Deszczowa delegacja 3


Mieczysław Bonisławski

– … chłopy same mu oddadzą tę całą, no…
– Przyjechał tu jako urzędnik. Będą szukać.
– … i gówno znajdą !
– Nie bądźcie takie pewne – od strony gazika doszły mnie pokrzykiwania inspektora z Mirocina, na którego ostro napierały obie baby w chustach.
– A bo co, bo my takie głupie, że nie potrafimy same ?
– I tylko nam tu nie wyjeżdżaj znowu z tą swoją, no, co to wiesz…
– Oni sami lubią dopilnować tej swojej sprawiedliwości – słodko, szyderczo wtrąciła zupełnie spokojna, jakby nieobecna, pozostająca poza sporem Truda.
– Właśnie, z tą całą sprawiedliwością – podchwyciła jedna z bab.
– Same potrafimy. U nas też jest sprawiedliwość.
– Ale o co wam chodzi, baby ? Czego wy w końcu chcecie ? – rzucił jakby zrezygnowany, pobity Tadeusz.
– A jużci, same to zrobimy.
– Wszystko zostanie w Lesie, nikt się nie dowi…
– My tam wiemy, co komu się należy… Tylko ty, inspektor, zawróć te milicje.
– Ale co wam zaszkodzi milicja ? Załatwią sprawę, bez kłopotu. Już oni mu nie odpuszczą,
nie obawiajcie się.
– Tego się nie boimy. On już i tak nam nie ucieknie, co by tam w mieście nie wymyśliły…
– O co inne idzie. Jak się znowu tu zjadą te ubeki, to naszych pobiorą, jak kiedyś, spokoju
przez lata nie będzie…
– Lepiej schować to między swojemi.
– A i w Lesie jeszcze co znajdą, albo po komorach co nie, dobrze mówię ? – jedna z kobiet w chustach nagle zwróciła się do Trudy. Kasztanowłosa kierowniczka spoważniała jeszcze bardziej (o ile to było możliwe).
– Kto to wie…
– Kto, jak kto, ale już wy na pewno – druga z kobiet pozwoliła sobie na pełną poufałość. –
Szwaby wiedziały czego pilnują w Lesie. Pociąg wjechał i nie wyjechał. A ktoś pilnować
przecie musiał…
– Już my wiemy po co żeśta naszych striłców do lasu zabrały – zaczęła jazgotać pierwsza –
Nie zamydlicie nam oczu, my nie takie głupie ludzie, choć proste.
Truda spojrzała na Tadeusza.
– Chyba za późno. Milicja już wie. Dzisiaj przyjechała redaktorka z gazety.
Ale babom w chustach było mało. Jak już przemogły wstyd, strach, jak już przerwały
milczenie, musiały wygadać wszystko, od serca i spod wątroby, byle do końca. A Truda z Tadeuszem to było za małe audytorium do wyrzucenia z siebie tego, co je bolało. Pierwsza zrobiła kilka kroków w moją stronę, ku skórzanemu. Ale zagadnęła do mnie, obcej, nie do niego.
– Popatrz no tylko, ledwie wrócił, a już nowego trupa po północku znaleźli. I to gdzie, przy
ceglanym moście… Rozumie Las swego…
– Stefanicha, co wy ?! Przecież to właśnie pani redaktor ! – krzyknęła ostrzegawczo Truda. – Miastowa, ona się kuma z milicją – starała się jeszcze dosadniej wyjaśnić grozę sytuacji.

Ale tu nie było dylematu poznawczego. Trafiłam w sam środek tajemniczej historii i nie
mogła bym już tego odpuścić. Tak, mój drogi Marku, tu się liczył czyn. I cel oczekiwanych
odpowiedzi. To nie była chwila na kawiarniane dysputy o stylu czy ideologii. Tu się
rozgrywało prawdziwe dziennikarstwo. Rdzawokasztanowa nie była w stanie mi
przeszkodzić. To nie były twoje progi, droga kierowniczko.
– A jak to się stało, że on tu przyjechał ?
– A kto go tam wi… W powiecie się uchował, ale nie u nas w Kożuchowie, tylko w Żaganiu
znaczy się. – połknęła haczyk Stefanowa baba i ani się obejrzała, jak trajkotała, zapominając o machającej do niej rękoma Trudzie – I teraz, jak nie ma gminy w Broniszowie, a powiatu w Kożuchowie, to i cegielnia przeszła pod Żagań, a on pono przyjechał ją doglądnąć… Ale jaka tam prawda, to nie wi nikt, ino on sam…
Spojrzałam pytająco na Tadeusza.
– No i czego ? – ofuknął mnie tylko i zaczął wsiadać do gazika. Drugiej babie pokazał miejsce z tyłu, gdzie siedzieli przedtem obaj skórzani, tak jakoś po środku, jakby pomiędzy nimi.
– Czy ona coś wie ? – spytała go Truda, gramoląc się za babą na tył gazika (ile tam się ich
miało pomieścić ? A podobno dla jednej Wiolety nie było już miejsca).
– Nie wiem. Pewnie tyle, co jej powiedział Demianiuk – wzruszył ramionami Tadeusz. –
Gadały jeszcze z administratorem.
– Że też ziemia takiego jeszcze nosi – rozeźliła się ta druga.
– A czemuż to ? Co z tym administratorem ? – szturchnęłam kumotersko moją Stefanichę w ramię. – Co, a gadajcież kumo.
Z tego co pamiętam, żywą stylizację wyśmiewali u nas w Zielonej Górze wszyscy, od Klema,
po Horowicza, ale Marek ją stosował. Klem nazywał to śmietnikiem. Chodzisz, i co,
otwierasz klapę śmietnika. Myślisz, ze zainteresujesz ludzi jego wnętrzem ? Nic bardziej
mylnego. Ale Marek nie unikał oryginalnej gwary. Tyle tylko, że na kartkach. Na żywo, w akcji go nie widziałam. To jak zagadnęłam mojego świadka, nazwał by czynem w słowach.
I umiał by określić cel, do jakiego dążyły oczekiwane przez mnie odpowiedzi. Coś, czego ja sama nawet w tamtej chwili bym, nie potrafiła zrobić.
– Reinhard, ten esesman, to była swołocz sama w sobie. Ale ten nasz administrator, to
przechodzi nawet jego.
– Ten poczciwy Demianiuk ?
– Demianiuk, to od paszy i nawozów i też ma swoje za uszami – zaoponowała ta druga. –
Chodzi o Sosińskiego, tego od pałacu.
– I co ten Sosiński ?
– Jego tu przywieźli ubecy i pałacowym zrobili – niemal szeptem wyznała Stefanicha.
– To ubek ?
– A kto go tam wi !
– Nie, wszystkie wiedzą, że nie ubek… To bandyta. On, w tej Zielonej Górze, to wysadzać
miał mosty i fabryki. W takiej bandzie był.
– Ale, dzięki Bogu, ich złapali, zanim ludzi pozabijali. I on na UB wszystko powiedział,
przeciwko tym innym… I za to, zamiast do więzienia, przywieźli go tutaj. Lekką robotę mu
dali, czystą, w cieple. Pewnie Żyd… ?
– A może on w tej bandzie od początku dla zdrady był postawiony ? Kto ich tam wi…
– Podziękować mu tak pewnie chcieli, zapłacić znaczy się za zdradę… Jako swemu, Żydowi
znaczy się. W UB same Żydy…
– Cichojcie kobiety ! – Truda wyskoczyła z gazika i złapała Stefanichę za rękę – Co tak
gadacie po próżnicy ? Pani redaktor i tak nie słucha – po raz pierwszy zwróciła się do mnie
bez tej pogardy i lekceważenia – Nie były przy tym, gadają co na język przyjdzie, głupiego…
Tadeusz zapuścił silnik. Bez problemu wszedł na obroty. Zdjął nogę ze sprzęgła.
– Daj spokój – rzucił rozkazująco do Trudy – Niech sobie pani redaktor posłucha. Tyle jej, co usłyszy.
– Co ty, Tadek ?! – przeraziła się kierowniczka o kasztanowych włosach – Co ty ?
Tadeusz żachnął się i jeszcze szyderczo spuentował:
– I tak nigdzie i u nikogo tego nie wydrukuje. Przecież wiesz, jak z tym jest i co…
– Ty tak poważnie ? – głos Trudy zadrżał – Chcesz…
– Ja ? Ja chcę ? – zawisła na moment jakaś taka złowieszcza cisza. – Wsiadaj. Wsiadajcie
wszystkie, pora kończyć.
Nie wyłapałam, nie chciałam wyłapać złowróżbnego kontekstu, czającej się groźby w tym co powiedział… Właściwie w tym, czego nie dopowiedział inspektor w marynarce.
– I co z tym Sosińskim ? To w końcu kim on jest – naciskałam Stefanichę. Odpowiedziała mi jednak ta druga:
– Był sekretarz partii z tej nowej gminy i mówił, aby go przyjąć jak swego. Że to niby ofiara
błędów i czegoś jeszcze…
– Tych, no, wypaczeń, czy jak… – dorzuciła Stefanicha.
– A jużci, że tak. Ale kto go tam wi, o co w tym się rozchodzi… Chłopy, co po wojnie na
naukę poszli do lasu, z Wasylem do Reinharda, znaczy się, krzywo patrzą na pałacowego.
Baliśma się na początku, żeby kto mu wideł nocą w plecy nie wbił…
– Pani – złapała mnie za poły płaszcza Stefanicha – a co to są te błędy ? Pani wi ? Bo to, człek może pobłądzić, no jasne. Wypije za dużo i zbłądzi. Jakaś wypruta szczęka może z tego być, albo i dzieciak na miedzy. Ale wysadzać, zabijać Bogu ducha winnych ludzi ? To nie błąd… Krew na rękach. To grzech, zbrodnia… Czy nie tak ?
– No, a te wasze chłopy ? Przecie niektórzy byli pod Banderą, a potem u Wilkołaków. No i
jakże tak ?
– Już my same swoich to potrafimy osądzić. Między swojakami to było. Tylko my i Las, a w
Lesie to insze życie, insza sprawiedliwość. A oni o swoje, o nasze poszli do lasu. I bili tylko
rusów komunistów i Żydów ubeków… O, Tadeusz też Żyd, ale on nasz, z tych porządnych
znaczy się – zabrzmiało to jakby zaczęła się sumitować, chociaż nikt nie dał ku temu powodu.
– Cicho, na Boga ! – krzyknęła Truda. – Co wy gadacie, chcecie kłopotów ?!
– Inspektor zabiera panią do Lasu, to przecie też musi być nasza… – zdziwiła się Stefanicha, wskazując ręką na mnie.
Tadeusz tylko nieprzyjemnie zarechotał. Truda złapała się za głowę, jakby chwyciły ją jakieś boleści.
– Czy Wioleta jest bezpieczna z tym Sosińskim ? – zupełnie poważnym głosem zaatakowałam mojego urzędowego przewodnika – Inspektorze, rozumiem, że jest pan lojalnym i odpowiedzialnym obywatelem ?
– Kto tu dzisiaj, po wczorajszym, może czuć się bezpiecznie ? A ty, jesteś pewna, żeś
bezpieczna ? – po raz pierwszy usłyszałem od Tadeusza tak długie zdania. Pytając o Wioletę, chciałam ocenić właśnie swoją sytuację, a gdyby… To przynajmniej ją uchronić, ostatecznie to ja ją w to wciągnęłam… Popatrzyłam mu uważnie w oczy. Trochę prowokująco i bezczelnie. On jednak nie zamierzał iść na próbę nerwów. Szybko wrócił do swej skorupy.
– No, kobity, wsiadać ! Raz, dwa – znowu zapuścił motor i szybko ruszył, nie oglądając się na wskakujące do wozu postacie – Jedziemy !
Poczułam wahnięcie wozu od tyłu. Jedno, drugie, trzecie. Wsiadły obie kobity a za nimi
wskoczyli dwaj skórzani. Nie wiedziałam, w co grał inspektor ? Reagował przypadkowymi hasłami, na odczepnego, czy też pojął, o co mi chodziło i podjął przez moment słowne zapasy ? Nie wiedziałam, ale nadszedł czas, kiedy należało to rozwikłać.
– Słuchaj no, Tadeusz – przyjęłam jego bezpośredni sposób kontaktu – Albo jedziemy w
końcu do tej cegielni, albo – jak nie masz mi nic do zaoferowania – zawieź mnie z powrotem do pałacu… Ja nie mam czasu na takie różne dyrdymały…
– Nie mam nic do zaoferowania ? – zaśmiał się znad kierownicy – Panienka rozkazuje ! To
co, cegielnia, pałac, czy…
Gazik właśnie przeskoczył dukt, ale nie skręcił ani w prawo ku wsi, ani w lewo, ku cegielni.
Pognał jak szalony prosto, dalej starotorzem. Krzyknęłam (już nie pamiętam nawet, co).
Na linii horyzontu, nieco w górze, ponad ścianą lasu niesamowicie błysnęło, a po chwili
gruchnął przenikający do kości grzmot. Krzyknęłam jeszcze raz, przez ramiona i kark
przeszedł mi dreszcz. Skuliłam się i mimo woli, niemal bezwiednie, przywarłam głową do
ramienia Tadeusza.
Gnaliśmy starą kolejką niemiecką wprost na spotkanie walących piorunów, w stronę gęstego, ciemnego lasu. Przed oczami stanął nagle mi mój Ojciec. Zobaczyłam Wioletę, Giżejewskiego, Horowicza (który nagle wydał mi się nawet zupełnie sympatyczny), Marka, Klema. Nade wszystko stanął mi przed oczyma Klem.

Knajpiany gwar. Opary alkoholu (tak się mówiło, ale czy ktoś je kiedykolwiek fizycznie widział ?) Przyciemnione światło (ależ mi wyszła figura stylistyczna !). Pochylone głowy (brzmi patetycznie)… nad śledzikiem i tatarkiem. Kto z was pomyślał, że jak patetycznie pochylone, to nad jakimś ważkim zagadnieniem ? Ale faktycznie, to była istotna i głęboce intelektualna dyskusja.
– No tak, orkiestra rzecz ważna – rozciągając słowa, potwierdził racje przedmówcy Klem. –
Ale czyż my już nie mamy orkiestry, przy fabryce metalowej ?
– Jasne, a grać też można choćby i u was, w teatrze – poparł go Marian Szpakowicz, człowiek Klema od plastyków, z którymi Klem (sam przecież artysta) też działał i to ostro.
– A Hala Ludowa ? Przecież funkcjonuje świetnie – nie pamiętam już kto to powiedział.
Okazało się, że przedmówcą był Zdzichu Giżejewski, bo to on, jako następny mówca, stanął im wszystkim okoniem:
– To wszystko prawda, ale tu chodzi nie o to, aby móc od czasu do czasu gdzie zagrać. To ma być zupełnie nowa instytucja kultury. Mamy za małe miasto na operę, teatr muzyczny, nie ma tu zresztą takich tradycji. Ale jednak życie muzyczne musi się gdzieś wykluwać i toczyć.
– Jesteśmy jedynym województwem, nawet choćby bez filharmonii – przytaknął mu Horowicz. – Tak nie może być, w województwie musi rozwijać się życie muzyczne…
Nastąpiła chwila przerwy. Mężczyźni polali. Kobiety wypiły po pół kieliszka, popiły, podniosły się jakieś piskliwe śmiechy. Dwie aktorki, które przyszły ze Zdzichem, blondi z redakcji wiejskiej Gazety, maszynistka z działu kultury miejskiej rady i Halinka od Klema.
Klem wyciągnął fajkę, powoli ją nabił. Zapalił. Pyknął raz, drugi raz.
– Słyszałem, że tam u was, w Komitecie, macie nawet już pomysł gdzie ?
Horowicz zaperzył się:
– Co w Komitecie, co, że jak taki problem, to tylko Partia… ? Do brudnej roboty, to my, a ci co potem skorzystają, to postoją z boku i święci, nie ubabrają rąk ?
Rozejrzał się wokół stołu. Wypatrzył Zygmunta Juny, kierownika Wydziału Kultury Rady
Miejskiej.
– Zygmunt, powiesz coś ? Co na to miejska rada… ?
Zyga Juny siedział jakby nieobecny, zapatrzony w zastępczynię Klema w biurze Wojewódzkiego Konserwatora, Halinkę Karpowicz. Mówiono, że się w niej kochał, a w kręgu Klema dodawano oczywiście, że w sensie erotycznym. Przy czym sama Halinka ponoć nic w tej kwestii nie obiecywała. Dała bym sobie rękę obciąć, że usłyszałem jak deklamował jej nad stołem kolejny swój wiersz, w ogóle nie słuchając Horowicza. To też było tajemnicą wszystkich, że kierownik pisał wiersze, które dyktował potem Halince, mówiąc jej, że tak szybko i bezbłędnie pisze. A ona przepisywała tę twórczość na maszynie, udając że nie domyśla się adresata. Ktoś zauważył, że robiła to nawet z wypiekami na twarzy, ale czego to ludzie nie wymyślą.
– Ale czy to przejdzie ? – zatroskała się któraś z dziewczyn – Tu jeszcze jednak jest parafialna prowincja. Ludzie jednak prędzej pójdą rzucić księdzu na tacę, niż kupią bilet na operę, czy koncert…
– I tak źle, i siak niedobrze.
– Jakby nie patrzeć, dogodzisz jednym, ubodziesz drugich…
– To jest koszt postępu, inaczej na zawsze zostaniemy takim zasranym zaściankiem…
Następna kolejka. Chwila ciszy. Jeden zakąsił, drugi głośno przełknął samą wódkę.
– A jak się ludziom nie spodoba ? – Klem znów wziął fajkę – Można to tak robić dla ludzi wbrew nim samym ?
Horowicz nie miał takiego dylematu:
– Społeczeństwem musi kierować ten, co ma świetlaną wizję. Inaczej nie będzie postępu.
– Czy postęp jest najważniejszy ?
– To jest cel, do którego dąży każdy, kto mądry.
– Czy mądrość jest na tyle bezcenna ?
Horowicz nie zdzierżył tej filozoficznej nuty:
– Cóż, błędy się zdarzają…
– Zatem trzeba próbować, tak aby móc je popełniać, bo to jedyna droga do postępu ? – zadrwił Klem.
– Ale może nie takie jak przerobienie tabliczki na drzwiach Zespołu Chórów Ludowych na…
Klem rozłożył ręce:
– Wiem, wiem, „zespół chujów ludowych”, było, minęło. Muzeum Okręgowe ma już siedzibę, a sublokatorów szlag trafił, wynieśli się, o co zresztą chodziło… A ty, zastępca, coś sugerujesz ? To całe radosne dochodzenie chyba jeszcze trwa… Nic straconego…
– Jak u nas, na wsi, chłop lub baba coś zbarłoży, to dadzą mu przez łeb lub wyśmieją, a zaraz potem zapomną. Ale obcym, władzy – nie wybaczą takiego samego numeru – złowieszczo podsumowała moja koleżanka z redakcji wiejskiej.
– Jak prostemu człowiekowi coś zabierasz, tylko po to, żeby dać coś w zamian, to zapamięta ci to, że mu zabrałeś, a nie to, że zabrałeś, aby dać to coś innego.
– Tak, to piękna w swojej prostocie reguła moralna – skwitował Zdzichu – ale chyba nadaje się tylko do takich bardziej ostatecznych i zasadniczych sytuacji ? Oko za oko, śmierć za śmierć, krew na rękach to zbrodnia.
– Słyszałeś ? – zaperzył się Horowicz – To dotyczy tylko „tamtych”, nie „naszych”. Społeczeństwo trzeba edukować, aby stało się „nasze”, przestało władzę uważać za „tamtych”.
– Dlatego że władza ma rację ? A jak nie ma…
– Władza ma zawsze rację, nawet jakby jej nie miała. Teraz relatywizują zbrodnie leśnych, wypuszczają z więzień, odcedzają krew od krwi, porównują krople z kroplą… A jutro będą
bronić kruchty przed przerobieniem na filharmonię, gdy im pozwolimy tkwić w tym
pańszczyźnianym marazmie… Nie wolno nam zgadzać się na zacofanie tych ludzi. Musimy
ich wyciągać…
– Co to za porównanie ?
– A słyszałem z ust świadka. Prokurator wojskowy – tu padło nazwisko – opowiadał mi o swoim dochodzeniu jeszcze w Gorcach. Co tam ludzie mówią o „Ogniu”…
– Rozmawiałeś o tym z prokuratorem – zaraz, to przecież moje nazwisko padło. Kto z mojej rodziny mógł być prokuratorem ?
– Tak, to był rodzaj rozmowy kwalifikacyjnej. Wiesz, że on odchodzi z resortu ? Chce teraz to wszystko opisać. To wszystko co się zdarzyło ze Słowakami, z Łemkami, na Orawie, w Bieszczadach…
– Jakaś dziwna moda teraz nastała. I co postanowiłeś ?
– Zamówiłem artykuł, ale o czymś bliższym, o czymś z miasta, z województwa. Po co mi ten „Ogień”, jakieś bandy UPA, jeszcze coś by z tego wyszło, wiesz ilu Ukraińców mamy w
terenie… Słyszałeś o tej grupie młodzieży, tak gdzieś sprzed pięciu, sześciu lat, co to mieli
wysadzać naszą bocznicę przemysłową, jakiś wiadukt… Sprawa Ostrowskiego…
Zaraz, zaraz ! Przecieżo tym pisał mój Ojciec. Ale on nigdy nie był żadnym prokuratorem !
Ojcze, o co tu chodzi ?
I wtedy go zobaczyłam, po raz kolejny tego deszczowego, mrocznego dnia. Stał na skraju lasu, w swoim długim, nieprzemakalnym płaszczu do wędrówek. Na głowę miał narzucony kaptur, ale poznałam go już z daleka. Gazik podskoczył na jakimś kamieniu, głowa wtoczyła mi się jeszcze bardziej pod ramię Tadeusza, na chwilę oczy zasłoniła mi jego marynarka. Gdy podniosłam wzrok, Ojciec stał jużna stopniach gaza, z mojej strony. Stał pewnie, jedną ręką trzymając się burty. Jak on to zrobił, jak wskoczył w biegu, stojąc jeszcze przed chwilą ładnych kilka metrów od starotorza, pod drzewami ? Nie zastawiałam się nad tym. Wiatr rozchylił mu poły płaszcza. Ojciec miał pod spodem mundur wojskowy. Nigdy go w takim mundurze nie widziałam ! Wiatr znowu szarpnął płaszczem, zniecierpliwiony Ojciec, zsunął płaszcz z ramion i rzucił go na tył auta.
– Trzymaj chłopcze – rozkazał tonem generała komuś za mną.
– Ależ ty nie potrafisz wyłowić prawdy, tej najistotniejszej sprawy – zganił mnie. Poczułam
się jak przed laty, w domu, gdy wracał ze szkoły, kiedy zrugała mnie nauczycielka. Albo z
miasta, gdzie ktoś mu naopowiadał o moich wyczynach w ZMP.
– Zawsze muszę robić za ciebie. Czy kiedyś uwolnisz mnie od tego ?
Nie wiedziałam co odpowiedzieć, jeszcze chwilę temu bardzo go potrzebowałam. Ale to już
przeszło, lepiej by było, żeby sobie poszedł. Zeskoczył z gazika i już mnie tak nie strofował.
Było mi z tym głupio, źle, co też mogły o mnie w tamtej chwili pomyśleć obie kobiety w
chustach, Truda, skórzany ?
– No, młody człowieku, na co czekasz ? Mam ci zaaplikować coś na zachętę ? – złowieszczym tonem żądał czegoś od kogoś, kto znajdował się za mną. I wtedy odezwał się skórzany, ten mój, od pieca Hoffmana i miłości do maszyn.
– Jedziemy teraz starym torowiskiem. Tu szła kolej z samej Zielonej Góry, przez Las i dalej. Na Kożuchów, Szprotawę, Żagań… Jak powiadają ludzie, zimą czterdziestego piątego Szwaby puścili tędy pociąg. Podobno wieźli nim z Poznania jakieś dokumenty, papiery. Niektórzy mówią, że zrabowane skarby. Pociąg jechał z Poznania na Zielona Górę, podobno do Szprotawy. Ale po co do Szprotawy, a jak tam, to czemu tędy ? Może chcieli co ukryć w lasach, gdzieś pod lotniskiem ? Tylko czemu pchali by się tędy, przecież to jużwtedy była taka bardziej zapomniana, zapyziała linia? A może właśnie dlatego, że tutaj nikt by nie wypatrywał takiego pociągu… ?
Ludzie jednak powiadają, że z góry to wszystko było zaplanowane jeszcze inaczej. Tak, pociąg wjechał od strony Broniszowa do Lasu, byli podobno tacy, co to widzieli, choć to była ciemna, bezksiężycowa noc i wielka mgła. Nic nie było widać, ale ten pociąg ludzie zobaczyli. I tyle tylko, że nikt go już nie zobaczył, jak wyjeżdżał z drugiej strony Lasu. Tam następna wieś to Wichów, i tam, w Wichowie, nikt go nie widział !
To prawda, noc była ciemna, godzina policyjna, a stacja w Wichowie jest kawałek za wsią. Najbliżej jej do majątku, ale z okien dworu też jej nie było widać. Może to było to, co się nie
miało zdarzyć tu, w Broniszowie, że ktoś go zobaczył, chociaż nikt nie powinien go widziećX? A w Wichowie odbyło się to jak należało – pociąg przejechał niezauważony ?
Ludzie jednak jeszcze mówią, że ten Werwolf, co to był w Lesie dwa lata po wyzwoleniu, to
coś tu chował, czegoś pilnował. Ten Reinhard, co to go wczoraj poznali w cegielni…
– Przestań gadać ! – krzyknęła Truda i uderzyła skórzanego otwartą dłonią w twarz.
Odwróciłam się ku nim i zobaczyłam jej wściekłość.
– Pociąg zostawił swój ładunek gdzieś w Lesie ? – spytałam skórzanego.
– Ty też się zamknij – rzuciła mi wściekle Truda.
– Truda, to niemieckie imię ? Pani jest autochtonką ? Gdzie pani pracuje, czego jest pani
kierowniczką ?
Poczułam za mną, jak Ojciec zeskoczył ze stopni gazika. Zanim spojrzałam w tym kierunku, jego obraz szybko rozmył się na tle drzew. Zdążył mi jeszcze tylko rzucić coś na kształt pochwały:
– No, to już, teraz, widzę, poradzisz sobie sama dziecinko.
Truda miała twarz czerwoną ze złości. Coś jeszcze chciała zrobić, czemuś zapobiec, ale
była bezsilna. Skórzany wyczuł, że może jej osobiście teraz dokuczyć, odpłacić za ten policzek, który od niej dostał.
– Tak, pani Truda jest autochtonką. Jej rodzina prowadziła gościniec kolejowy w Brunzelwaldau. To ten budynek z takim gankiem, na rogu, zamykający od strony pałacu plac gdzie staje osinobus. Ona tam i teraz mieszka.
Przed wojną, oni nazywali się Rose. Wiejska gospoda przechodziła z ojca na syna. Z całej
rodziny, została tylko pani Truda i kontynuuje tę tradycję. Kieruje teraz salą wiejską, którą
my sami, po wyzwoleniu, przenieśliśmy koło kościoła, do dawnego szpitala Hrabiny. Taki
długi dom z wielką rzeźbą od strony drogi.
– To pani pewnie coś wie ? Widziała pani ten pociąg ? Znała pani Reinharda ?
– Reinhard mieszkał u nas w gościńcu, ale bywał rzadko… Drugie mieszkanie miał w Neudorf, u tej Reginy… – wysyczała pani Rose – A licencję na prowadzenie Gasthof zur Eisenbahn wykupił od Lenz u. Comp. Kleinbahn Grünberg-Sprottau AG stryj Bernhard, jak tylko przejął interes od dziadka Paula, jeszcze przed tamtą wojną… Na kolei zarabiali tu wszyscy miejscowi, to był taki dobry pomysł… A teraz… szkoda gadać…
– Co to było, ten gościniec kolejowy ?
– Jak powstawała nowa linia kolejowa, to zawiadująca nią spółka kolejowa sprzedawała prawo do prowadzenia dla jej klientów gastronomii i wyszynku. Jakby takiej restauracji działającej przy kolei. Można było pobudować nową gospodę, albo takie prawo, licencję kupić dla gasthofu, który już funkcjonował. I to nie tylko o samo jedzenie chodziło, ale i o spanie i o obsługę przewozów drogami na kolej, i w drugą stronę. Jaki to był ruch w interesie ! Ta, taka rozkraczona, przysadzista chałupa, pierwsza z prawej, przy wyjeździe z placu przy którym stoi gościniec. No, tam gdzie teraz staje osinobus, a jak przejeżdżaliśmy jadąc teraz tutaj, to trzeba ją było niemal omijać… To była wozownia. Ileż tam wozów zawsze stało, dopóki chodziła kolej… !
– A teraz można tylko kupić bimbru u Fräulein Rose i to z księżycowego zaciągu… – szydził chłopak. – U nas, w Broniszowie, nie ma gospody, sklep zamknięty, jak się człowiekowi chce napić to musi drałować piechotą do baru, na krzyżówkę do Radwanowa lub na melinę do Trudy… Znaczy się na zaplecze tej sali wiejskiej, którą Fräulein Truda prowadzi pod kościołem. Jak to mówią na wsi, Truda daje od tyłu, ha, ha, ha ! – wyjaśniał, wywołując coraz większy rumieniec wstydu na twarzy kobiety.
Przed nami znowu potężnie błysnęło. W świetle błyskawicy mignęło mi coś, co jakby przegradzało dalszą drogę. I znowu błysk. Ależ tak, teraz zobaczyłam go wyraźnie – ceglany wiadukt nad dawnym torowiskiem. Szybko do niego dojechaliśmy. Tadeusz zatrzymał gazika. To tutaj poprzedniej nocy kogoś zamordowano…
Skórzany był w coraz lepszym nastroju. Postanowił jeszcze bardziej dogryźć Trudzie.
– Na szkoleniu w Jeleniej Górze, mówili nam, że Szwaby pochowali na Dolnym Śląsku swoje skarby w wielu miejscach. Potem, gdy wszyscy wyjeżdżali do siebie, do Reichu, zostawiali Strażników do ich pilnowania, żeby ruscy, albo nasi, tych skarbów nie odnaleźli. Może pani Truda też jest takim Strażnikiem, pasowałaby… Ona tu, z jednej strony w Broniszowie, a z drugiej strony, w Neudorf – tamta Regina… U obu mieszkał Reinhard, który chował ten ładunek z pociągu. Pewnie obie przygotował do roli Strażniczek i dlatego obie zostały, gdy Szwaby wyjeżdżali…
Kierowniczka Rose z trudem opanowała wybuch. Z jej oczu tryskały iskry, gdyby mogła wtoczyła by skórzanemu te słowa z powrotem do ust. Tak, aby nigdy nie padły, tak aby go skutecznie uciszyć.
– Wysiadaj panna ! – rozkazał Tadeusz, gramoląc się z auta. Było to skierowane do mnie.
Zanim wysiadłam, udało mi się wyjaśnić jeszcze jedną niezrozumiałą dla mnie sprawę:
– Pierwsza wieś z tamtej strony Lasu, to Wichów. Co to jest zatem Neudorf ?
– Nuedorf ? – skórzany zdziwił się w pierwszej chwili, a zaraz potem roześmiał się – Neudorf, to taka wieś, której już prawie nie ma. Tu była – zatoczył ręką wkoło. – Tam – wskazał przed siebie, na południe – jakieś dwieście metrów dalej jest skraj lasu, tam były pierwsze zabudowania kolonii zwanej Friedrichsruh. To była duża wieś, przy samym Lesie, z kombinatem rolnym, gorzelnią…
– Była ? To co, nie ma jej teraz ? Co się z nią stało ?
– Dawaj panna – Tadeusz wyciągnął po mnie rękę – Trzeba nam iść.
Zaczął się wspinać stromą ścianą wąwozu ku górze.
Tory niegdyś biegły tutaj głębokim jarem. Wiadukt spinał dwie jego ściany ładnych kilkanaście metrów ponad naszymi głowami. Inspektor do spraw wypadków wchodził mozolnie do góry, ku sklepieniu wiaduktu. Nie wiem czy poddałabym się tak bez słowa jego żądaniu, ale stanęła za mną Truda i delikatnie popchnęła mnie w stronę Tadeusza. Obok niej, tuż za mną stanęła też Stefanicha. Wzięła mnie za łokieć i zaczęła już mniej delikatnie pociągać.
– No, idziemy, idziemy – jej głos brzmiał złowieszczo, a wyglądała niczym zła czarownica z jakiejś staroniemieckiej baśni braci Grimm.
Skórzany nie wysiadał. Dokończył tylko:
– Dziś za Lasem zostało tylko kilka domów. Resztę rozebrano tuż po wojnie. Był taki prykaz z powiatu. Mówią, że rozebrano wieś i kombinat na cegłę, dla odbudowy Warszawy. Ale jak teraz okazało się, że w powiecie na jakimś znacznym urzędzie schował się Reinhard… To może i on sam kazał rozebrać Neudorf, aby żadnego śladu tu nie zostawić. Może to też był ten szwabski plan w sprawie skarbu…
Rozejrzałam się. Jedyna osoba, którą mogła być mi bratnią duszą, nie przejmowała się rozwojem sytuacji. Skórzany rozsiadł się wygodnie na tylnym siedzeniu gazika i dłubał sobie gałązką w zębach. Przede mną była stroma ściana. Wyglądała, jakby nigdy się nie miała skończyć. W dole, na wąskim starotorzu stał po środku czarnego Lasu, na dnie zamykającego się ze wszystkich stron wąwozu, gazik, którym przyjechaliśmy.
Wokoło same drzewa, jakieś takie straszne, a do tego te ciemności, rozświetlone znowu przez błyskawicę. Nieprzyjemne otoczenie a do kompletu dysząca nienawiścią rdzawowłosa Niemka i przypominająca złą czarownicę baba opatulona w chustę, obie jakby czuwające nad tym, abym nie zrobiła choćby kroku w tył, czy w bok. Takiego, który byłby moim własnym wyborem, ale niezgodnym z tym, co one mi same, bez mojej zgody i wiedzy, wyznaczyły.
Poślizgnęłam się na błotnistej glinie. Noga ugrzęzła zaplątana w paprocie i jeżyny. Zatrzymałam się w nadziei, że to coś zmieni, że stanę lub zawrócę. Lecz nie stanęłam naprawdę.
– Nie zatrzymuj się. Szybko – ponaglił z góry, ze złością w głosie Tadeusz. Spojrzałam na niego z dołu. Buty miał całe mokre, błyszczące od wody. Nogawki spodni powalane błotem, brudne, mokre i sztywne. Zaraz, zaraz, gdzie on naprawdę był przed naszym spotkaniem w biurze GS-u ? Przecież nie wrócił by taki czysty spod tego wiaduktu, jadąc prosto z Lasu musiał by być uwalany tak jak ja, jak on sam teraz… Nie było aż tak różnych dwóch światów dla ludzi ulepionych z tej samej gliny… Nomen omen, gliny, tak.
Truda pomogła mi wyciągnąć nogę z pułapki. Stanęła obok, nieco niżej, podała mi ramię, na którym się oparłam i szarpnęłam pod jej dyktando całą sobą, choć wcale tego nie chciałam. Ta niechciana pomoc…
Straciłam od tego na moment równowagę i pacnęłam twarzą w mokre liście akacji. Upadłam na kolana a kark, ramiona i wszystko poleciało rozpędem dalej, do przodu i w dół. Zmoczyłam i pokłułam sobie całą głowę i ręce aż po łokcie. I to właśnie na nich, w ostatniej chwili, jeszcze jakoś się, na szczęście, podparłam. Dzięki temu, zaraz potem odbiłam się z nich i podniosłam z powrotem na nogi. A i tak nie wiem, jakby mi to poszło, czy nie utonęłam bym przedtem cała w błocie i liściastej brei, gdyby nie Truda. Znowu podała mi rękę, złapała moją dłoń i silnie podciągnęła. Mimo woli spojrzałam jej w twarz. Uśmiechnęła się ? To przecieżbyło chyba niemożliwe… ? Stanęła nade mną, nieco z boku. Wyprostowana niczym maszt na wietrze spojrzała w dół, tam gdzie siedział rozparty w gaziku skórzany. Rzuciła okiem na Tadeusza, który osiągnął już górną krawędź jaru i wyrównywał teraz oddech, na mnie, znowu na skórzanego. I chyba jednak się uśmiechnęła. Jakby do mnie, a przynajmniej w moją stronę. Oparła cały ciężar na wyprostowanej nodze, drugą podniosła nieco, ale nie zrobiła kroku. Zaparła się nią gdzieś na wysokości swoich bioder o ukośną ścianę jaru. Złapała równowagę i tak zamarła. Nie szła dalej, zatrzymała ten koszmarny karawan w połowie ściany. Dlaczego ?
– Tu, pod ceglanym wiaduktem kolejka zielonogórsko-szprotawska miała przystanek w środku Lasu, tak zwany okazjonalny. – Truda nie popatrzywszy nawet na mnie, czy na Tadeusza, ledwie widocznym gestem pokazała mi, abym się ogarnęła, poprawiła włosy, przetarła z błota twarz, chwilę odpoczęła. Sama gadała jak najęta, wyrzucając z siebie informacje niczym karabin maszynowy kule. Przez cały ten poranek, jak tylko ją gdzieś usłyszałam, też mówiła szybko, zwięźle, rzeczowo. Ale w tamtej chwili, w jarze, przechodziła samą siebie.
– Wieś Neudorf nie miała stacji od samego początku kolejki. Murowany dworzec i boczny tor zbudowano dopiero po kilku latach. Od początku natomiast był peron z cegły tutaj, na południe od wiaduktu, na dole jaru.
Kątem oka zobaczyłam jak skórzany wyskoczył z auta. Podbiegł do miejsca, o którym chyba
mówiła Truda, bo podniósł głowę i coś zaczął w moją stronę pokazywać.
– To nie była stacja, ani nawet przystanek – kontynuowała rdzawowłosa – To się nazywało przystanek okazjonalny. Pociągi stawały tu tylko w niedziele i tylko na żądanie pasażerów.
Trzeba było zgłosić u konduktora… Jeździli tu ludzie z Grünberg, na niedzielne wyprawy na grzyby i jagody. Wysiadali tu, na tym peronie, którego już prawie nie widać…
– O zobacz, tutaj są ślady – skórzany wykopał czubkiem swoich oficerek jakieś czerwone
ułamki z zielska i gliny.
– Nazwali nawet tę kolej jagodową kolejką. W Grünberg też zresztą był taki przystanek, okazjonalny. Przy stacji towarowej Schützenplatz, raz w tygodniu, z rampy towarowej mogli wsiadać do pociągu jadącego w stronę Lasu ludzie, pasażerowie. Kupowali na jarmarku przy strzelnicy lemoniadę, jabłka, würsty i szli na rampę i jechali sobie na maibummel. Albo brali to wszystko z domu, kosze na grzyby, słoje na jagody…
Potem to zanikło… A tam dalej, na skraju lasu, zbudowano murowany dworzec i drugi tor i
tak powstała stacja Neudorf…
Dalej nie podnosiłam już głowy, dokładnie wypatrując przed sobą wszelkich wykrotów i
zdradliwych pnączy. Usłyszałem więc tylko kolejny grzmot, nie widząc samej błyskawicy.
Było mi przenikliwie mokro, a od tej wilgoci zaczynało być też zimno. Tak samo czułabym się, gdybym wstała o trzeciej nad ranem, w pochmurną, deszczową noc. Latem by może już lekko zaczynało świtać, a przenikliwe zimno tym większy by wywoływało kontrast ze słonecznym ciepłem letniego południa. To była moja trauma, od dzieciństwa a potem ze studiów. Pamiętałam tylko jakieś przebłyski, jeszcze z czasów podstawówki lub jeszcze wcześniej. Środek nocy, w oknie wiejskiej chałupy pierwszy brzask. Wszyscy śpią, a tu odgłosy krzątaniny. Kto wtedy wstawał, wychodził na zimno i deszcz ?
Poranek był nawet rześki, ale to wyjście spod kołdry na zimno i pluchę, gdy wokół jeszcze
ciemno, było straszne. I ten wołający ku sobie, wstawający dopiero co dzień, który jakby
drwił z potrzeby dokończenia snu, w cieple, pod suchą, nagrzaną pierzyną… A tu nic z tego,
czekała tylko pełna chłodu droga, może do szkoły w miasteczku, może na targ, może na
pekaes, a potem dalej w świat. Obcy, zimny, pełen deszczu, obojętności obcych ludzi, obawy przed nieznajomymi miejscami… Widziałam to przed oczyma wiele razy, ale tak niewyraźnie, jak przez mgłę. Same kontury sytuacji. Kto, gdzie, kiedy i dokąd ? – było to dla mnie nieodgadnione, trawiło jak gorączka w samym środku mojego ja.
A potem przytrafiło się to mnie samej, już fizycznie, na jawie. Tak wstawałam, wyrywana z
objęć snu podczas praktyk w pegeerze pod Koszalinem. Trzeba było się zrywać na reportaż
z nocnej zbiórki z pola, na jedyny poranny pekaes z Koszalina, gdzieś tam do mleczarni w
Polanowie, na wyjazd tu, na wywiad tam…
To była dla mnie trauma, ale gdy tak ślizgałam się w tej glinie, wyszarpywałam metr zbocza
za metrem, pchana nie chęcią, ambicją, czy troską, tylko strachem i przemocą, oddała bym
wszystko za takie przebudzenie.
Dom, łóżko, nie ciemność burzy, ale ustępujący mrok nocy o poranku, wilgoć i ziąb rosy a
nie błoto po pas i w nosie. Mogliby mnie tak budzić i co drugi dzień, gdzieś wyciągać do
obowiązków, które bym szybko i od serca polubiła, byle to nie był ten wąwóz, ten las i te
baby wokoło mnie.
Niechby Klem wlewał mi wódkę do kieliszka i przekomarzał się, nawet sepleniąc jak nigdy
dotąd, ze Zdzichem i Horowiczem o to, czy można na siłę ludzi uszczęśliwiać muzyką poważną w miejscu, gdzie dotąd ci ludzie z własnej woli spotykali się, by ustalić kto przyniesie jakie kwiaty na procesję Bożego Ciała. Zresztą, jak się przecież naprawdę skończyły wtedy te typowe przekomarzania przy wódce ?
– …rozumiem, że już podjęliście decyzję. Nic was nie nauczył pięćdziesiąty szósty ?
– To są Ziemie Odzyskane a nie klerykalno-inteligencki Poznań. Tu nie ma wielkoprzemysłowego lumpenproletariatu, tylko świadomy klasowo robotnik z zakładów przemysłu terenowego… – zaczął Horowicz.
– Jeszcze dodaj, że tu nie ma międzynarodowych targów, więc każdego prowokatora z zachodu od razu wyłapią zdrowe jednostki – spróbował zakpić Klem.
– A żebyś wiedział – zaperzył się sekretarz.
– A żebyś wiedział, że ja wiem – zgasił go Giżejewski. – Jednak naprawdę nic nas nie nauczył pięćdziesiąty szósty. Mówiłeś o tym wojskowym prokuratorze i o tym Ostrowskim. A wyobrażasz sobie czas, kiedy te fabryczki runą i bocznica faktycznie stanie, bo po prostu przestanie być potrzebna ?
– No, nie bardzo. Jakby miało do tego dojść ?
– I wtedy zrobimy z tej kolejki taki skansen. Osobową kolej turystyczną do Szprotawy. Wyobrażasz sobie ?
Horowicz zapatrzył się milcząco w kieliszek. Nie mógł podnieść od niego wzroku. W sukurs
poszedł mu więc Klem:
– Łatwiej mi to sobie wyobrazić niż to, że Zielona Góra ruszy w obronie jakiegoś klechy.
Zresztą Michalski tym razem na pewno nie zadrze z partią, poprze ideę filharmonii.
Giżejewski popatrzył na nich mocno przymglonym wzrokiem. Wódka, czy jakaś głęboka
refleksja była tego przyczyną ? Nie sposób było to odgadnąć.
– Musiałby najpierw znać tę ideę. Musiałby ją znać jeszcze ktokolwiek inny, oprócz nas trzech. Czy nie masz czasami wrażenia Klem, że Michaś tu po prostu sobie nas prowokuje… ? Taka propagandowa prowokacja.
– Co ty ! Co ty, są rożne koncepcje. Naprawdę… – obruszył się Horowicz.
Giżejewski pokiwał tylko głową.
– Z tej kolejki zostanie kiedyś tylko skansen, ale ludzie się rozwiną, nie skapcanieją, rzucą
nam w oczy, to co myślą…
– Jesteś mitoman – lekceważąco machnął ręką Horowicz i sięgnął po butelkę. Tak, jakby nalanie wszystkim nowej kolejki, miało załatwić całą sprawę.
– Wizjoner z ciebie wychodzi, Zdzichu – Klem spróbował bardziej pojednawczego tonu. – To jest tylko taka nasza, czcza gadanina przy kielichu albo zza biurka albo gdzieś z akademickiej katedry. Dobrze wszyscy trzej wiemy, jak będzie. Przyjdzie prikaz z Komitetu i nikt nawet nie piśnie. Tak samo kolejarze mogą spać spokojni o swoją robotę. Będą dowozić do Polskiej Wełny, tak jak my będziemy słuchać koncertów w filharmonii. Nic nie zakłóci tej monotonii jeszcze przez dziesiątki lat… Tylko my pod wódkę zakąsimy sobie taką teoretyczną socjologię…
– Nie spostrzegą nawet tego, jak przyjdzie im wziąć ostatnią szuflę węgla z tendra. Tak jak my nie wyobrażamy sobie jeszcze tego radiogramu z wołaniem o przyjazd dodatkowych jednostek ZOMO z Gorzowa czy innego Poznania, bo miejscowa milicja nie wystarcza. Co samo w sobie jest już niewyobrażalne.
Po stokroć wolałabym te puste i zupełnie bezpieczne, niegroźne, bo nieziszczalne rozważania o tym, czy władzy wypada czynić w imię postępu taki intelektualny gwałt na „zacofanym” społeczeństwie, zamiast namacalnego dylematu, czy potępiać leśnych walczących z władzą za zabicie w walce przeciwnika ? Tamten kawiarniany relatywizm wydawał mi się po prostu słodki. Zwłaszcza, że był taki czysto teoretyczny. Te problemy nie miały się nigdy zmaterializować, zdarzyć w życiu. A konieczność skonfrontowania się z wiejskim relatywizmem, którą zbrodnię można dokonać i wybaczyć, a którą nie – wzbudzała we mnie fizyczny, realnie odczuwalny strach.
Dlaczego musiałam brać udział w tym eksperymencie ? I to naprawdę, całym ciałem i duszą ? Ja, sama, osobiście. Czemu nie mogłam znowu stać po prostu przed otwartą szafą i przekomarzać się sama ze sobą, dobierając do zapowiadającej się tak czy siak pogody, takie a nie inne rajstopy, apaszkę, buty… ?


Jako Adminka bloga wyjaśniam, że wiem, iż przed znakiem zapytania i wykrzyknikiem nie zostawia się odstępu. Interpelowany w tej sprawie Autor oznajmił mi jednak, że on wprawdzie też wie, ale tak lubi i jest to znak rozpoznawczy jego prozy…

Reklamy

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Mieczysław Bonisławski i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Deszczowa delegacja 3

  1. Ela Kargol pisze:

    też mi się podoba, ten znak zapytania. Bez odstępu jest taki ostateczny, a jeśli go oddalić, to pytanie nie zawsze jest pytaniem, czasem stwierdzeniem czekającym na potwierdzenie, partykułą przypuszczająco – wątpiącą, przerywnikiem myślowym ? Tekst drukuję i biorę do pociągu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.