak najdokładniej, błagalnie prosząc matkę o jego weryfikację, czy to nie jest może tak upragnione wezwanie ze strony tego, który długim cieniem padł na sens twojego istnienia. Zamiast odpowiedzi dostrzegałeś w jej oczach grozę. Im większy strach przyoblekał spojrzenie matki, tym donośniejszy stawał się głos, jak gdyby chcąc cię, nagle i kategorycznie, oddzielić od niej.

Czasami dostajesz przepustki na spacer. Wtedy kroczysz zadumany przy boku barczystego pielęgniarza lub przymilnego stażysty i zawsze wybierasz trasę nad morze. Jego szum zagłusza to, co mówi do ciebie. Przez chwilę pozostajesz sam. Są takie dni kiedy słyszysz trzy różne głosy, a każdy z nich mówi co innego.

Wstajesz i ruszasz w stronę fal. Nikogo to nie dziwi ani nie interesuje. Chwiejnym krokiem idziesz naprzód tak długo, aż woda oblewa ci czubki butów. Ktoś krzyczy za tobą. Słyszysz poruszenie. Już sam nie wiesz, czyj głos do kogo należy. Wrzeszczące mewy krążą nad tobą niczym odwrócone kolorystycznie kruki. Wchodzisz do morza coraz dalej i dalej. Jesteś tak pogrążony w dźwiękach, że aż nieobecny. Pomału znikasz. Niebawem cię już całkiem nie będzie. Tak jak i jego.

Ciąg dalszy za dwa dni

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Dariusz Patkowski i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.