Deszczowa delegacja 1

Będą trzy dni pod rząd, bo opowieść jest niezmiernie długa. Cholery dostaniecie, ale historia jest tak zagmatwana, że jeśli ją w trzech odcinkach opublikuję raz na tydzien, to już nic nie zrozumiecie. Od pierwszego razu i tak się nie da wszystkiego pojąć, przynajmniej JA nie dałam rady! I o dziwo, pogoda jest brzydka, ale to opowieść na lato…

Suspens!

Mieczysław Bonisławski

Dzień wstawał mglisty. Było chłodno, ale w taki rześki sposób. Lato. Trochę śmiechu
warte. Powinnam wybrać, jak się ubrać na podróż? Wyjazd to wprawdzie był niedaleki, jakieś dwadzieścia kilometrów, a nie na przykład do Wrocławia, czy choćby Gorzowa. I autobusem, pekaesem, jak tu mówią, a nie rowerem, czy furmanką. A jednak. Nie było bez różnicy, czy ta mglistość, jak tylko potem mgła się podniesie, zmieni się w słoneczne przedpołudnie, czy też rozdżdżoną, mokrą od deszczu kapuśniaczka pluchę. Brrr, zimną i przenikającą do kości…
Ojciec, gdyby tu jeszcze był z nami, kazał by mi założyć gumiaki, jakiś gruby sweter i
nieprzemakalną (taką jakie noszą rybacy) katanę z kapturem, spodnie z wojskowego
demobilu, broń Boże – brać parasol. On kochał pluchę, gdy wszyscy uciekali pod dach, kryli się po różnych zakamarkach. Tak, on wtedy wychodził na ulicę, bądź ścieżkę – zależnie od tego, czy to było miasto, czy wieś – i szedł naprzeciw światu, bynajmniej nie nieznanemu i nie po przygodę. On lubił pustkę, deszcz i tak nieskrępowany przez nikogo lubił spoglądać w oczy otaczającej rzeczywistości. Opisywać codzienne życie, ruch lub bezruch, robotników pracujących w ociekających maszynach lub ubraniach, lub – schowanych i przeczekujących deszcz. Nie, żadnej tam przygody, żadnego nieznanego.
Ale dla mnie ten krótki wyjazd do cegielni w sąsiednim powiecie był i przygodą, i krył wiele
tajemnic. Pierwszy wyjazd w teren dziennikarki z zupełnie nowego działu Gazety. Miałam
znaleźć sensację i ją opisać, ale tak, aby materiał był społecznie użyteczny. Redaktor Świtała, delegując mnie na tę dziewiczą wyprawę, wspomniał nawet coś o mym Ojcu. Jakoś tak, żebym pamiętała, jak się skończyło pisanie Ojca o Ostrowskim i że ja mam rozpocząć swoją, zupełnie nową kartę… Zaraz, jak on to powiedział ?
Nie, nie przypomnę sobie teraz. A więc co: słoneczny dzień, czy zafajdana plucha ?
Co mi, dziecince (tak by powiedział i Ojciec i odgrywający teraz Ojca, sekretarz redakcji Ś. – co ci dziecinko ?), a więc co mi, dziecinko, podpowiada kobieca intuicja ? A więc najpierw popatrz w okno, dobrze, a teraz – w lustro. I co zobaczyłaś Alicjo ?
…Klema, jak się pochylał nad stolikiem, nie dalej jak wczoraj wieczorem. Piliśmy
trochę na dole, pod redakcją, w nowym Klubie Dziennikarza, potem „Pod Orłem”, a na końcu w „Ratuszowej”. Lub odwrotnie.
Ha, piliśmy ! Przecież mnie odrzuca od samego zapachu tej ohydnej wódy. A więc, ja nie
piłam, tak dla jasności. A może właśnie powinnam ?
Klem był usposobiony tym razem plastycznie, miał swój dzień malarski. Popatrzył na mnie
zza zasłony dymu z tlącego się tytoniu
– To nie jest dobry pomysł, aby tam jechała Alicja. Widziałaś siebie w lustrze ? Przecież ty
emanujesz kobiecością u progu. Jesteś jak pąk tulipana, który za chwilę pęknie w stronę
wszechświata jaskrawą czerwonością. Tylko to nie będzie barwa, ale zapach, ruch,
niedokończony gest. Kwintesencja rodzącej się kobiecości. Nie jedźAlicjo, oni, ci
chłoporobotnicy tego nie zdzierżą i cię zgwałcą, zanim zapiszesz w notesie ich pierwszą
odpowiedź– zatroskał się.
– Nie, nawet nie. Zawiną ci spódnicę, zanim zdążysz zadać pierwsze pytanie – poprawił się.
– Dlatego założę spodnie.
– I wypchasz je pakułami, aby wyglądać jak ich żony, dupiaste i czerwonolice od machania
widłami – opisowo ujął Michał Horowicz.
Klem z niesmakiem powstał od stolika.
– Czerwone mordy to my sami mamy. A Alicja jest jak czerwony tulipan, co się właśnie
rozwinie… Tu nie ma atmosfery, musimy się upić, ale nie tu. Co sądzicie o zacnym wyszynku pod białym ptakiem ? – seplenił jak rzadko, słowa wychodziły od niego stulone jak płatki tulipana na noc.
Zastępca nie byłby sobą, gdyby się nie odgryzł. Horowicz znany był z tego, że wszystko o
wszystkich wiedział i lubił tym prać na odlew, po pysku:
– A pamiętasz jak to było u Kurkowiaka ? Gdy ci nagadał, że jego vice, Koleńczuk, żalił się
że w jego biurze pijecie wódkę ? Co mu wtedy powiedziałeś ?
– „A propos, masz coś ?” A że nie miał, zawołałem na chłopaków, „chodźcie”, tak
powiedziałem. I poszliśmy. A to był człowiek takiego gołębiego serca…
– A zatem pamiętasz. A, że to było biuro Wydziału Kultury Wojewódzkiej Rady, a Franciszek był jego kierownikiem…
Zaczynało się robić nieciekawie. Ktoś musiał to przerwać.
– Schwarzer Adler. To dla ciebie ważne Alicjo. Jedziesz jutro szlakiem dawnej kolei na
Szprotawę. Za Prusaków, tam „Pod Czarnym Orłem”, odbywały się zebrania udziałowców
spółki kolejowej Lenza.
Nie zauważyłam, czy tę tyradę wygłosił Zdzichu Giżejewski, czy prześwietny oberpedagog
tego miasta Ludwik Kończał ?
Ale tak, spodnie ? Dobrze, niech będą spodnie, może faktycznie w tej cegielni suknia i
pończochy zrobią nie takie wrażenie, jakiego potrzebuję ? A do spodni, co, sweter ? Będę
wyglądać jak taka lala z Warszawy, za jakąś artystkę mnie wezmą, nie za prawdziwego
dziennikarza. Niech to wszystko… !
Wpierw za okno. Chyba zaczyna jednak siąpić ? Nici ze słońca. Jak się ubrać na deszcz, do
chłopów utaplanych do obiadu w glinie, a po obiedzie w gnoju, aby mnie nie wyśmiali ?
Nie, oczywiście, o żadnym gwałcie nie myślałam, nie bałam się. Ale musiałam zdobyć ich
zaufanie. Nie mogłam ich ani rozśmieszyć, ani znieważyć. Nie mogli się ze mnie śmiać, jako z dziewczyny wchodzącej w męskie tematy. Nie mogli się też na mnie zamknąć, czując że się ponad nich wywyższam, niczym jakaś pinda z wielkiego świata.
– Alka.
Co to ? Sama do siebie zaczęłam gadać ? Zerk w lustro. No, znajoma, jak mówią przyjaciele, całkiem ładna twarz. Mówiąc szczerze, piękna nie była, może właśnie oryginalnie ładna: te intrygująco wystające kości policzkowe pod wysokim czołem i lekko skośnymi (do środka), głęboko osadzonymi, szerokimi oczami. A wąska, ale pełna żuchwa, z tymi dwoma głębokimi bruzdami, idącymi po obu bokach zwężającej się brody, jak twierdzili chłopcy (i czasem dojrzali mężczyźni po trzydziestce – vide sam Klem [niestety konserwator, nomen omen, zabytków] i aktorzy [choćby i prowincjonalni], czyli Zdzichu, mogła oddziaływać prokreacyjnie. Czyli po naszemu, była nawet apetyczna.
– Alka, jesteś tam ?
Ale to nie ja do siebie gadałam. Twarz z lustra nie otwierała ust, a przecież brzuchomówstwa doktor Bandurski u mnie nie wykrył (tylko niepokojący wyrostek robaczkowy). Okno !
Otwarte na rozszerz…
Na ulicy stała niewysoka szatynka. Ubrana skromnie za to praktycznie, czyli gotowa
do łobuzerki. Kto pierwszy, nawet przed niektórymi chłopakami, wspinał się z ulicy Krakusa na szczyt nasypu kolejowego ? Kto wymyślił zakłady o wspinaczkę po konstrukcji wiaduktu i dopingował chłopaków w języku swego dziadka, po francusku ? Moja dobra Wioleta.
– Wiesz która godzina ? – padło zza okna – Za pół godziny mamy pekaes.
– Myślę, jak się ubrać ? Chyba będzie tak cały dzień mżyć, co ?
– A o chłopach pomyślałaś ?
Roześmiałyśmy się obie. Wszystko nagle wydało się trywialne.
– Zaraz, zaraz, jak to: mamy ?
– Jadę z tobą.
Wioleta, moja przyjaciółka z liceum. Została w mieście, zdecydowała się czekać na swoje
nauczycielstwo na miejscu, podczas gdy ja wyjechałam na to dziennikarstwo. Jej dziadek,
kiedyś tam przed wojną, wyemigrował do pracy do Francji, potem wrócił. Bez pieniędzy i bez pokory. Na tym zachodzie wyuczyli go, że hej. Od powrotu klepali razem biedę w takim
wiejskim bardziej domku, z kiblem na podwórku. Przy samym nasypie kolejowym, w pobliżu wiaduktu na Krakusa. Cała dzielnica, taka biedna bardziej. Chyba jedyna Wioleta stamtąd zdecydowała się na liceum, chciała być nauczycielką i przed rokiem doczekała się w końcu i w naszym mieście na ten eSeN (wiecie, studium nauczycielskie). Profesor Kończał, tworząc tutaj to studium, sprawił, że mogła studiować bez kosztownego wyjazdu, na który po prostu nie było by jej stać. Musiała poczekać, gdy ja i reszta klasy wyjechała na rajzę, ale udało się !
Reszta jej ulicy poszła do pracy od razu po szkole, może ktoś jeszcze z całej ulicy ukończył
zawodówkę. Ale Wioleta całe liceum była moją przyjaciółką i tak już dalej zostało, kiedy
wróciłam, jako pani redaktor, po studiach (a jakże !) na stare śmieci.
– Lecimy, dawaj już!
Wieś przywitała nas jeszcze gorszą pogodą, niż ta, którą pożegnało nas miasto. Na
deszcz, jaki się ostatecznie rozpadał, nie przydały się żadne nasze przygotowania ubraniowe.
Tu by i najlepszy parasol niewiele pomógł. Jedynym skutecznym rozwiązaniem byłoby nie
wychodzić z domu. Może trzeba było zrobić użytek z zasłyszanych rozmów robotników,
którzy dosiadali się już od pierwszej wsi za miastem, Ochli, i wrócić od razu kursem
powrotnym? W ogóle nie wysiadać?
– Ale w nocy zaciągło, cie choroba. Tera to popada kilka dni jak nic.
– To się góra po was przejedzie. Jadźka, jak wróciła wczoraj ze szkoły, z Wichowa, to
mówiła, że siano jeszcze nawet nie w stogach.
– Głupia ta twoja Jadźka. Z tej strony wzgórz sprzątnęlim, na ostatek, ale zdążylim. A od
Wichowa i doliny insza pogoda. Deszcz przyszedł od Zielonej i zatrzymał się na wzgórzu.
– No tak, jak nie przejdzie na drugą stronę, to dopiero tutaj poleje. Będzie dzisiaj sikawica jak cholera.
– Co się martwisz, w pluchę by nas pogonili, a jak będzie tak lało, to się przesiedzi gdzie pod dachem…
Faktycznie, im bliżej było naszego celu, lekka z początku mżawka, zmieniała się w
coraz bardziej regularny deszcz. Po szybach autobusu spływały wpierw coraz większe, ale
jednak wyraźne krople. W Radwanowie, ostatniej wsi przed Broniszowem pojedynczych
kropli nie dało się już odróżnić a od krzyżówki, leżącej na styku obu wsi – to była już wodna fala.
A nie było to, niestety, najgorsze, co nas spotkało.
W autokarze nie było ani przytulnie, ani wygodnie, unosiły się intensywne, duszące zapachy. Jednak wyjście z jego wnętrza w ten deszcz okazało się dla nas szczególnie porażające. Nasz zielony star, potocznie zwany stonką, bez zbędnych przygód (o, jakże by się to podobało memu Ojcu), dowiózł nas aż na skraj Radwanowa. Siedziałyśmy obie po środku autobusu, z jego prawej strony. Ja od okna, Wioleta obok mnie. Widziałam zatem przez okno mijane zabudowania PGR-u, bar przed którym stała pokraczna, kryta przyczepa przystosowana do przewozu osób, „zaprzęgnięta” do zdezelowanego traktora na ogromnych kołach, wreszcie skrzyżowanie dróg, na którym skręciliśmy w lewo.
Nasza „stonka” potoczyła się jeszcze ze dwieście metrów za to skrzyżowanie i stanęła na
przystanku PKS-u. Niemal połowa pasażerów wysiadła, ale star nie ruszał. Nawet nie
zwróciłybyśmy na to uwagi, gdyby nie to, że „uwaga” dostrzegła nas, dwie bidulki wciśnięte
w te ciasne i niewygodne siedzenia.
Kierowca wychylił się znad szerokiej kierownicy, rzucił okiem po wnętrzu autobusu, jakby
szukając kogoś konkretnego. Gdy jego wzrok w końcu zatrzymał się na nas, od razu było
jasne, ze właśnie osiągnął jakiś założony sobie cel.
– A panie czemu jeszcze nie wysiadły ? Wy przecież do Broniszowa.
– Bo to dopiero Radwanów – trzeźwo rzuciła Wioleta.
– Tam minęliśmy drogowskaz na Broniszów – wskazałam ręką gdzieś za siebie, w stronę
krzyżówki. I dodałam, znacząco zawieszając głos – A więc… ?
– A więc, moje panie – z satysfakcją spuentował kierowca – wiedzcie, że pekaes nie wjeżdża
do samego Broniszowa. Ja jadę stąd już na Kożuchów. Do Broniszowa trzeba iść pieszo, od
tej krzyżówki, tam na lewo. Do tabliczki Broniszów jest mniej niż pół kilometra, ale do tej
waszej cegielni, będzie ponad trzy.
– O raju !
– Naprawdę, trzy kilosy w ten deszcz, pieszo ?
Szofer wyglądał na zadowolonego z piorunującego wrażenia, jakie na nas wywarł. Wyraźnie trzymał w zanadrzu jeszcze coś, na taki właśnie moment.
– Opłaciła się wam, moje panie, ta poranna pobudka. Wstałyście wprawdzie skoro świt, ale – teraz czeka was za to poświęcenie nagroda. Na pierwszy, i tylko na pierwszy kurs, podjeżdża tu osinobus z PGR-u i zabiera pracowników do GS-u i cegielni, a kursem powrotnym – ludzi do miasta i dzieciaki ze starszych klas do szkoły. Osinobus stoi przy barze, na krzyżówce. No, ganiajcie, aby wam nie uciekł…
A więc czekał nas jeszcze kontakt z tym czymś, co mi mignęło przed chwilą w oknie
autobusu… ?
Wioleta nie czekała, aż ratunek nam mignie koło nosa. Nie wdając się w żadne głębsze
refleksje, chwyciła swój chlebak, powstała niczym na ćwiczeniach wojskowych i już
gramoliła się z autobusu w deszcz. A ja – rzecz jasna – za nią.
– Do widzenia panu, dziękujemy – zdążyłam jeszcze tylko rzucić w biegu szoferowi
grzecznościową formułkę.
– Do widzenia paniom. I powodzenia. Miłego dnia, mimo tej pogody…
Osinobus dopadłyśmy faktycznie już tuż za skrzyżowaniem. Jeszcze z daleka machałyśmy
traktorzyście, aby zatrzymał się i nas zabrał. Na szczęście dostrzegł nas.
Jeżdżąc na dziennikarskie praktyki w teren, widziałam już różne typy i rodzaje środków
lokomocji. To jednak był prawdziwy „dziki zachód”. Osinobus nie był w najlepszym stanie,
odrapany, brudny. No i ten ciągnik. Zupełnie niedopasowany. Wszystkie te kryte przyczepy, z siedzeniami i przeszklone, którymi dotąd miałam okazje przejechać się w różnych rejonach Polski, ciągnął zawsze klasycznie wyglądający, średni traktor rolniczy z pełną kabiną dla prowadzącego. Tutaj konstrukcję z przedziałem pasażerskim podczepiono pod ogromny ciągnik bez zamkniętej kabiny traktorzysty (był tylko daszek na słupkach) poruszający się na czterech ogromnych kołach o jednakowej średnicy, z osiami bliżej środka całego pojazdu. Była to raczej maszyna budowlana lub ciągnik leśny. Hałasował za trzy normalne traktory a szarpał niczym czołg na poligonie.
Trwało to dobrych dziesięć minut. Jechałyśmy długo pomiędzy luźno porozrzucanymi wzdłuż osi gościńca zabudowaniami gospodarskimi. Nie była to bogata wieś, ale każde obejście miało osobną chałupę i co najmniej jedno albo dwa zabudowania gospodarcze. Droga wiła się niesamowicie, chałupy były to z lewa, to z prawa, raz blisko gościńca, raz dalej, w polu. Na licznych i ostrych zakrętach rzucało całym pojazdem (a nami w jego środku) jak w puszczonej na silnym wietrze karuzeli. Broniszów ciągnął się i ciągnął a końca tej jazdy nie było widać.
Wreszcie minęliśmy kościół, gościniec rozszerzył się w niewielki plac, a nasz osinobus skręcił na prawo i zatrzymał się. Koniec trasy. Zaczęliśmy się wszyscy gramolić do wyjścia. Chwila i w środku było pusto. Traktorzysta tylko na to czekał. Osinobus zakręcił na pętli podjeżdżając do grupki czekających osób. Wpuścił baby jadące na targ, dzieciaki do szkoły i jeszcze tam kogoś, chłopów w prawie odświętnych ubraniach (jechali pewnie do jakiegoś urzędu), ormowca z insygniami, faceta z teczką (co on tu robił, czyżby wracał od kochanki ?) – i odjechał w siną dal. Nawet Wioleta, wychowana przecież w dzielnicy przy Krakusa,
spojrzała na mnie z niedowierzaniem. Ten leśny ciągnik, na wysokich na półtora metra
oponach i te odświętne ubrania, ten garnitur i świńska skóra urzędniczej teczki…
Wiatru nie było, deszcz zatem nie zacinał. Było dosyć ciepło, strugi wody nie ziębiły
specjalnie. Po prostu lały się na nas, wlewały się każdą szparą pod ubranie, ciało robiło się
mokre i lepkie. Majtki przywarły do tyłka jak stalowa zbroja, stanik ścisnął piersi, rękawy i
nogawki stały się obce i wrogie. Stałyśmy tak chwilę, jak ofiary losu nie wiedząc, co z sobą
zrobić ? Mężczyźni, którzy przyjechali razem z nami, gdzieś poznikali, człapiąc w szybko
rosnących kałużach.
Jedni pognali gdzieś w prawo, prostopadłą do głównej drogi brukówką, przeciskającą się
między dwoma, zbiegającymi się ku sobie domostwami w kierunku niedalekiej ściany lasu,
ku wyraźnie zarysowanemu pagórkowi. Drudzy przeszli na skos plac, w jaki z lewej strony
rozszerzał się gościniec, skręcili i zniknęli między niskimi zabudowaniami, wyrastającymi
całym stadem w głębi perspektywy. Kilku weszło na gościniec i podążyło z powrotem, w
kierunku z którego przyjechaliśmy. W oddali, we mgle majaczyła tam kościelna wieża.
Mężczyźni jednak, nie dochodząc do kościoła, skręcili w lewo. Stał tam, nieco cofnięty od
samej drogi podłużny, parterowy budynek z wysokim mansardowym dachem i ryzalitem z
ogromną płaskorzeźbą. Z odległości ponad stu metrów nie dało się jednak dostrzec jej
szczegółów.
Czy ktoś mógł się nad nami zlitować ? Którędy tu było iść, którzy z tych robotników jechali
do roboty do cegielni ? I w ogóle, czy należało w ten deszcz szukać owego kierownika, który
poprzedniego dnia bezgranicznie przerażony powiadomił o wszystkim milicję, czy raczej
poszukać miejsca, w którym przeczekałybyśmy nawałnicę ? Te chłopy gadały o jakimś dachu,
pod którym posiedzą zamiast tyrać w deszczu… Czy ktoś… ?
– Kogo szukacie dziewczynki ?
– Ach, droga pani…
– Bardzo dziękujemy…
– Ale, kogo szukacie ? – kobieta miała długie włosy o kolorze kasztanów, opadające faliście
poza ramiona, ułożone i suche, bo ukryte pod rozłożystym parasolem. Nie
przypominała wyglądem opatulonej w chustę i kufajkę wieśniaczki, mimo to jej oczy
wyrażały narastające z każdą chwilą niedowierzanie i zdumienie. Czyżbyśmy aż tak głupio
wyglądały ?
– Ach, ten deszcz…
– Zgubiłyśmy się…
– Tu u nas, w Broniszowie ?
Co do wyglądu – mogłam się domyślać, tego co gadałyśmy jak nakręcone trajkotki, na
zmianę – byłam pewna… bez sensu i składu. Musiałam wziąć się w garść.
– Szukamy cegielni. Przyjechałyśmy do kierownika – tu podałam nazwisko.
Kobieta z parasolem przecząco pokiwała głową. Była ubrana po miejsku, garsonka a nie
sukienczyna, długie botki, rozpięty płaszczyk do pasa, apaszka. Już miała nam coś doradzić, ale jej wzrok wyłowił coś za nami. Szybko się odwróciłam.
– Kierowniczko, otwarte już, możemy ten deszcz przy czym gorącym przeczekać ?
– Sama kierowniczka widzi, w taki deszcz nie ma roboty.
– Taka dobra z pani kobita, no przecie nie pajdziem w ten deszcz aż do Radwanowa…
Dwaj robotnicy, w gumiakach i watowanych, roboczych kurtkach stanęli w wielkiej kałuży,
jaka zdążyła się już zrobić w miejscu, gdzie stał osinobus. Jechało od nich wódą, a oni
patrzyli zaczepnie spod przekrzywionych beretów… na nas dwie. Kierowniczka,
czymkolwiek by nie kierowała, zapewne nie mogła im odmówić (o cokolwiek by nie
poprosili), zatem przestała w tej chwili być dla nich ważna. Mieli ciekawszy punkt
zainteresowania. Kobieta chyba odczuła dokładnie to samo.
– A idźcież nieroby, dla was każdy pretekst jest dobry – skinęła im głową w stronę domu z
ryzalitem, w którym poprzednio zniknęło już, prosto z osinobusa, kilku naszych
współpodróżnych – Tylko nie zachlajcie jeszcze bardziej…
– W taki deszcz w cegielni nie wypalają, co najwyżej kopią glinę. A i to wątpię, same
widziałyście – skinęła na mężczyzn, zwracając się teraz z kolei do nas – Nie macie co tam iść, tylko jeszcze bardziej, do cna przemokniecie…
– A można jeszcze bardziej ?
– Od dołu, no, buty, nogi. Tam ogromne kałuże i błoto. Przynajmniej już za torami.
Popatrzyłyśmy po sobie z Wioletą i roześmiałyśmy się. Wyglądałyśmy jak nieboskie
stworzenia.
Przez twarz kobiety przebiegł grymas strachu. Za chwilę mogła nas wziąć za wariatki, trzeba było ratować sytuację.
– Jesteśmy z Gazety, kierownik powiadomił milicję o pewnym wydarzeniu. Robotnicy
rozpoznali człowieka, którego znali z czasów zaraz po wojnie, ponoć był niebezpieczny i
teraz powrócił.
– Kierownik pewnie siedzi w biurze, na pewno tam go zastaniemy – wsparła mnie Wioleta.
Kobieta spuściła oczy. Zaciekawienie przemieszane z sympatią ustąpiły na jej twarzy miejsca siłą tajonej niechęci. Odburknęła tylko:
– Po co ta cała milicja, to nasze sprawy. Potrzeba nam was tutaj, no nie ma co mówić.
– Ale my nie jesteśmy z milicji…
– Koleżanka ma napisać artykuł do Gazety. Taki, aby wszystkich przestrzec…
Kierowniczka, czegoś tam, (nadal) nie wiedzieć czego, okręciła się wokół własnej osi i złapała oburącz parasol, bo właśnie pojawił się wiatr. Potrząsnęła włosami, które porwane porywem powietrza poza płachtę parasola w końcu też się nieco zmoczyły (dobrze jej tak !)
– Kierownika, mówicie, szukacie. Ano, może i kierownika. Ale kierownik chyba jeszcze w
domu, on mieszka przy samej cegielni, w takim malutkim domku. Ale nie ma co tam teraz
iść. Co zaś do inspektora, nie ma go na cegielni. Po północy koło ceglanego wiaduktu
znaleźli… – przerwała, cmoknęła – Nie moja sprawa, co znaleźli. Jak macie się dowiedzieć, to ktoś wam i tak powie. Inspektor pojechał w każdym razie do lasu jeszcze w nocy.
Mogłybyście zaczekać u mnie, na sali, ale same widziałyście, kto tam dzisiaj jest i co się
będzie działo – skinęła głową w stronę domu, w którym zniknęli uprzednio podpici robotnicy.
– Inspektor, to nie kierownik ? – zdziwiłam się – Jak to ?
Kobieta wzruszyła ramionami.
– Kierownik, czy inspektor, co mi tam do tego. To wy tu kogoś szukacie. Powinnyście chyba
wiedzieć kogo, prawda ?
– To co mamy robić ? Mamy iść do domu, do tego kierownika… ?
– Chodźcie za mną – skierowała się z placu ku gościńcowi, a my za nią. Idąc wzdłuż drogi, w przeciwnym kierunku, niż ten z którego przyjechałyśmy osinobusem, minęliśmy frontową ścianę domu, po środku której były schody, ganek, wejście. Stanęłyśmy nieco dalej.
– Widzicie te drzewa ? Tam jest pałac i biura GS-u. Nie macie teraz co iść do cegielni, do
kierownika do domu i budzić go. Gdy wstanie, zajdzie tutaj. A jeżeli inspektor wrócił już z
lasu, to też jest teraz tam. A jak go tam nie ma, to musi się pojawić. To jedyny telefon we wsi, a przecież prosto z lasu musi zadzwonić. Znowu na tę waszą milicję – syknęła ze złością na zakończenie i szybko, nie czekając na naszą reakcję, odwróciła się i nawet nie składając parasola wbiegła po schodach na ganek, otworzyła drzwi, trzasnęła. I tyle o pani
kierowniczce. Mogła przejść do historii tego dnia, nie wyjawiając ostatecznie, czym
kierowała. Ale – o czym miałam się dopiero przekonać na własnej skórze – niestety nie
przeszła…
Od rana niebo było całe zaciągnięte srebrzystym woalem. I chociaż nie było widać
nawet strzępków błękitu, powłoka rozciągnięta między niebem a miastem sprawiała
wrażenie bardzo delikatnej i dalekiej. Nieuchwytnej i nietrwałej, jakby lada chwila miała się rozpaść, zniknąć, odsłaniając nieprzebrany błękit i słoneczne promienie. Od czasu kiedy
rozpadało się na dobre, srebrzysty woal stężał, stał się szalem. Obniżył się nad pola i domy,
był już na wyciągnięcie ręki. Powietrze jednak, pomijając krople i potoki deszczu, było w miarę przejrzyste, z góry znad tego szala, spod samego nieba, opadała na ziemię pewna jaskrawość. Wiatr, który pojawił się nagle nad pętlą autobusową rozwiał ów szal i przygnał czarne chmury. Nad Broniszów, dosłownie w ciągu minuty, czy dwóch, spadł mrok. Nie była to oczywiście ciemność nocy. Przypominało to raczej wczesny wieczór, taki bez czerwonego zachodu słońca, pochmurny wieczór, w chwili gdy blada, słoneczna światłość skryła się za linią horyzontu. Chmury były nawet stosunkowo wysoko, nie przytłaczały. Po prostu były wysoko nad głową. Przez moment wydawało się nawet, że wraz z nastaniem tego nagłego mroku, nieco ustał deszcz. Nagle jakby wszystko stanęło w bezruchu, stało się martwe…. W tym przedziwnym świetle – nie – świetle… Zaczynało robić się nieswojo. Obco. Wszystko wkoło, co stało na ziemi sprawiało takie nierealne wrażenie, jakby to była dekoracja teatralna na scenie. To wysokie ciemne niebo, było niczym oświetlone od dołu przyciemnionymi reflektorami rampy, te chmury, niemal jak utkane z waty i zawieszone na niewidocznych żyłkach, ciągnięte przez operatorów. A my tutaj, jak kukiełki, marionetki z linkami u nóg i rąk… Poczułam się… no, nie wiem, jakbym nie była sobą. Uwięziona w powłoce z papier-mâché.
„Pałac” od strony drogi otaczał stary park. Kilkusetletnie drzewa wyrastały ponad blankowane mury obronne, litą ścianą zieleni izolując cały zespół pałacowy od reszty wsi. Od drogi ku dziedzińcowi prowadziła wąska, krótka dojazdówka. Dopiero z jej perspektywy, po zejściu z gościńca, można było dostrzec fosę idącą z trzech stron wokół murów oraz proste ściany dłuższego skrzydła, pokryte tynkiem i jakimiś geometrycznymi wzorami sgraffito.
Bryła budowli, tak naprawdę złożona była tylko z dwóch wysokich, prostych skrzydeł
ustawionych w literę „L” oraz z zamykającego pełen czworobok ceglanego muru obronnego z blankami i okrągłą basztą. Ta ostatnia stanowiła zwornik dla blankowanych ścian,
przeciwległy do środka litery „L” (w którym z kolei zbiegały się oba skrzydła mieszkalne).
Po środku głównej ściany od strony podjazdu był pokaźnych rozmiarów portal i jakieś
wejściowe drzwi. Wokół niewielkiego placyku, zawalonego znieruchomiałymi przyczepami,
rozłożyły się, głównie parterowe, zabudowania. Plac z pluskającymi od deszczu kałużami,
kilkoro drzwi prowadzących do jakiegoś środka, czekające na rozpoczęcie pracy urządzenia – i tylko brakowało żywych ludzi. Zupełna, zaskakująca i niewytłumaczalna martwota.
Gdy dotarłyśmy w końcu przed wejście do biura GS-u, wiatr i deszcz nagle ustały.
Moment i nastała zupełna cisza. Aż spojrzałyśmy po sobie, jedna na drugą, a w oczach obu
pojawiło się pytanie o to, co dalej: wchodzić, czy może jednak w tej sytuacji zawrócić do tej
cegielni ?

Pierwsza ruszyła Wioleta. Ostukała buty z błota o kamienny próg i otworzyła drzwi. Weszłam za nią.
W korytarzu paliła się żarówka. Była wkręcona w okrągłą, wystającą ze ściany oprawkę, tuż
pod sufitem i taka goła dawała trochę rozproszonego na wszystkie strony światła. Dalej od niej mrok gęstniał. Na prawo, tuż za wejściem były jakieś otwarte drzwi. Przed chwilą musiał ktoś przez nie wejść, na podłodze były ślady błota, zupełnie świeże, woda między grudkami jeszcze falowała niespokojnie. Z głębi, z wnętrza pomieszczenia za drzwiami dochodziły jakieś pomruki, odgłosy kroków, przestawiania czegoś.
Weszłyśmy przez te drzwi za tym kimś – tam musiało być jakieś życie, czegoś można było
się dowiedzieć.
– Dzień dobry. Szukamy kierownika cegielni.
W pomieszczeniu stało biurko z maszyną do pisania, metalowa szafa na akta, stolik z
radiotelefonem i – zaraz za progiem – otwierały się drugie drzwi, prowadzące do gabinetu
obok. Za biurkiem siedziała sekretarka, w wewnętrznych drzwiach stał zmoknięty mężczyzna. Dosyć elegancki i chyba bardzo przystojny.
– Podobno miał tutaj być.
Sekretarka spojrzała niezdecydowana na mężczyznę. Ten cofnął się od drzwi w naszą stronę, rezygnując z wejścia w głąb tego drugiego pokoju.
– Po co go szukacie ! Jest cholernie zajęty. Jakieś głupstwa pewnie znowu ?
Nie wiem czemu miał służyć ten wstęp ? Na pewno jednak bardziej zaskakująca była riposta Wiolety:
– A pan kim jest ?!
– Co takiego ? – zasyczała sekretarka, zrywając się ze swojego krzesła. Mężczyzna roześmiał
się i skinieniem ręki uspokoił kobietę.
– Wpadacie tu nie wiadomo skąd, nie wiadomo kto, a to ja mam się przedstawiać ?
Za oknem coś zagwizdało, o szybę uderzył pęk liści i nagle zgasło światło.
– Diabli nadali to wszystko, z wami na czele – rozeźlił się mężczyzna. – Znowu zerwało linię.
Rzeczywiście, po drugiej stronie okna rozszalał się wiatr, jakby trąba powietrzna przechodziła przez podwórko. I na ten moment, bezszelestnie niczym zjawa z tego gabinetu obok (nie wiem czemu założyłam, że był pusty) wynurzył się jakiś ryży, ostrzyżony na jeża facet.
– Nie widzicie co się dzieje ? Musicie zawracać głowę w taki dzień ?! Gidzyński jestem,
kierownik cegielni.
Kurcze, jakiś taki mało przyjemny był. No, z wyglądu, wyglądał jakby i w obyciu był nie
teges. Już wolałabym tego pierwszego, na którym nacięła się Wioleta. Ale co, przedstawiłam się. I zaczęłam tłumaczyć:
– W redakcji Gazety powstał nowy dział, opisujemy zaskakujące zdarzenia, odkrywamy
sensacje, współpracujemy z milicją. I komenda powiadomiła nas, że wczoraj zadzwonił
kierownik z cegielni w Broniszowie. Robotnicy rozpoznali…
– Wiem, wiem, byłem przy rozmowie z ładowniczym… Ale to nie ja dzwoniłem na milicję,
nie do mnie panie przyjechały.
– Nie do pana ? To do kogo ?
– Na milicję zadzwonił Tadeusz, inspektor z Żagania.
– A co ma do tego jakiś Żagań ? – zaczęłam się w tym wszystkim gubić i nie zamierzałam
tego oszczędzać temu całemu ryżemu cwaniaczkowi. Ten spojrzał na mnie z troską.
– Była ta awaria zegara… Po weselu… Zepsuło się sterowanie u Hoffmanna… – widział, że nic nie rozumiem – No, nieważne. Próbowaliśmy sami, przez ludzi z zespołu traktorowego z Kożuchowa. Ale ostatecznie, jeszcze wczoraj, przysłali nam tu komisję do spraw wypadków, z zarządu spółdzielni z Żagania. Bo teraz, jak zlikwidowali gminę, to cegielnia przeszła ze spółdzielni ceramiczno-chemicznej w Nowej Soli, pod budowlankę z Żagania… No i przyjechał ten inspektor, taki Tadeusz, nasz chłopak, z Mirocina i ten cały Reinhard, jako z powiatu. Bo on przez te lata w Radzie Powiatu, w Żaganiu się chował. Inaczej to nasi ludzie by go dawno rozpoznali, ale tych z powiatu to nikt nie zna. Nie wiadomo, kto tam siedzi po tych ich radach… No każdym razie, pierwszy Reinharda rozpoznał mój ładowniczy z pierwszej zmiany. I kiedy Reinhard uciekł do Lasu, Tadeusz zadzwonił na milicję. Tadeusz, nie ja. Do niego panie przyjechały.
– Ależ panie są doskonale przygotowane do tego reportażu ! – zaśmiał się szyderczo ten, który zrugał Wioletę – Nic, tylko pogratulować. Mam posłać panią sekretarkę po
kwiaty… ?
Wioleta zrobiła dwa kroki, tak że stanęła z nim twarzą w twarz. Podniosła głowę, zajrzała mu bezczelnie w oczy. Gdyby wzrok mógł zabijać, można by zacząć do niej mówić per Bazyliszku…
– To niesamowite, jak ktoś taki mógł dostać takie stanowisko. I że nie bał się tu wrócić,
pokazać swoją zakazaną gębę – w progu stanął niewysoki, korpulentny, łysawy jegomość w
gumiakach (przedziwnie czystych w tych warunkach) i drelichowej kufajce zarzuconej na
wełniany sweter.
Gidzyński wzruszył tylko ramionami, rzucił sekretarce, że idzie do domu odespać noc i
zniknął, jakby go tu w ogóle nie było. Może i nawet dobrze się stało. Tych dwóch co zostali,
zapowiadało się o wiele lepiej.
– To ja może zacznę od obu panów… ? – poczułam w końcu krew na tym safari, rozmytym jak dotąd w morzu wody. – Obaj panowie znacie byłego skazanego ?
Mężczyźni spojrzeli po sobie.
– Jestem tutaj starszym specjalistą, to stanowisko jest dosyć nowe, ale moją rodzinę
przesiedlono tutaj w czterdziestym siódmym, spod Cisnej. Wychowałem się w tych lasach – wyciągnął ku mnie rękę ten co dopiero wszedł. Ucapił mi dłoń i potrząsnął nią w geście
powitania. – Załapałem się jeszcze na ich koniec. UB i wojsko załatwiło sprawę dopiero na
początku czterdziestego ósmego. Osobiście ich nie widziałem, ale brat i stryj byli na
identyfikacji… Do Kożuchowa, do powiatu na UB specjalnie jeździli. Koleją, która tu jeszcze wtedy była. Zresztą o tę kolej wtedy też sprawa była…
– A pan ? – zwróciłam się do tego bardziej eleganckiego.
– Ja tu jestem od niedawna, administruję pałacem i…
– Pan niech da spokój – syknęła sekretarka i administrator umilkł.
– Prądu nie ma i szybko nie będzie. W tę wichurę i ulewę ludzie już do roboty dzisiaj nie będą zdatni – ni to się usprawiedliwiając, ni cokolwiek wyjaśniając zwrócił się do sekretarki specjalista. – Telefon działa ?
Kobieta podjęła z widełek słuchawkę, postukała w klawisze i położyła słuchawkę z powrotem.
– Działa. Jest łączność.
– Póki co, jeszcze jest. Dobrze. Nic tu po mnie, zabieram panie na razie do mojej kanciapy.
Słuchaj Olga – zwrócił się znowu do kobiety za biurkiem – Jak tylko Tadeusz się pojawi, to
ten wasz inspektor – wtrącił protekcjonalnie w naszą stronę – niech zadzwoni gdzie tam ma i skieruj go do mnie. Ja z paniami zaczekam na niego.
– A pan ? – trąciłam ręką przystojnego administratora.
– Ja mam teraz pracę, muszę coś zrobić. Jak pani powiedziała, że się nazywa… ? – powtórzył z naciskiem moje nazwisko.
Mały, gruby, łysy był specjalistą. Uosobienie negatywnego stereotypu, jaki panował w naszych rocznikach. Coraz więcej pojawiało się takich typków po różnych biurach i urzędach. I coraz natarczywej wykorzystywali swoją pozycję do podrywania dwudziesto- i trzydziestolatek. Ponoć prawo ich wieku, ale nasz starszy specjalista był młodszy niż typowy em-gie-eł.
Zaprowadził nas na koniec korytarza, weszłyśmy przez kolejne drzwi. Kantorek rzeczywiście był maleńki, zamiast biurka stolik i trzy foteliki (pewnie z zasobów pałacowych), przeszklony regał z książkami, głównie technicznymi, jakaś fizyka, geometria. Syfon, szklanki na stoliku. Czyżby specjalista dokształcał tu swoich magazynierów, a może robił konferencje z dyrekcją lub dostawcami ?
– Siadajcie. Aż mnie trzęsie, jak sobie pomyślę o tym Rajmundzie. Bo on teraz Rajmund,
chociaż wtedy był Reinhard, czy jakoś tak.
Specjalista nalał sobie wody sodowej z syfonu. Ręce faktycznie mu nieco latały. Jakieś krople padły na szklany blat, chroniący stół.
– Cały aż chodzę, sam nie wiem od czego zacząć…
– Przyjechaliście tutaj całą rodziną w czterdziestym siódmym – spróbowałam na powrót –
Spod Cisnej, czy tak ? Gdzie ta Cisna była ?
Mężczyzna podniósł szklankę na wysokość swoich oczu. Jakby przez chwilę coś sobie
przypominał, zastanawiał się.
– Tak, całą rodziną przyjechaliśmy.
Nawet nie zauważyliśmy, jak za nami wsunął się administrator. Za to wyraźnie go
usłyszeliśmy:
– Opowiedz pani – tu z wyraźnym niesmakiem wymówił moje nazwisko – o tej sielankowej podróży, w jaką wybrała się twoja rodzina. A nie zapomnij i o Wasylu. Wtedy, gdy ci przez gardło przejdą słowa o podróży całej rodziny. I wtedy jak będziesz tak klął na Reinharda.
– Pan mnie zna, panie administratorze ? Odnoszę wrażenie, jakby… – jednak naprawdę był
bardzo przystojny. I elegancki. Patrząc tymi swoimi niebieskimi oczyma, spod jasnej
czupryny odbierał myśli.
– Mówi coś pani akcja „Wisła” ?
W pierwszej chwili nie zrozumiałam. Ale nagle w tym mroku zobaczyłam na tle okna
cień ojca. Był w wojskowym, oficerskim mundurze. Coś do kogoś krzyczał. Rzucił czymś o
podłogę. Wyjął z kabury pistolet. Groził nim.
– Ty sucz, kto to jest ?!
– Braciszek…
– Swołocz, banderowiec. Co mu doniosłaś ? Od początku cię posłali, jop twoju mać !
Wysoka brunetka, o głęboko osadzonych czarnych oczach, wydłużonej, zwężającej się ku
brodzie twarzy z wystającymi kośćmi policzkowymi, z wąskim ale wypukłym czołem i brodą, piersiasta, szeroka w biodrach, o długich, zgrabnych nogach padła na kolana przed cieniem mego ojca. Odsunął się od niej a ona upadła siłą rozpędu na twarz. Ojciec zawinął sobie jej długie, kruczoczarne pukle wokół nadgarstka i silnym pociągnięciem zmusił kobietę do powstania. W drugiej dłoni dzierżył pistolet, który przyłożył jej do skroni.
– Wszyscyście jedno bandyckie nasienie ! Każe rozwalić co do ostatniej baby.
– Iwanko mi kazał, ale ja nic… Przenigdy, miłości ty moja, przenigdy… – szlochała kobieta.
Nie patrzyła w lufę pistoletu, oszalała z rozpaczy tuliła swą oryginalnie ruską twarz do spodni ojca, piersiami wbiła mu się w udo. Teraz było widać, że jest w zaawansowanej ciąży.
– Oddam was wszystkie pod sąd polowy. Mi zniszczyłaś życie, ale ilu chłopakom je po prostu odebrałaś.
– Nie wierzysz ty mnie ?! Poczemu, ty nie wierzysz. Przysięgam, że ja nic. Kocham cię,
chociaż ty patrzyłeś i za Ludką. Widziałam…
Ojciec jakby uspokoił się.
– Gadałyście co o mnie między sobą ? Siostry kurenne…
– Iwanko uciekł. Nic ci nie grozi, mogiły żołnierzy i okradzionych striłców porosną. Zostaw
nas, weź tę skrzynię dla siebie. I Ludkę. Jak trzeba i ja zapomnę. Choć to będzie tak bolało…
O co tu chodziło ? Czego chciał od tej kobiety mój ojciec, co to za mundur, jakie to wojsko,
jaka skrzynia ? Ludmiła to imię mojej matki, Rosjanki, którą ojciec zgubił wraz ze mną w
czterdziestym, ale szczęśliwie odnaleźliśmy się we Wrocławiu, zaraz po wojnie.
– Wiesz co się robi ze zdrajcami ? Wiesz jaka jest kara za przywłaszczenie tego, co banderowcy przedtem… Polakom i Żydom… ? Jak się dowiedzą że to ja do was chodziłem, a wy wyhodowałyście w chałupie bandytę, który był skarbnikiem kurenia do akcji specjalnych, domyślą się wszystkiego i zdegradują mnie. A może i nie będą się patyczkować, tylko kula w łeb ! Czy ty myślisz, że po to gniłem w okopach, że po to przeżyłem wojnę, by teraz dostać kulkę od swoich ?!
– Nikt się nie dowie… Weź moją siostrę i uciekajcie stąd… Chcesz zabić swój pęd, przecież ty wiesz…
– Aleś ty głupia, jak ja mam uciekać przed swoimi. Zresztą wyda się. Rozgadają, chyba, że….
Ojciec odepchnął obutą w oficerki nogą klęczącą kobietę. Podniósł pistolet, zarepetował broń.
Czy ja miałam taką ciotkę ? Mama nigdy nie mówiła nic o swojej rodzinie. Nigdy nie
rozmawiali o tym z Ojcem, podobno wszystkich, oprócz nas, wybili hitlerowcy podczas
akcji przeciwko partyzantom. Mama uratowała nas obie jakimś cudem. Bardzo to ponoć
przeżyła. Dlatego był to temat tabu.
– Mieliście pojutrze być wysiedleni, cała wieś. Pociąg już czeka w Komańczy pod parą. Ale
możecie nie zdążyć, gdyby istniało zagrożenie od bandy z lasu, wieś mogła by spłonąć, razem z wami wszystkimi… – zaczął złowieszczo analizować i przewidywać. – Świadkowie zginą, a martwi nic nie powiedzą. Sotnia przechodziła przedwczoraj połoniną w stronę Słowacji. Mogła zawrócić, aby nas zaatakować a przesiedleńców ukarać za uległość Lachom…
Przyłożył lufę do głowy kobiety. Wolną ręką odciągnął kurek.
– Może jak zechcę, Ludmiła akurat będzie przy sztabie. Jako jedyna ocalała z całej wsi, ofiara banderowców, dostanie szansę wyjazdu. Jakieś duże miasto, co sądzisz o karierze swojej siostry we Wrocławiu… ?
– Jak nic co ludziom ważne, nie dla ciebie, to spojrzyj choć na to nieszczęsne maleństwo…
Nie będzie ci żalko ? Nie obudzisz się w środku z nocy z krzykiem ?
– Ktoś taki nie będzie mi wymawiał ! – przede mną znowu siedział w fotelu łysiejący
specjalista. Wskazywał wyciągniętą ręką na przystojniaka, administratora. – Ja nie mam żalu, więc nie muszę niczego zapominać, ani przypominać.
Obraz Ojca rozwiał się. Zniknął wraz z tajemniczą kobietą, ciotką nie ciotką. Co za bzdury mi się śnią ?!

Ciąg dalszy jutro

Reklamy

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Mieczysław Bonisławski i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.