Zakopane wymazane wzgórze psów

Ewa Maria Slaska

Lament nad Polską (zapiski literackie człowieka staroświeckiego)

Dla Esther Schulz-Goldstein

Pisarze piszą. Duzi pisarze dużo piszą. Piszą dużo dużych grubych książek. Są też pisarki. Też piszą dużo grubych książek, ale akurat dziś staroświecko zaatakuję trzy grube książki napisane przez pisarzy czyli przez mężczyzn. Tak wyszło. Co gorsza, przyznam się, że dwie z tych książek już tu na blogu chwaliłam, a i trzecią można by było na upartgo pochwalić (a nie jest to blog literacki i nie biorę na warsztat każdej książki, jaka się ukazała, a nawet daleko nie każdą, którą przeczytałam.). TU chwaliłam Zakopane, a TU Wymazane. Ale Wzgórza Psów już nie mogę pochwalić, mimo że rzecz jest nie najgorsza i pewnie, gdyby nie zakopane i nie wymazane, zasługująca na zainteresowanie.

Jest gruba. Wszystkie liczące się teraz książki są grube. Trochę to nadmuchane nieekologicznymi metodami wydawniczymi, gruby (ale lekki) papier, szerokie marginesy, duża czcionka. Ale i bez tego są grube. My (zaczynam lament staroświecki) przyzwyczajeni byliśmy do tego, że pierwszą książką jest tomik, tomik wierszy rzecz jasna, i liczy 30, 50, no góra 80 stron. Tomików można było wydać dużo. Na przykład 18, 20.

A potem pojawiają się pierwsze nasze powieści, nasze debiuty!, i liczą 150, no 200 stron. Trzysta to już była gruba rzecz, na trzysta trzeba się było sporo napracować, a może i mieć znajomości. Wydawnictwa borykaąy się z brakiem papieru, nie można sobie było pozwolić na grube książki. Ale taka niewielka powieść była świetna. W sam raz do czytania pod ławką podczas wykładów, w łóżku, nawet pod kołdrą i przy latarce, w pociągu.

Przyzwyczajenie do średnich wymiarów książki przydało się też, gdy zaczęliśmy czytać i wydawać książki w II i III obiegu, podziemne, wydawane za granicą. Łatwiej je było poutykać po kątach, nie rzucały się w oczy.  Na półce po lewej tomiki Andrzeja Nazara; zdjęcie własnej półki zrobione przez autorkę bloga To przeczytałam.

Powiem przy okazji, że jak na to, ile miejsca w naszym życiu i w naszych bibliotekach zajmowały „tomiki”, w sieci jest dziwnie mało zdjęć regałąw z „tomikami”. Wiele jest natomiast fot powtwierdzających moją tezę, że „dawniej, panie, książki nie były takie grube”:

Jerzy Giedroyc, wydawca paryskiej Kultury – w tle książki, które wydawał. Zdjęcie sprzed 20 lat. Na załączonym obrazku widać wyraźnie, że jeszcze stosunkowo niedawno książki nie były takie grube!

Ale grubość współczesnych powieści to nie tylko miejsce na półkach, to również ilość miejsca, które zajmują w naszych umysłach nie tylko swym przesłaniem, ale i jego opakowaniem – watą, powtórzeniami, przesadnym rozwlekaniem narracji. I nie mówcie mi, że jest to potrzebne, aby na przykład utrzymać tradycję „opisów przyrody” i „zachodów słońca nad Niemnem”. Nad Niemnem jest ze trzy razy cieńsze niż Wzgórze Psów, a jest tam znacznie więcej przyrody niż w całej współczesnej literaturze razem wziętej. Zresztą nikt już nie zna roślin, co u Witkowskiego w Wymazanym sprowadzi się do znakomitego skrótu nie tylko myślowego, ale i społecznego: „las, w którym rosną trujaki”. Las, a za lasem bagna. bagna, gdzie straszą trupy. U Żulczyka las to coś, czego miastowi się boją, a my, tutejsi, olewamy. W Zakopanem las rośnie jako tło.

I tu dochodzę do punktu najważniejszego. Zakopane wymazane Wzgórze Psów to jedna i ta sama powieść, to wciąż taki sam świat, w którym raz więcej jest sympatii, raz absurdu a raz z kolei gryzącej pogardy, ale te trzy książki razem to obraz Polski, która „jaka jest, każdy widzi”. I, niestety, widzi tak samo.

Wszystkie te trzy powieści przeczytałam w miarę w jednym czasie, w takim, że wciąż jeszcze pamiętam poprzednie, gdy czytam następne. Doplątują mi się tu zresztą jeszcze dwie berlińskie powieści Magdy Parys, Tunel i Magik, ale pomijam je tu, mimo wszelkich podobieństw stylistycznych, bo Parys pisze jednak głównie o Berlinie, a Zakopane wymazane Wzgórze Psów zatrzymało mnie swą polskością. Czytam te książki, a w nich „Polska właśnie”, ta nasza dzisiejsza, pokręcona, wydobywająca się z Komuny, niemal już zapomnianej, pokiereszowana w procesach transformacji, a teraz zalewana od góry słodko-patetyczną breją religijnego patriotyzmu. W tym świecie zbrodnia jest na porządku dziennym, przerasta wszystko jak korzenie paprotki ziemię w za małej doniczce, uczciwy okazuje się mordercą, a gwałciciel maminsynkiem. To prowincjonalna Polska, która wypełzła na powierzchnię i zalała cały kraj. Zakopane wymazane Wzgórze Psów to pisowska rzeczywistość, świat którego się już nigdy nie pozbędziemy.

Wszyscy mówią zdeprawowanym językiem nabożnych przekleństw i to jeszcze jest chwyt stylistyczny: „kurwajebanaspierdaklajchujciwdupęomatkoboskanamiłośćboską…” Ale autorzy tej jednej wielkiej powieści piszą swą historię z błędami i niegramatycznie, i nie jest to chwyt stylistyczny, tylko lekceważenie prawideł gramatyki, gdzie nie ma już znaczenia rozróżnienie gdzie i dokąd i nie wiadomo dokąd ono nas zaprowadzi. Zapewne tam, gdzie wszystko można sobie wziąść, ubrania się ubiera, a światło włancza.

Nawet zbrodnie w tym jednolitym świecie są jednolite, ktoś wrzucony do ciemnej piwnicy w Zakopanem, w Wymazanym tonie w bagnie, a na Wzgórzu Psów z tych bagien i ze tej ciemnicy wypełza, w zakrwawionych zębach przeżuwając ludzkie mięso. Polskie zbrodnie pod koniec drugiego dziesięciolecia Trzeciego Tysiąclecia są zarazem okrutne, jakby je Mankell wymyślił, ale równocześnie prymitywne. Więźniów się trzyma w norach i jamach, ale traktuje się ich jakimiś laserowymi blasterami. To nie jest prawdziwy świat, to gra z użyciem klocków lego, gdzie nic nie ma znaczenia, bo wszystko można, nikogo nic tak naprawdę nie boli, i nikt nie umiera na serio, bo nigdy naprawdę nie żył. A zresztą można mieć dwa a nawet trzy życia.

Czytam trzecią książkę z tej serii (choć oczywiście nie jest to seria zamierzona, wręcz przeciwnie) i przestaję rozumieć sama siebie. Pierwszą powieścią byłam zachwycona, drugą naprawdę szczerze pochwaliłam, a przy trzeciej skóra mi się jeży na grzbiecie jak zezłoszczonej kotce. Wiem, rozpoznaję znakomicie intencje autorów. Wiem, są po naszej stronie, po stronie demokracji, wartości międzyludzkich i całego tego jazzu. Chcieli dać krzywy i przerysowany obraz Polski, po to, żebyśmy w tym krzywym lustrze zobaczyli, jaka ta Polska jest. Stanęli mentalnie po naszej stronie, to ich pisarski czarny protest i ćwierćmilionowy przemarsz po polskich drogach, a w rękach trzymają parasolki, to ich prorocze i upiorne krakanie pod czarnymi chmurami… Wiem to, doceniam, i nie mogę tego znieść. Nie mogę znieść homogenicznej jedności tych trzech książek, tej prowincji małych ludzi i minimalnych potrzeb, która zalała Polskę czarnym szlamem uniformizacji. Bo w momencie, gdy czytam, jestem jeszcze przynajmniej ja, niezależnie myśląca czytelniczka, ale gdy zamknę okładkę kolejnej książki, ja znikam, a pod tą okładką kłębi się robactwo. To, co Koperski, Witkowski i Żulczyk stworzyli, to Polska jako dziura, w której przez dwa lata przetrzymywano Krzysztofa Olewnika. Zresztą to nie tylko oni, zapowiedź tego krwiożerstwa była już u Parys, u Tokarczuk, u Krajewskiego. Nie sięgam po Twardocha, nie chcę następnych konfrontacji z wszechobecnym złem.

Proszę Esther Schulz-Goldstein, która jest najinteligentniejszym człowiekiem, jakiego znam, żeby mi pomogła uporać się z tym żmutem, który ulokował mi się w gardle i którego nie mogę wypluć, tak jak w dzieciństwie nie mogliśmy ani połknąć ani wypluć strasznej guli przeżutego mięsa…

Opowiadam jej i opowiadam. „Ach”, kiwa głową, i dorzuca polano do kominka. Jutro Wielkanoc, jest zimno jak w lutym. „To druga głowa rzymskiego Janusa. To nie jest prawdziwa Polska, to tylko odpowiedź na propagandę PiS. PiS prowadzi politykę regresji, ucieczki od normalności i od norm XXI wieku, wraca do świata sprzed stu i dwustu lat, w którym każda klęska jest tym bardziej zwycięstwem im bardziej jest krwawą przegraną, jest w stanie przekuć każdy krok wstecz w postęp. Jest żywym przypomnieniem, że stare więzi międzyludzkie wciąż jeszcze istnieją. PiS tworzy homogeniczny świat regresyjnych wartości, świat, który obiecuje bezpieczeństwo, dobrobyt i stabilizację pod warunkiem przyjęcia wspólnej z przywódcą ideologii. Ci twoi pisarze, zasadniczo oponenci, aby się przeciwstawić temu, co oferuje propaganda, nie tworzą innego świata, lecz kreują równie homogeniczny świat na opak. I jeśli świat PiSu opiera się na zakłamaniu, przeinaczaniu prawdy i nienawiści, to jego lustrzane odbicie też musi takie być. PiS pożera państwo, a intelektualista, który chce to opisać i przed tym przestrzec, nie jest w stanie uniknąć tego, że i on stworzy świat tych, którzy pożerają własne mięso.”

Reklamy

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Ewa Maria Slaska i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s