Stuart 38

Well, I hope that I don’t fall in love with you
‚Cause falling in love just makes me blue
Well, the music plays and you display your heart for me to see
I had a beer and now I hear you calling out for me
And I hope that I don’t fall in love with you

Mam nadzieję, że się w tobie nie zakocham,
Bo to zawsze oznacza dla mnie smutek
Muzyka gra, a ty otwierasz przede mną serce
Wypiłem piwo i słyszę jak mnie wołasz,
Mam nadzieję, że się w tobie nie zakocham

Tom Waits, I hope that I don t fall in love with you

Joanna Trümner

Sally i Brian

Stuart zerwał ze kalendarza na ścianie kartkę z miesiącem „listopad”. „Za kilka tygodni znowu święta i koniec roku. Kiedy ten rok minął?”, zastanawiał się i wziął do ręki kartkę świąteczną z Berlina, którą rano znalazł w skrzynce pocztowej. „Pamiętaj o wczoraj, żyj dzisiaj, miej nadzieję na jutro”, przeczytał i uśmiechnął się na myśl o swojej siostrze, Kate. Wyobrażał sobie Kate w dalekim, pokrytym śniegiem i zimnym Berlinie, był przekonany, że spędziła wiele godzin na chodzeniu od sklepu do sklepu w poszukiwaniu kartek świątecznych, które mówiłyby coś więcej niż „Wesołych Swiąt i szczęśliwego Nowego Roku”. Kartka kończyła się napisanym kulfoniastym pismem dziecka zdaniem: „W lipcu przyjedziemy cię odwiedzić”.

„Nareszcie”, pomyślał z radością. Przypomniały mu się długie, samotne godziny spędzone w łóżku w szpitalu w Cancun, godziny, podczas których z niedowierzaniem patrzył na ścienny zegar na sali. Często wyobrażał sobie, że czas, który, zdawało się, stał w miejscu, a którego monotonię rozpraszało tylko czytanie „Davida Copperfielda”, stał tylko wskutek rozładowanej baterii w zegarze. Nieraz wyobrażał sobie, że w ciągu nocy ktoś wymieni baterię i dni zaczną płynąć szybciej, że wstanie o własnych siłach i wróci do domu. „Może czas mija szybciej, kiedy jesteśmy szczęśliwi? Jutro minie już przecież pół roku od pierwszej randki z Sally”, zastanawiał się, odkładając kartkę pocztową od Kate. Przypomniała mu się ich pierwsza, niezbyt fortunna randka. W tydzień po ślubie Toma umówił się z nią na sobotnie spotkanie przy wejściu do ogrodu botanicznego w centrum miasta. Błędnie ocenił możliwość dotarcia tam na wózku inwalidzkim. Autobus, który jechał pod ogród, był zapełniony po brzegi, nie było w nim miejsca dla pasażera takiego jak on. Kierowca autobusu zatrzymał się na chwilę na przystanku i popatrzył bezradnie. Na twarzy miał wypisane pytanie, skierowane do Stuarta: „Dlaczego nie siedzisz w domu?” Rozłożył ręce i ruszył.

Po odjeździe autobusu Stuart długo czekał na taksówkę, w duchu wściekał się na siebie – „Co mi odbiło, żeby umówić się na drugim końcu miasta?” Kiedy dojeżdżał na miejsce spotkania był spóźniony o dwadzieścia minut. Z okna taksówki zobaczył jak Sally rozgląda się dookoła i szybkim, zdecydowanym krokiem odchodzi w kierunku przystanku autobusowego. „Musi być strasznie wściekła”, pomyślał i otworzył okno taksówki: „Bardzo cię przepraszam za spóźnienie, autobus uciekł mi prosto sprzed nosa i musiałem bardzo długo czekać na taksówkę. Następnym razem wyjdę z domu o wiele wcześniej, proszę, nie bądź na mnie zła”. „O ile jeszcze będzie następny raz”, pomyślał w duchu. „Jestem idiotą, który nie potrafi zaplanować czasu, ale idiotą, który cię naprawdę przeprasza”, dodał.

W kilka minut później siedzieli koło siebie na ławce w ogrodzie botanicznym. Rozmawiali o weselu Toma, początkach pobytu w Sydney i pracy w szkole. Zwiedzili ogród, a potem znaleźli w pobliżu przytulny pub z dobrą muzyką. W pewnym momencie Sally zapytała: „Od dawna jesteś sam?” „Moja była dziewczyna nie żyje”, odpowiedział. W milczeniu, które pojawiło się między nimi, Stuart dziwił się w duchu, że koszmar, który przeżył – potworny wypadek, zdradę, upokorzenie, powrót i uczucie winy za samobójstwo Meg można opowiedzieć jednym zdaniem.

Wdzięczny był Sally, że przerwała milczenie. Opowiedziała mu o chłopaku, z którym wspólnie przyjechała na studia z Adelajdy, pierwszej jej miłości, która skończyła się w Sylwestra przed dwoma laty. „Nigdy nie zapomnę tego pierwszego Sylwestra w Sydney”, powiedziała. „Dowiedziałam się, że Ben od kilku miesięcy spotyka się z moją najlepszą przyjaciółką. W nowy rok weszłam bez przyjaciółki i bez chłopaka. Nienawidzę Sylwestra”, dodała ze smutkiem.

Spotykali się co kilka dni. Sally często oszczędzała Stuartowi skomplikowanej wyprawy do miasta i wpadała do niego. Godziny mijały im na słuchaniu muzyki i rozmowach.

Pewnego wieczoru Sally przyniosła ze sobą skrzypce. Do tej pory Stuart kojarzył ten instrument z muzyką klasyczną. Sally zzaskoczyła go, proponując, by wspólnie zagrali „Stairway to heaven”. Gitara i skrzypce uzupełniały się idealnie, ta stara, często grana przez Stuarta piosenka brzmiała dzięki w nowej aranżacji zupełnie inaczej, bez patosu i melancholii. „To można byłoby zagrać w filharmonii”, pomyślał Stuart, przyglądając się Sally. Nie mógł oderwać od niej oczu. Skupiona na muzyce i nieobecna myślami Sally wyglądała pięknie. „Chyba się zakochałem”, pomyślał i poczuł, że ogarnia go panika. „Przecież ja tego nie chcę. Nie chcę, żeby ktoś mnie znowu zranił i odszedł. Muszę to skończyć, póki nie jest jeszcze na to za późno”. Zaczął szukać pretekstu do zakończenia wieczoru.

Przez dwa kolejne tygodnie unikał towarzystwa Sally. Nie dzwonił do niej, unikał podchodzenia do telefonu bojąc się, że to mogłaby być ona. „Przed kim się ukrywasz?”, zapytał Tom widząc, że przyjaciel nie podnosi słuchawki. „Nie ukrywam się, próbuję zapomnieć”, pomyślał Stuart. Jednak im bardziej chciał zapomnieć o Sally, tym częściej przypominały mu się ich spotkania, tym mocniej zdawał sobie sprawę, jak bardzo mu jej brakuje. Po dwóch tygodniach nie wytrzymał i zadzwonił. „To miło, że się odezwałeś”, przywitała go z wyraźną radością w głosie. Nie zadała żadnych pytań w stylu, „a dlaczego się nie odzywałeś?” i „czy coś się stało?” Stuart z ulgą odłożył słuchawkę. Już wiedział, że nie obronił się przed tym uczuciem.

Wkrótce potem w końcu zaczął poruszać się bez pomocy wózka inwalidzkiego. Dzień, kiedy po raz pierwszy od miesięcy przeszedł kilka kroków, wsiadł do samochodu i pojechał na zajęcia fizjoterapii bez korzystania z niczyjej pomocy, był dla wyjątkową datą. „To są moje drugie urodziny”, pomyślał zakreślając w kalendarzu datę piątego listopada. W duchu obiecał sobie, że co roku będzie o tym pamiętał. Przypomniały mu się kolejne etapy powrotu do zdrowia, operacja ból i strach, że do końca życia nie uda mu się opuścić wózka inwalidzkiego. W kilka dni później przeprowadził się do trzypokojowego bungalowu na północy Sydney, który kupił dzięki pomocy Briana.

W wieczór przeprowadzki Brian wpadł do niego wieczorem z butelką czerwonego wina w ręku. „Zapraszam cię na pierwszą butelkę wina w twoim własnym domu”, powiedział wchodząc do kuchni. „Nawet nie wiesz jaki jestem ci wdzięczny, że tak się mną zająłeś, gdyby nie ty gniłbym jeszcze w tym szpitalu w Cancun”, odparł Stuart. „Dziękuję Ci za ten dom, mój pierwszy własny kąt. Swoją drogą to smutne, że niczego do tej pory nie dorobiłem się dzięki własnej pracy”. „Nie przesadzaj”, odpowiedział Brian. „Masz przecież rodzinę, i Kate i twoja mama na pewno przyleciałyby cię wybawić, gdybym ich nie uprzedził. Ja potrzebowałem zmiany, jesteśmy sobie wzajemnie w jakiś sposób potrzebni.”

„Jakie to dziwne, że tyle zawdzięczam obcej właściwie osobie, komuś, kto nie jest ani członkiem rodziny ani przyjacielem. Komuś, kto powoli ma mnie dosyć”, pomyślał Stuart z niepokojem. Od czasu, kiedy zaczął spotykać się z Sally, Brian zmienił stosunek do niego. Nie starał się nawet ukrywać dystansu i niechęci do Sally, sceptycznie komentował miłość, która rozkwitała na jego oczach. „Zajmij się swoimi sprawami, musisz zacząć zarabiać własne pieniądze, ta przygoda nie jest ci teraz do niczego potrzebna”, powtarzał Stuartowi raz po raz. Zapanowała między nimi dziwna, pełna napięcia i niedomówień atmosfera. „Może podświadomie prędzej czy później tracimy sympatię do ludzi, którzy nam pomogli? Przecież ta pomoc jest zawsze dowodem naszego własnego nieudacznictwa”, zastanawiał się Stuart. Z dużą ulgą przyjął wiadomość, że na początku stycznia Brian planuje miesięczną podróż po Australii.

Postanowił zorganizować zabawę sylwestrową w nowym domu. W duchu bał się, że Brian może się czuć źle w towarzystwie o wiele młodszych od siebie osób, mimo to zdecydował się go zaprosić. Brian był pierwszym gościem. Już od chwili, kiedy wszedł do domu, Stuart poczuł dziwne napięcie. Dziwną, pełną agresji atmosferę, której nie rozproszyło przyjście innych gości, Toma z żoną, Sally z przyjaciółką i jej chłopakiem i sąsiadów. Stuart przyniósł właśnie z ogródka gotowe mięso z grilla. Na talerz Briana położył duży kawałek baraniny. W tym momencie zobaczył w oczach Briana złość i niedowierzanie. Wkrótce potem Brian odsunął na bok talerz i głośno powiedział: „W życiu się nie spotkałem z taką niewdzięcznością. Przecież wiesz, że jedyne, czego nie jem, to baranina. Ja od miesięcy myślę o każdym twoim terminie, o każdej fizjoterapii, o tym, żebyś miał własny dom i pełną lodówkę.” Mimo upału na dworze Stuart poczuł, że robi mu się zimno. Nie przypuszczał, że elokwentny, oczytany, elegancki, ba wręcz wytworny Brian potrafi zrobić z baraniny sprawę życia i śmierci, dając publicznie upust wściekłości i nie licząc się z nikim. „Wieczna wdzięczność może przerodzić się we wieczne upokorzenie”, pomyślał w duchu.

Wkrótce potem Brian wziął krzesło i siadł z dala od wszystkich, w ciemnym kącie ogródka. Stuart próbował ratować atmosferę i zajął się rozmową z innymi gośćmi. W kilka minut przed północą poszedł do Briana. „Przepraszam, to było głupie niedopatrzenie”. Brian wyciągnął rękę do Stuarta: „To ja cię przepraszam, ostatnio powiedziałem tyle głupich, niepotrzebnych rzeczy. Rzeczy, których nie myślę. Może po prostu nadszedł czas, żebyśmy od siebie odpoczęli. Pamiętam mojego ojca, który terroryzował cały dom, wszystko było powodem do wściekłości – byle jak zawiązane sznurówki, wizyta matki u fryzjera, za słona pieczeń albo złe stopnie w szkole. Pamiętam, jak powiedziałem sobie, że zrobię w życiu wszystko, żeby nie stać się taki jak on. Nie dotrzymałem obietnicy, zachowałem się jak idiota, przepraszam. Mam nadzieję, że jak wrócę, to będziemy mieli obaj jakiś plan na dalsze życie”. O dwunastej wspólnie przywitali przyjście roku 1986.

Cdn

Reklamy

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Joanna Trümner i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.