Z archiwum Andrzeja Rejmana

Zawsze można dać nie publikowane wiersze Saliny Baniewiczowej, napisał Andrzej Rejman, gdy nie byliśmy pewni, czy uda mu się coś napisać na czas… Zawsze się jednak udawało, aż do dziś, gdy się nie udało, ale może dlatego, że mu wczoraj odebraliśmy z Tomaszem Fetzkim jego przynależny, pana-Rejmanowy co drugi wtorek… I teraz, tuż przed północą i środą, którą mu w tym tygodniu przeznaczyłam, stwierdzam, że nic mi Andrzej nie przysłał, sięgam więc po tego maila z sierpnia ubiegłego roku i czytam:

zawsze można dać nie publikowane wiersze Baniewiczowej, wiersze są w mojej gestii, maszynopis przekazała  sama autorka mojej babci w latach 60, nikt ich nie publikował, oprócz wybranych kilkunastu – na naszym blogu też było kilka, ale można zawsze kontynuować. Wiersze są może bardzo naiwne, ale są pewnym świadectwem kulturalno-historycznym

… Baniewiczowa (czyli Salina Baniewicz) – pisała do swojego syna Antosia (ps. Wilczyński), który zginął w Powstaniu Warszawskim na Żoliborzu, 29 września 1944 roku. Powstało ponad 70 wierszy, w dużej części trenów, wiele zawierało refleksje na temat powojennej budzącej się do nowego życia, lecz zniewolonej wciąż Ojczyzny –

JUŻ NIEDALEKO

Już niedaleko do końca podróży –
Zostało zaledwie kilkanaście kroków;
A potem spokój – cisza po burzy
I ciemność milcząca, bez cierpień, bez oków.

W ostatnich chwilach wędrówki tułaczej,
Gdy nogi się plączą z wielkiego zmęczenia,
Czuję wyraźnie, lecz jakoś inaczej
Daremnych wysiłków upokorzenia.

Widzę, jak człowiek w trudzie i znoju
Bezwiednie wypacza rolę człowieka
I jak na szczęście trwałego pokoju
Od wieków na próżno cierpliwie czeka

A życie tymczasem jest uciążliwa
Walką bezwzględną, powszechną, stałą,
Z której mocniejszy intrygą złośliwą
Wychodzi pozornie zwycięsko i cało.

Na krzywdzie wyrasta dobrobyt sąsiada;
Zachłanność wypala jego sumienie;
Aż wreszcie niezgoda, zawiść i zdrada
Zniweczą radość, wzbudzą zwątpienie.

W chaosie wielu powikłań tragicznych
Twórcze poczucie piękna ginie;
A wśród szamotań się ustawicznych
I kult dla czynu też się rozpłynie.

Dola biedaka – gorzka, surowa
Szyderstwem, zniewagą boleśnie smaga;
Wynurza się nagle sprzeciw od nowa,
Pod którym drzemie lęk i odwaga.

Nędza i wyzysk, udręka niewoli
Strącają w otchłanie złorzeczeń, załamań;
A niesprawiedliwość sączy powoli
Jad nienawiści, ohydę zakłamań.

Bywa jednakże, że wielkie cierpienie
wspaniałą twórczość czasami rodzi;
Z tęsknoty nieraz powstaje natchnienie,
W rozpaczy talent do szczytu dochodzi.

Sprzeczności niczym nie wytłumaczone
Wiodą do próżni i w próżni toną…
U kresu podróży – myśli zmęczone
Płyną bezładnie w dal nieskończoną…

1953 r.

***

Podczas długich, samotnych wieczorów

Szkoda trawy zdeptanej na łąkach;
szkoda kwiatów, zerwanych w pakach;
szkoda pieśni, skowytem rozdartych
i na grobach – napisów zatartych.

Szkoda modlitw niewysłuchanych;
szkoda wierszy nieprzeczytanych,
w których łkają najświętsze wspomnienia,
które żarzą się męką cierpienia.

Szkoda czynów niedokonanych;
szkoda twarzy nierozpoznanych;
bohaterów żal – bezimiennych,
ich daremnych ukochań – płomiennych.

Szkoda pragnień ze złudzeń odartych;
smutnych oczu, szeroko otwartych,
w niewyraźną dal zapatrzonych,
wizją krwawych walk przerażonych.

Szkoda serc w zniechęceniu ginących;
zwierzeń cichych, szczerych, gorących;
myśli – niedopowiedzianych
i krzywd – niepowetowanych.

Szkoda haseł, gdzieś zagubionych;
marzeń śmiałych, lecz niespełnionych;
prawd – na zagładę skazanych;
obietnic – niedotrzymanych.

Podczas długich, samotnych wieczorów
szkoda w mroku tonących kolorów
i dławionej największej rozpaczy,
której nawet nikt nie zobaczy…

szkoda małych, bezdomnych dzieci,
cennych książek, rzuconych do śmieci..
i tej trawy zdeptanej na łąkach,
i tych kwiatów, zerwanych w pąkach.

Warszawa, 1950 r.

CZY ZNASZ…?

Czy znasz te uderzenie
Wrażej przemocy piekielnej
I poniewieranie, niszczenie,
Idei nieśmiertelnej?

Czy znasz tę pracę podziemną,
Powstania czyn szaleńczy…
I siłę ducha tajemną,
I zapał – ten młodzieńczy?

Czy znasz te ciemne otchłanie
Walki i męstwa bez granic,
O pomoc daremne wołanie,
Ofiary złożone… na nic?

Czy znasz to straszne cierpienie,
Które przenika w głąb serca
I każde szlachetne dążenie –
Paraliżuje, uśmierca?

Czy znasz ten ból dotkliwy,
Gdy wróg nikczemnie gnębi,
I jego śmiech zjadliwy,
Gdy skon twe czoło ziębi?

Czy znasz te życie skrwawione,
Odarte z miłości i złudzeń,
W ojczystą ziemię rzucone
Bez blasków i bez przebudzeń?

Czy znasz ten bunt bezsilny
I to powolne konanie,
Gdy mrok osnuwa mogilny –
Twoje jedyne kochanie…?

Warszawa, 1948 r.

POWINIENEŚ ŻYĆ JESZCZE…

Wszystkie myśli moje, nabrzmiałe rozpaczą,
Synku mój jedyny – w dal ku Tobie płyną,
Wspomnieniami łkają, co nigdy nie miną,
Łzami bólu, buntu i tęsknoty płaczą.

Powinieneś żyć jeszcze, cieszyć się młodością,
Zapachem żółtych liści opadłych, jesiennych,
Co szeleszczą o minionych dniach letnich, promiennych,
Pulsujących rozkoszą, ciepłem i radością.
.
Powinieneś żyć jeszcze… chłopcze mój rodzony.
Lecz miejsca ci zabrakło, chociaż świat jest duży.
Tyś tak kochał piękno, marzył o podróży,
Żeby chłonąć oczami cały kraj zielony.

Powinieneś żyć jeszcze…po krwawych latach znoju
Należą ci przecież błogie szczęścia chwile;
Lecz przetrwałeś wojnę, niebezpieczeństw tyle,
By w ostatnim dniu polec, jak bohater, w boju!

A poszedłeś walczyć uzbrojony w męstwo;
Innej broni nie miałeś…ale młodość, siła..
Siła Twego ducha – przeszkody kruszyła
I zmuszała wierzyć w wyśnione zwycięstwo.

I, jak zwykle, podczas wrażego naporu,
Zmęczony, spragniony, wyczerpany, głodny,
Chwytając w ataku karabin przygodny,-
Broniłeś czci Polaka, Ojczyzny honoru!

Butelką z benzyna – czołgi paliłeś,
W przemoc piekielną rzucałeś się bez lęku;
Ściskając tylko dwa granaty w ręku,-
Od bomb i pocisków – Warszawy broniłeś!

Nierównym, niezwykłym był ten bój uliczny…
A świat się tymczasem przyglądał ciekawie
Tej dziwnej, tej strasznej, upiornej zabawie,
Czekając spokojnie na wynik tragiczny.

W przedostatnim dniu września,
W godzinach porannych
Konało serce twoje na warszawskim bruku,
Wśród morza płomieni, w niemilknącym huku,
Wśród dymu, zgrzytu i salw nieustannych…

I Ciebie, coś braci ginących ratował-
Porzucono samego na pastwę zbrodniarzy,
I nikt się nie schylił do twej twarzy
I krwi, płynącej z ran, nie zatamował.

Syneczku! – niepokój mnie szarpie na nowo,
Bo już się nie dowiem jak bardzo cierpiałeś
W skonania chwili; może próbowałeś
Przesłać mi ciche pożegnalne słowo…?

I teraz, chodząc po smutnych cmentarzach
Każdą mogiłę całuję oczami,
Bo szukam Ciebie i pytam czasami:
Gdzie jesteś Synku – tu, czy na ołtarzach?

27 października 1948 r.

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Andrzej Rejman i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Z archiwum Andrzeja Rejmana

  1. Zbyszek pisze:

    Wiersz powala mnie swoim pieknem, smutkiem i prawda.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.